wtorek, 9 września 2014

Język jako podstawowa broń Imperium

Przyznać muszę, że nie mam pojęcia, jak to się stało, że wcześniej nie przyszło mi to do głowy, no ale ostatecznie przyszło i szczerze chciałbym teraz wiedzieć, czy owa refleksja jest choć odrobinę oryginalna. No ale, żeby się tego dowiedzieć, nie pozostaje mi nic innego, jak się nią tu podzielić i poczekać aż ktoś coś powie.
Otóż przy okazji turnieju US Open, oglądałem sobie ostatnio Eurosport, w tym ich flagowy program „Game, Set, Mats”, w którym od lat na tematy tenisowe rozmawiają czołowy kiedyś tenisista ze Szwecji Mats Wilander z również dość kiedyś popularną austriacką tenisistką Barbarą Schett, i nagle uświadomiłem sobie, że oni, mimo że nie dość, że ani dla niej ani dla niego język angielski nie jest językiem ojczystym, to w dodatku jeszcze zarówno on jak i ona mówią z dość mocnym akcentem, obaj rozmawiają wyłącznie po angielsku. Mało tego. Otóż mimo to, że zdecydowana większość aktywnych dziś tenisistów to ani Brytyjczycy, ani Amerykanie, ani Australijczycy, wszyscy oni, gdziekolwiek się pojawią i ktoś ich poprosi, by zechcieli coś powiedzieć, używają wyłącznie języka angielskiego… no dobra, powiedzmy, że Francuzi bardzo mocno walczą o to, by tam występowanie języka angielskiego ograniczyć do minimum, jednak faktem jest, że owe próby budzą raczej życzliwe zainteresowanie, jako jedynie demonstracja typowych francuskich kompleksów, a nie coś, co należałoby traktować serio. Faktem jest, że poza językiem angielskim, tam żadnego innego nie ma. Nawet ten biedny Nadal ze swoim kumplem Ferrerem muszą się męczyć i gadać po angielsku. Tak dziś wygląda ów świat: spotykają się ze sobą Serbowie, Chorwaci, Włosi, Hiszpanie, Niemcy, Polacy, Rosjanie, Argentyńczycy, Szwajcarzy, Czesi, Białorusini, Chińczycy, Japończycy, Duńczycy, Grecy, Francuzi i tylko ci Francuzi niekiedy zaciskają zęby i każą wołać tłumacza – reszta gada po angielsku i kropka.
Ktoś powie, że to dobrze, że tak właśnie ma być. Dzisiejszy świat doszedł do punktu, gdzie jeśli ludzie mają się porozumiewać, a porozumiewać się muszą coraz częściej i gęściej, trzeba się zdecydować na jeden język, który wszyscy wspólnie uznamy za wspólny, no i padło na angielski. Mogło paść na niemiecki, francuski, hiszpański, czy na przykład polski, ale akurat trafiło na angielski. Dlaczego? Tego nie wiemy. Może dlatego, że każdy z nas zna Beatlesów i Elvisa, a filmy amerykańskie wszyscy oglądamy chętniej, niż włoskie, szwedzkie, francuskie, czy holenderskie, więc to język angielski stał się językiem popu, a pop, jak wiemy, rządzi. No ale to i tak nie ma znaczenia, bo mnie nie interesuje zastanawianie się, dlaczego jest, jak jest, ale zaledwie opisanie faktu. A fakt jest taki, że językiem uniwersalnym jest właśnie język angielski.
Oglądałem więc kolejne transmisje, słuchałem Wilandera, jak z tym swoim zabawnym akcentem rozmawia z jeszcze zabawniejszą pod tym względem Schett, słuchałem rozmowy z kolejnymi tenisistami, z których tak naprawdę jedynie Szarapowa mówiła, jakby urodziła się i wychowała w Stanach, i nagle zacząłem się zastanawiać, jak na to wszystko patrzą Amerykanie, czy szczególnie może Brytujczycy. Co oni sobie myślą, kiedy słyszą ten swój język na okrągło z każdej strony i to używany przez ludzi, którzy często ledwo co się potrafią nim posługiwać, no ale się posługują. Bo muszą. Bo inaczej nikt z nimi nie będzie chciał rozmawiać.
Wyobraźmy sobie proszę, jak by to było, gdyby nagle to nasz, polski język stał się owym językiem uznanym za wspólny i dziś, w dniach, w których odbywa się ten nowojorski turniej, ów Wilander z Schett i Szarapowa z Nadalem i Djokowic z Federerem, no i oczywiście Williams z Murrayem, wszyscy gadaliby, lub usiłowaliby gadać po polsku. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z nas w tym momencie się uśmiechnie z przekąsem, a może nawet roześmieje z powodu dobrego żartu, ale mi tym razem ani w głowie żartować, bo ja w najmniejszym stopniu nie planuję teoretyzować, dlaczego w świecie popu króluje język angielski, a nie polski, czy francuski, ale zastanawiam się, jakie to by miało znaczenie dla na Polaków, gdyby oni wszyscy z mniej lub bardziej zabawnym akcentem starali się mówić po polsku, i gdyby ta sytuacja była dla wszystkich tak samo naturalna, jak dziś dla wszystkich naturalnym jest słuchanie tego angielskiego.
Próbuję sobie wyobrazić tę sytuację i myślę, że jednego możemy być pewni: my byśmy nawet o tym, jak to jest z tą naszą mową tak śmiesznie podawaną przez tych tenisistów nie myśleli. Ale przecież nie tylko tenisistów. My byśmy z tym samym spokojem słuchali, jak na różnego rodzaju muzycznych konkursach, wszelkiego rodzaju festiwalach piosenki, piosenkarze z całego świata, z tym swoim mniej lub bardziej ciężkim akcentami śpiewają po polsku, i ani by nas to nie ruszało, ani nie śmieszyło, ani nawet za bardzo nie interesowało. Oni śpiewają po polsku, bo jak mają śpiewać, jeśli liczą na sukces. Po angielsku? Nie żartujmy.
Do czego zmierzam? Otóż ja tak naprawdę chciałbym już tylko bardzo wiedzieć, jak owa sytuacja, w której język angielski jest językiem światowym, wpływa na moralną kondycję takich Anglików? W jaki sposób owa świadomość, którą Anglicy mają wręcz od urodzenia, że jeśli ktokolwiek chce, nawet niekoniecznie odnieść sukces, ale w ogóle móc się liczyć, czy to w sporcie, czy w piosence, czy w polityce, czy w nauce – musi przynajmniej spróbować nauczyć się ich języka, a jeśli mu się nie uda, to musi jakoś próbować się nim posługiwać, a jeśli wciąż pozostaje niezrozumiały, to niech nie zawraca głowy. Oto angielska świadomość, towarzysząca niemal każdemu z nich od urodzenia do śmierci –jeśli ktoś nie chce, albo nie potrafi, to niech nie zawraca głowy. Więc ja naprawdę bardzo chcę wiedzieć, jak rozwinięci oni by byli, jak pewni siebie i jak po prostu silni, gdyby nie ta świadomość, że jeśli komuś nie pasuje, niech nie zawraca głowy.
Ktoś mi powie, że to działa w obie strony i że tak samo, jak język wpłynął na ową pozycję, tak samo mogło się zdarzyć, że oni najpierw musieli się zasłużyć na różnych innych poziomach, by wreszcie uzyskać ów szacunek, gdy idzie o język. I pewnie tak było. Pewnie to wszystko faktycznie krążyło różnymi torami, ja jednak podejrzewam, że oni musieli od samego początku wiedzieć, że jeśli zaniedbają kwestie języka, to zwycięstwo nie będzie pełne. No a dziś, jak wszystko wskazuje, jest.
I wcale jego największym ostatnio przejawem nie jest to, że to David Cameron załatwił komuś tak byle jakiemu, jak Donald Tusk stanowisko Króla Europy. Co ja mówię – Cameron? Nawet nie to, że Kate jest znów w ciąży i rzyga, a od wczoraj o tym fakcie informują wszystkie światowe agencje.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie nasze książki, z których zaledwie jedna jest częściowo napisana w języku angielskim, no ale to tylko po to, byśmy sobie jakoś radzili, gdy już zostaniemy wybitnymi tenisistami. Jednocześnie bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga pod numerem konta umieszczonym tuż obok. Dziękuję.

2 komentarze:

  1. Tak sobie tylko myślę, że fakt bycia języka angielskiego globalnym językiem jest związany z wygraną przez USA trzech wielkich wojen w XXw (1 WŚ, 2 WŚ, oraz ostatnio zimnej wojny).

    Niemałe znaczenie w moim fachu (komputery, programowanie) jest też pochodzenie technologii. Umówmy się, tak jak w wywiadzie i w "Bardzo poszukiwanym człowieku" poza USA inni nie istnieją.

    Pozdrawiam,
    Arek

    OdpowiedzUsuń
  2. @Arkadiusz Balwierz
    To jest bardzo prawdopdoobne. Mnie jednak bardziej interesuje, w jaki sposób to co jes,t wpływa na ich poczucie bycia lepszym od innych.
    Dobrze Cie widzieć. Teraz juz musimy się wreszcie spotkać.

    OdpowiedzUsuń