czwartek, 21 sierpnia 2014

Oddają babci dowód: wszystkie ręce na pokład!

Naprawdę nie trzeba ani specjalnie uważnie obserwować naszej sceny politycznej, ani tym bardziej być tu jakimś szczególnym ekspertem, by wiedzieć, że najpewniej dzisiejszy rok jest ostatnim, kiedy, nie tylko Platforma Obywatelska, ale też przy okazji jej szef, Donald Tusk, odgrywają w tej przestrzeni jakąkolwiek rolę. Czas rządów tych niesłychanych wręcz szkodników – a używając określenia „szkodników”, i tak staram się być bardzo grzeczny i umiarkowany – dobiega końca, a ja sobie myślę, że byłoby bardzo źle, gdyby komukolwiek z nas przyszło do głowy uważać, że to się dzieje dzięki wspólnemu narodowemu wysiłkowi, lub co gorsza, dzięki wyjątkowo skutecznej pracy polityków, członków i przyjaciół Prawa i Sprawiedliwości.
W czym rzecz? Otóż wczoraj rozmawiałem ze znajomym, który jest bardzo dobrze ulokowanym w tak zwanych „źródłach dobrze poinformowanych” i który powiedział mi, że wedle powszechnie przyjętej opinii, podwójne zwycięstwo PiS-u i Lecha Kaczyńskiego w roku 2005 było prawdopodobnie w znacznej mierze zasługą największego i najbardziej od lat wpływowego dziennika „Fakt” i osobiście jego naczelnego redaktora Grzegorza Jankowskiego. Dzięki temu, że niemiecki Axel Springer uczynił redaktorem naczelnym największego polskiego dziennika, a następnie przez wiele lat utrzymał na tej pozycji, człowieka otwarcie deklarującego się, jako polski patriota i człowiek tak zwanej „prawicy niepodległościowej” i dzięki temu, że ów „patriota” cały swój redaktorski wysiłek włożył w to, by Prawo i Sprawiedliwość wygrało tamte wybory, udało się nam zdobyć te co najmniej kilkaset tysięcy dodatkowych głosów, i zwyciężyć.
Wbrew temu, co by się mogło wydawać, nie chcę tu pisać o Jankowskim, ani pozytywnie, ani negatywnie. Ci, co go znają osobiście, lub tylko o nim słyszeli od osób lepiej zorientowanych, to co mają wiedzieć, i tak wiedzą, tyle że to akurat nie ma tutaj dla nas żadnego znaczenia. Ja bowiem nie chcę pisać o Jankowskim, ale o tym, w jaki sposób kreuje się społeczne emocje i jak ów proceder potrafi wpływać na losy nie tylko pojedynczych ludzi, ale całych społeczeństw. Jak mówię, wedle opinii osób poinformowanych, zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w roku 2005 było w pewnym bardzo istotnym stopniu było zasługą polityki niemieckiej grupy Axel Springer. Co to dla nas znaczy? Nie wiem, ale i to dziś nie jest prawdziwym problemem.
Pamiętam tamten czas, bo bardzo wówczas kibicowałem zarówno Prawu i Sprawiedliwości, jak i samemu Lechowi Kaczyńskiemu, ale też – dokładnie z tych samych przyczyn – pamiętam jesień roku 2007, kiedy to Prawo i Sprawiedliwość przegrało wybory, a Polska na tak wiele lat trafiła w łapy owego gangu, któremu na imię Platforma Obywatelska. Pamiętam tamte dni i pamiętam, jak jeszcze może trzy tygodnie przed wyborami dla każdego w miarę zorientowanego w sytuacji obserwatora sceny politycznej było czymś absolutnie oczywistym, że Platforma Obywatelska tych wyborów nie wygra. Dziś oczywiście, czy to skutkiem naturalnego wypierania z pamięci faktów dla nas niewygodnych, czy przez równie naturalny upływ czasu, już nie pamiętamy tamtej sytuacji, ale było tak, że niemal do ostatnich dni przed wyborami, zarówno sondaże, jak i osoby je komentujące, wskazywały, że czy to przez bardzo złą kampanię Platformy, czy przez jakieś tam jednak przywiązanie wyborców do obecnej władzy, Platforma tych wyborów nie wygra.
A jednak wygrała. Jak to się stało? Czy może Axel Springer zmienił redakcję „Faktu”? A może sam redaktor Jankowski uznał, że ta Polska jest jednak do niczego i nie warto w nią dłużej inwestować? Nic podobnego. Rzecz w tym, że pojawiła się osobna siła, która nadzwyczaj agresywnie i skutecznie zdominowała polski rynek opinii, przysparzając, wedle bardzo skromnych szacunków, Platformie Obywatelskiej jakieś 3 milionów dodatkowych głosów, głównie młodych, dotychczas kompletnie niezainteresowanych polityką, ludzi, bez których Donald Tusk ze swoją ferajną byliby nikim. Co to takiego? Już wyjaśniam.
Oto krótko po tamtych wyborach, Jacek Żakowski, reżimowy dziennikarz i komentator, przedstawił tekst, w którym napisał następujące słowa:
Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy. I bardzo dobrze. Bo niemal pod każdym względem były to najgorsze rządy w 20-letnich dziejach III RP.
Ulga była niemal natychmiastowa. Polityka szczucia znikła, a zaczęła się polityka miłości. W pierwszej chwili – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – atmosfera w Polsce zmieniła się diametralnie. Była to wielka zasługa Donalda Tuska i grupy osób z jego otoczenia. Bo dzięki nim znów żyć się w Polsce chciało. Więc chwała im za to.
W ten sposób ów tekst się zaczął i, równie dobrze, na tych właśnie słowach mógł się skończyć. Właściwie mógł się skończyć jeszcze wcześniej. Na tym jednym zdaniu : „Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy”. To jedno zdanie bowiem ukazuje cały początek owego nieszczęścia, z którym musimy żyć od niemal półtora roku. Jego przyczynę i jednocześnie jego skutek. W tym właśnie zdaniu zamyka się cała mentalność, która tak bardzo zatruła nasze życie przez te długie miesiące. W tym właśnie zdaniu mieści się to całe kłamstwo, ta cała buta, ta nienawiść, która uniemożliwia Polsce i nam, którzy tu mieszkamy, normalne zwykłe życie.
Było kilka takich momentów w ciągu tej najbardziej świeżej historii, kiedy czułem, jak bardzo część tego społeczeństwa – część, którą i ja tworzę – jest w Polsce odsunięta poza nawias tego właśnie społeczeństwa i tego narodu.
Myślę, że każdy z nas ma własne na ten temat przemyślenia i własne wspomnienia. Jeden pamięta to bydło Bartoszewskiego, kto inny te watahy Sikorskiego, kto inny wspomni pewnie coś innego. Natomiast ja mam w głowie, i to szczególnie dzisiaj, dwie rzeczy, które ukazały mi całą powagę zamierzenia, które doprowadziło do zwycięstwa Platformy w roku 2007. Oto przed kilku już laty zwróciłem uwagę na istnienie niemieckiej organizacji o nazwie „Fundacja Karola Adenauera”. Pewien ze znanych w Sieci komentatorów napisał tak:
Fundacja Konrada Adenauera nie lubi jawności - najchętniej działa zakulisowo i w cieniu. Na stronie internetowej FKA http://www.kas.de/proj/home/home/48/8/index.html daremnie szukać wymaganych przez prawo informacji o jej władzach, personelu i Polakach współpracujących z tą instytucją. Nie ma też informacji, ile pieniędzy wydaje rocznie FKA, co właściwie finansuje i jakie są jej związki z prominentami polskiego życia publicznego. Jedyną informacją jest wykaz kilkunastu instytucji, które FKA nazywa swymi partnerami. Na ostatnim miejscu wymieniono Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau http://www.for.org.pl. Kliknąłem z ciekawości – i tu zaczyna się naprawdę interesujący trop. Spróbuję zabawić się w dziennikarza śledczego.
Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau pod polskim adresem internetowym nosi nazwę Forum Obywatelskiego Rozwoju. Strona http://www.for.org.pl podaje, że FOR rozpoczęło swoją działalność we wrześniu 2007 r. (a więc na miesiąc przed wyborami do Sejmu) i jest rzekomo instytucją niezależną (do tej sprawy wrócimy za chwilę). Niestety, nie ma żadnej informacji o włożonym kapitale i o jego pochodzeniu – poza zdaniem, że 'jego wyłącznym fundatorem jest prof. L. Balcerowicz'. L. Balcerowicz jest też przewodniczącym pięciosobowej Rady, w której skład wchodzi m.in. były minister i bankowiec Tadeusz Syryjczyk oraz Jan Wejchert współwłaściciel TVN, człowiek najbogatszy z wszystkich ludzi polskich mediów. W Komitecie Programowym FOR znajdujemy nazwiska Wł. Bartoszewskiego, Andrzeja Olechowskiego, Marka Safjana, Andrzeja Zolla, Jacka Fedorowicza i wielu innych postaci o powszechnie znanej orientacji politycznej. Po przeczytaniu listy kilkudziesięciu nazwisk członków komitetu w deklarację niezależności i apolityczności Forum uwierzyć może tylko polityczny analfabeta”.
Jeśli ktoś jeszcze nie zna sprawy, zachęcam. Można na przykład wejść na stronę owego Forum http://www.for.org.pl. To tam znajdzie wszelkie potrzebne informacje na temat na przykład akcji „Zmień kraj – idź na wybory”, czy „Schowaj babci dowód”, która – jak już nawet Jacek Żakowski zauważył – zmieniła faktycznie kraj. Tak go zmieniła, że wszystkim nam już się nawet nie chce rzygać. Ale zmieniła. Proszę tam zajrzeć. Tam jest wszystko, co trzeba wiedzieć na temat niszczenia demokracji w majestacie państwa prawa. Zachęcam.
Ja na przykład na stronę FOR zajrzałem, zobaczyłem, czym się zajmuje na przykład Leszek Balcerowicz i na samym końcu zrozumiałem, kim jestem ja, z punktu widzenia potęgi, nie państwa, ale tego, co na tym państwie pasożytuje i, co to państwo doprowadza do kompletnej ruiny. I znów czytam tamten tekst Jacka Żakowskiego, gdzie on już nawet nie próbuje udawać, że to, co nam zgotowano, ma jakikolwiek związek z wolnością i demokracją. Z reprezentowanego przez Żakowskiego punktu widzenia, my nie stanowimy równoprawnego partnera w tej rozmowie. My możemy albo się zgodzić na to, co nam się daje, albo zniknąć.
Tego jednak nie zrobimy. Ani jednego, ani drugiego. Natomiast powinniśmy, jak zawsze zresztą, uczyć się na doświadczeniach. A doświadczenia są takie, że istnieją bardzo potężne siły, które gdzieś obok nas rozgrywają swoje interesy, a my z ich perspektywy mamy być tu albo zaledwie statystami, albo, w najlepszym wypadku, robotnikami na tej czarnej plantacji. Jak ta nasza wiedza i nasza roztropność ma się realizować w praktyce? Moim zdaniem wystarczy, że będziemy mieli oko na takiego Leszka Balcerwicza, a więc oryginalnie drobnego komunistycznego uniwersyteckiego pachołka, potem wiceministra w postkomunistycznym rządzie Tadeusza Mazowieckiego, potem jakiegoś niedomytego pracownika naukowego na SGH, w następnej kolejności grabarza zdychającego postPRL-u w postaci Unii Wolności, a dziś, od kilku już lat autentycznego „kingmakera”, o wciąż nie do końca rozpoznanej proweniencji. Popatrzmy na Leszka Balcerowicza dziś, a więc człowieka, który w roku 2007 doprowadził do zwycięstwa Donalda Tuska i jego czarny gang, a dziś, bardzo dyskretnie, niemniej jak najbardziej stanowczo i bezlitośnie, ów projekt ostatecznie grzebie. I pamiętajmy: Leszek Balcerowicz to nie jest byle kto. Leszek Balcerowicz to ktoś, kogo nam przysłała tamta strona i to przysłała nam nie bez przyczyny. Leszek Balcerowicz wreszcie to nie mąż właścicielki prywatnej firmy o nazwie Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, a przynajmniej nie przede wszystkim. To głównie, a z naszego punktu widzenia, wyłącznie, emisariusz sił, które nas prowadzą do zwycięstwa. Jeśli chcemy, by to zwycięstwo było jednak nasze, dbajmy o to, by o tym ani na moment nie zapomnieć.

Powyższy tekst ukaże się wprawdzie dopiero jutro w wydawanym przez Piotra Bachurskiego tygodniku "Polska Niepodległa", oraz w Salonie24, ale specjalnie dla przyjaciół tego bloga wklejam go już dziś. Powiem szczerze, że mam w tym swój interes. Otóż tak się jakoś stało, że na mój wczorajszy "urodzinowy" apel o wsparcie reakcja okazałe się dosłownie zerowa. Pomyślałem więc, że jeśli spróbuję się Wam trochę podlizać, może coś z tego wyjdzie. No ale zobaczymy. Bardzo w każdym razie proszę!

4 komentarze:

  1. To Andrzej Zoll nie jest nasz? Gość Niedzielny przeprowadził z nim kiedyś ciekawy wywiad i wypadł mocno pozytywnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. @wegil606
    Jest. Jak każdy. Jeśli "Gość Niedzielny" zapragnie szczegółów, to niech przeprowadzi wywiad ze mną, a ja im wszystko wyjaśnię.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah
    Daj spokój. Tylko byś nam namącił. A tak wpadnie Zoll, Pazura, Saramonowitz, Frytka i alles klar, nie?

    OdpowiedzUsuń
  4. @zawiślak
    Mam nadzieję, że jakoś sobie poradzicie.

    OdpowiedzUsuń