sobota, 6 września 2014

O żołnierzyku, którego dusza nie wytrzymała

Pewną popularność – nie dużą, zaledwie pewną – zdobył ostatnio w sieci filmik nakręcony telefonem komórkowym przez jakichś turystów przed Pałacem Buckingham w Londynie, na którym widzimy pełniącego zwyczajową straż królewskiego gwardzistę, i pewnie nie byłoby w tym nic interesującego, pomijając to, co siłą rzeczy budzi zainteresowanie przy tego typu okazjach i w tego typu miejscach, gdyby nie fakt, że ów gwardzista zachowuje się, jakby... no i tu nie bardzo wiem, jak to zdanie skończyć. Najprościej byłoby powiedzieć, że on się zachowuje, jakby sobie robił żarty, albo, jakby był pijany, ewentualnie, jakby brał udział w jakimś wydarzeniu, którego celem jest bardzo niestandardowe zareklamowanie Londynu i jego atrakcji. Tak by było najprościej, ja jednak mam bardzo nieprzyjemne podejrzenie, że tu nie chodzi ani o jedno, ani o drugie, ani nawet o trzecie, tylko o coś znacznie, znacznie poważniejszego, co nie dość że nie daje nam najmniejszego powodu do śmiechu, to wręcz budzi pewną grozę.
Ale wróćmy do początku. Wiemy pewnie wszyscy, jak wyglądają owi królewscy żołnierze w tych czarnych spodniach, czerwonych marynarkach i owych niepowtarzalnych wielkich czarnych czapach z niedźwiedzia i z tym opartym na ramieniu karabinem. Niektórzy z nas pewnie też wiedzą, jak się prezentuje ta ich tradycyjna warta w miejscach, gdzie czy to mieszka, czy niekiedy pojawia się Królowa. Oni chodzą tam i z powrotem, zwykłym marszowym krokiem – bez żadnych dziwactw, jak to czasem widzimy w Grecji, czy w jakiś bardziej egzotycznych miejscach – zachowując pełną powagę. Żadnych min, sztywni i nieprzystępni. Czasem też się zdarza, że oni stoją nieruchomo przed specjalną budką, równie poważni i obcy, i tylko czasem co bardziej dowcipni i odważni turyści podchodzą do nich, aby zrobić sobie z nimi zdjęcie, czy czasem próbować ich – najczęściej bezskutecznie oczywiście – rozśmieszyć.
Żołnierz, którego w tych dniach możemy sobie obejrzeć na youtubie jest tak samo uroczysty, sztywny, poważny i absolutnie niewzruszony, tyle że jego chód, choć w sposób oczywisty, rytualny, jest już nieco inny: on czasem zwalnia, czasem przystaje, czasem śmiesznie schyla głowę, tak że ta niedźwiedzia czapka nagle układa się niemal poziomo, a czasem kręci potrójny (zawsze taki sam) piruet. Co ciekawe, on nie robi wrażenia, jakby sobie żartował. Tam nie ma śladu chaosu. On nie macha do gapiów, nie śmieje się, nic do nikogo nie krzyczy. Wręcz przeciwnie: jego krok jest tak uroczysty, jak można sobie tylko wyobrazić, a on sam jest idealnie poważny i spokojny… tyle tylko, że to wszystko nie wygląda tak, jak powinno. Powtórzę to raz jeszcze: on w żadnym wypadku nie robi wrażenia, jakby żartował, jakby chciał nas rozśmieszyć. I chodzi tak, tam i z powrotem, kręcąc te piruety.
Obejrzałem ten film i przeczytałem załączoną do niego informację. Okazuje się, że jego wojskowi zwierzchnicy sprawą się zajęli, obiecali sprawę zbadać, a samego żołnierza oczywiście odpowiednio ukarać. W końcu nikt nikogo nie zmusza do tego, by służył w bezpośrednim otoczeniu Królowej, ale też, jak się możemy domyślać, na ów rodzaj służby też nie każdy zasługuje. Żeby zostać gwardzistą Królowej trzeba mieć coś, czego inni nie mają, a zatem trudno sobie na przykład wyobrazić, że ów żołnierzyk dostał w pewnym momencie cholery na cały ten cyrk i postanowił odstawić coś swojego, oryginalnego, coś, dzięki czemu pokaże wszystkim, co on sobie myśli na temat Korony i tego całego bałwaństwa. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ta robota musi być nudna jak jasna cholera i pewnie niekiedy każdego kusi, by zaszaleć, no ale, jak mówię, nikt nikogo do tego, by ją brać nie zmuszał.
Otóż, kiedy tak oglądam tego kręcącego piruety żołnierzyka, uważam, że on najzwyczajniej w świecie zwariował. Przez co? Z jakiego powodu? Dlaczego? Tego oczywiście nie wiadomo. Może spotkało go jakieś nieszczęście, o którym on nie potrafił przestać myśleć, i kiedy on tak defilował tam i z powrotem przed tym pałacem i kątem oka widział te tłumy turystów z telefonami, kamerami i aparatami fotograficznymi, jak go filmują, gdy on odstawia ten swój nudny jak jasna cholera rytuał, nagle się poczuł, jak małpa w klatce i postanowił, że on to wykona tym razem inaczej, wedle swojego własnego, owego przedziwnego wzoru? A może nagle zrozumiał coś, o czym wcześniej nawet nie miał pojęcia, i to nim tak wstrząsnęło, że już dłużej nie umiał robić tego, co robił tak znakomicie przez tyle miesięcy? A może jeszcze coś? Jak mówię, tego nie wiemy, ale jednego jestem niemal pewien – on najzwyczajniej w świecie oszalał. I ten filmik to idealny wręcz obraz obłędu, jaki się na nas czai za każdym rogiem. Proszę się temu przyjrzeć na spokojnie. Te parę minut to coś, co równie dobrze można by było nam pokazywać w tak zwanej Reality TV, żebyśmy poczuli ten dreszcz.
Czytałem kiedyś u Boba Greene’a, jak któregoś dnia, w biały dzień, w godzinach największego szczytu, na North Michigan Avenue pojawiła się naga kobieta:
Kiedy się rozebrała na Michigan Avenue, dzień pracy właśnie dobiegł końca, a ludzie, jak zwykle o tej porze, opuszczali centrum miasta, spiesząc się na najbliższą stację metra i już dalej do swoich domów.
Szła w kierunku na południe, ubrana w płaszcz kąpielowy, jak gdyby wracała z plaży. Może trzydziestoletnia blondynka. Prawdę mówiąc, nawet nie przystanęła. Wzruszyła po prostu ramionami, a jej płaszcz spadł na chodnik.
Ubrana była w coś, co wyglądało na dolną część niebieskiego bikini, choć ktoś, kto przechodził tuż obok, twierdzi, że to była zwykła bielizna. Poza tym nie miała nic.
Bardzo dziwnie to wyglądało. Ów biały szlafrok leżał na chodniku, a ona, jak wspominają świadkowie, uśmiechała się, na jej twarzy panował wręcz błogi spokój, a ona sama robiła wrażenie całkowicie opanowanej.
Weszła na most Michigan Avenue i w pewnym momencie zdjęła dół od kostiumu i teraz już była kompletnie naga i wciąż szła.
Na moście policjant podniósł z ziemi jej płaszcz kąpielowy, a chwilę później któryś z jego kolegów podał kobiecie jakieś nakrycie i wszystko się skończyło”.
Pisze Bob Greene, że to co go uderzyło, to fakt, że atmosfera w ogóle nie była karnawałowa. W jednej chwili można było wyczuć, że to, co się dzieje, to coś bardzo, ale to bardzo smutnego; że to co się właśnie wydarzyło, to autentyczna katastrofa. I nawet jeśli nie wiemy, co spowodowało, że ta kobieta zdecydowała się zrobić to, co zrobiła, jednego możemy być pewni: to czego byliśmy świadkami, to wręcz doskonała demonstracja, jak słabi i bezradni jesteśmy, kiedy zaatakuje nas zwyczajne życie.
Tak się zresztą kończy ów tekst Boba Greene’a:
W ciągu kilku zaledwie minut, życie na Michigan Avenue wróciło to stanu, który tam obserwujemy każdego dnia. I nawet jeden ślad nie pozostał po owej nagiej kobiecie, która zechciała nam przypomnieć, jak kruchy jest świat, w którym wszyscy żyjemy”.
A co z tego mamy my tu w Polsce, tak daleko od Londynu, czy Chicago? Dokładnie to samo, a mianowicie ową szansę, by spojrzeć na tego biednego żołnierza i pomyśleć o tym, jak kruchy jest świat, w którym wszyscy żyjemy.

Bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga, a sam obiecuję, że to juz naprawdę niedługo. Wszystkim bardzo dziękuję, a teraz juz patrzmy na tego żołnierza. Młodzież na to mówi hardcore.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz