piątek, 8 sierpnia 2014

O różnych sposobach edukowania tych co na kolanach

Wczoraj jeszcze miałem inne plany odnośnie dzisiejszej notki, ale ponieważ mój kumpel Coryllus napisał bardzo dobry i bardzo inspirujący tekst, czuję, że muszę go odpowiednio uzupełnić. O co poszło? Otóż zapakował Coryllus rodzinę do auta i udał się z wizytą do Babci, a ponieważ u babci jest telewizor ze wszystkimi dostępnymi kanałami, owa telewizja go jak zawsze wciągnęła. Ja akurat obecnie telewizję oglądam w stopniu niemal szczątkowym – ostatnio na przykład patrzyłem na wyścig kolarski Tour de Pologne, wyłącznie po to, by zobaczyć, jak moje miasto wygląda z helikoptera – natomiast nie ukrywam, że jeszcze ze stosunkowo niedawnych czasów doskonale wiem, co tam podają, a więc ile razy Coryllus komentuje to co zobaczył, ja oczywiście też wiem, o co mu chodzi.
Tym razem trafił on na kanał Discovery, a skoro na Discovery, to można się domyślić, że na całą tak zwaną telewizyjną ofertę edukacyjną. Tekst Coryllusa akurat dotyczy poszukiwaczy skarbów, ale problem, jaki on poruszył jest znacznie szerszy i dotyczy kwestii o wiele głębszych niż te czy inne skarby i to, co za nie możemy dostać. Kto chce, niech zresztą tam na blog Coryllusa zajdzie i sobie poczyta. Naprawdę warto. To jednak, na co Coryllus w swoim tekście nie zwrócił uwagi, to fakt, że owe Discovery, National Geografic, Animal Planet, czy którykolwiek z edukacyjnych kanałów BBC, jest oryginalnie przeznaczony dla mieszkańców Brytyjskiego Imperium, a cały stojący za nimi wysiłek propagandowy jest nakierowany na odbiorcę anglojęzycznego. To dla niego jest ten przekaz i – a myślę, że tego akurat Coryllus odpowiednio mocno nie podkreślił – każda jego sekunda ma na celu wyłącznie dobro owego odbiorcy, a przez to – dobro Imperium. A zatem, to jest autentyczna imperialna edukacja nakierowana na sukces Imperium i jego mieszkańców.
Tu zrobię małą dygresję. Otóż wczoraj obejrzałem sobie na youtubie występ pewnego czarnego magika w programie „America’s Got Talent”. Magik był bardzo dobry, sztuki które pokazywał robiły wrażenie, program, jak zawsze, był zrealizowany na najwyższym poziomie profesjonalizmu, to co mnie jednak poruszyło, to moment, kiedy ów czarny iluzjonista, przedstawiając się publiczności, powiedział, że jest byłym żołnierzem Marines. W tym momencie całe jury plus publiczność wyprężyli się na baczność, prowadzący program podziękował byłemu żołnierzowi za jego służbę, ten się wyprostował, zasalutował, podziękował, rozległy się brawa, no i wtedy przyszedł czas na zabawę.
A zatem, jak widzimy, tu żartów nie ma. To wszystko jest oczywiście rozrywką, ale przede wszystkim wychowywaniem i edukacją. I choćbyśmy tu w Polsce nie wiem, jak się tymi filmikami ekscytowali, one nie są dla nas. Oczywiście ja nie wykluczam, że któryś z tych kanałów, które są dostępne w satelitarnej telewizji wyemituje wersję programu „America’s Got Talent”, „Britain’s Got Talent”, czy „Australia’s Got Talent”, z polskim lektorem, ale to i tak dalej nie będzie przekaz dla nas. My sobie na niego możemy popatrzeć z boku, coś tam sobie pomyśleć, a na końcu i tak nam zostanie „Mam talent” z Hołownią i tym drugim. I tyle.
No ale wracajmy do coryllusowego Discovery. W języku angielskim funkcjonuje termin „treasure trove”. Cóż to takiego? Otóż owo „treasure trove” to jest każde posiadające jakąkolwiek wartość znalezisko, które, jako stanowiące własność Korony, musi być natychmiast Koronie zwrócone. Znalazca oczywiście otrzymuje pełny zwrot wartości w gotówce, natomiast jedno jest niezmienne: cokolwiek znajdziesz, należy do Korony i masz obowiązek to oddać. Ja znam program, o którym pisze Coryllus. Jest to program w sposób oczywisty kierowany do mieszkańców Imperium, a jego charakter jest typowo edukacyjny. Ma on przede wszystkim informować ludzi, że to co nosi ziemia Imperium, a nie stanowi legalnej własności znalazcy, należy do Korony i ma być jej zwrócone. Oczywiście znaleźne się jak najbardziej należy i kto ma na nie ochotę, ma naturalnie o nie walczyć. Wspomniany program nadawany jest oczywiście, jak niemal wszystko już teraz, również w wersji polskiej. Po cholerę? Ot tak, żebyśmy sobie mogli zerknąć, co tam słychać za ścianą. Czy jest tu coś jeszcze? Nie sądzę. Za tym już stoi wyłącznie przewalanie jakichś budżetów, a jakakolwiek propaganda nie wchodzi w grę. Komu by się chciało, gdy tak naprawdę chodzi tylko o to, by podpisać kolejny rachunek?
Imperium natomiast dba o swoich poddanych. Drobny tylko przykład. Jak już pewnie wszyscy wiemy, Ameryka, czy może jeszcze bardziej Wielka Brytania ma ten problem, że ludzie bardzo niezdrowo się odżywiają. Wystarczy popatrzeć na statystyki, by zobaczyć, że sprawa się robi gardłowa. Jeśli dzisiejszy trend, polegający na obżeraniu się pizzą, hamburgerami, batonikami w cieście i angielskimi herbatniczkami, nie zostanie zatrzymany, ludzie będą najpierw chorować, następnie umierać, a to oczywiście w żadnej mierze nie leży w interesie Imperium. Stąd jest tam tak dużo programów kulinarnych, gdzie specjaliści od jedzenia edukują widzów i wyjaśniają im, że pizza, chrupki, frytki czy hamburgery to jeszcze naprawdę nie wszystko, że to czego oni nie znają jest bardzo proste do zrobienia, o wiele smaczniejsze i przede wszystkim tańsze, no i do tej roboty wyznaczają najlepszych z najlepszych. Programów tych jest cała masa i dziś jest tak, że praktycznie każdy z nich nie dość, że jest nadawany w polskiej wersji językowej, to ma swój polski odpowiednik. Mamy w brytyjskiej telewizji program, gdzie cztery wybrane osoby mają za zadanie kolejno i osobiście przygotować wystawną kolację na cztery osoby, zaprosić na nią pozostałych, poddać się ocenie, no i na końcu zgarnąć jakąś tam nagrodę. Od pewnego czasu realizowana jest też polska wersja tego czegoś, dokładnie według tego samego pomysłu, tego samego scenariusza, w możliwie tych samych wnętrzach i podobnym krajobrazie, tyle że wszystko jest z miejsca determinowane przez te dokładnie te same bariery, które są tak samo nie do przejścia, jak bariery, jakie możemy obserwować w owych wcześniej omawianych „talent shows”. Po co więc oni to robią? Po jaką cholerę każe nam się oglądać jakichś wybranych na ustawianym castingu wołów z podwarszawskiej prowincji, którzy udają spędzających czas w miłej atmosferze Brytyjczyków? Po ciężkie licho musimy się emocjonować popisami jakiejś otyłej, cycatej baby w blond lokach, bez cienia kulinarnego talentu, która udaje słynnego brytyjskiego kucharza Gordona Ramseya w ten wyłącznie sposób, że tam gdzie on używa słowa „fuck”, ona wstawia „kurwa”? Czy ci ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że Gordon Ramsey, to człowiek, który dzięki swojemu niepowtarzalnemu talentowi jest zaprzyjaźniony nie tylko z brytyjskimi premierami, ale z samą królową, zarabia miliony funtów rocznie i nie ma żadnego sposobu, by go mogła zastąpić jakaś warszawska restauratorka z bożej łaski?
No ale to właśnie o to chodzi. Prawdziwa propaganda, prawdziwa walka, prawdziwa wojna toczy się tam, za tym płotem, a my możemy sobie co najwyżej tam zajrzeć od czasu do czasu i w najlepszym wypadku się zadumać.
Co niniejszym czynię, a jako specjalny bonus dla tych z nas, którzy uważają, że to naprawdę bardzo dobrze, że my Polacy znamy swoje miejsce w tym kolorowym świecie i że to naprawdę dobrze, że o tę naszą pozycję dbają tak odpowiedzialni ludzie, jak prezydent Komorowski, premier Tusk i minister Sikorski przekazuję i dedykuję coś, co powinno im wszystkim się spodobać. Żeby się dobrze zabawić, nawet nie trzeba polskiego lektora. A jeśli ten występ wzbudzi w kimś jakieś dodatkowe ambicje, wystarczy urządzić casting. Może jeszcze uda się załapać na jesienną ramówkę telewizji TVN.



Wszystkich zainteresowanych zapraszam do sklepu pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie moje i jego książki. Niektóre w bardzo okazyjnej cenie. Jednocześnie serdecznie zapraszam do wspierania tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz