czwartek, 28 sierpnia 2014

Bratislava-Wien Express, czyli czy androidy śnią o niedzielnych zakupach

Jeszcze późną wiosną, kiedyśmy próbowali jakoś sobie zaplanować choćby najmniejsze wakacje, żona moja znalazła najpierw jakąś groszową ofertę akademiku w Bratysławie, a następnie jeszcze tańszą Polskiego Busa tam i z powrotem. Zamówiliśmy więc sobie ten hostel (sic!), kupiliśmy te bilety, no i spokojnie czekaliśmy na koniec sierpnia. No i stało się tak, jak się w sumie można było spodziewać: kiedy termin wyjazdu zaczął się niebezpiecznie zbliżać, okazało się, że nas zwyczajnie na pobyt w tej Bratysławie nie stać. No, może z trudem by się dało zapłacić ów akademik, no ale o tym, by tam te parę dni przeżyć, a już na pewno, by się przez trzy dni wozić do Wiednia i z powrotem – marzyć nie było sposobu. No i wtedy, dzięki wsparciu kilku sponsorów, znalazły się odpowiednie fundusze i pojechaliśmy.
W ten oto sposób, chciałbym poinformować czytelników tego bloga, że miniony weekend, dzięki determinacji przyjaciół, spędziliśmy we dwójkę na linii Bratysława – Wiedeń. Ale to nie wszystko. Bo oto dzięki tej samej determinacji i poświęceniu, mam nadzieję, że powstanie refleksja jedna z najważniejszych, jakie tu w ostatnich dniach powstały, i przynajmniej w ten sposób uda mi się odwdzięczyć za to, cośmy dostali.
Nigdy wcześniej nie byłem w Bratysławie i nigdy wcześniej nie miałem okazji zobaczyć Wiednia, natomiast, owszem, zdarzyło mi się jeszcze za PRL-u spędzić kilka tygodni w zachodnio-niemieckim Frankfurcie, no i w nowszych już czasach w Anglii i na południu Francji. Poza tym jednak, za granicę nie jeżdziłem i moje doświadczenie bezpośrednich kontaktów z tak zwanym „światem” jest niemal żadne. Ponieważ stolica Słowacji niemal graniczy z Węgrami i Austrią, z Wiedniem łączy ją stałe, szybkie i stosunkowo niedrogie (13 euro w obie strony) połącznie kolejowe. Pociąg ten jest ściśle międzynarodowy, z międzynarodową obsługą, z międzynarodową informacją, no i z międzynarodowym towarzystwem w środku i powiem szczerze, że to jest coś, co od pierwszej chwili robi wrażenie. Mamy z jednej strony ten smutny dworzec kolejowy, w smutnej jak jasna cholera Bratysławie, tych smutnych ludzi w smutnych domach, to euro, którym oni się na własne życzenie udławili, to ich Stare Miasto, tym bardziej przygnębiające im bardziej odstające od tego, co znajdujemy poza nim, a z drugiej ten Wiedeń, tak dostatni i wyniosły, a jednocześnie tak porażająco normalny, że trudno go porównać z niczym tego typu na świecie… no i ten pociąg, który dosłownie co godzinę, przez cały boży dzień, wozi ludzi w jedną i w drugą stronę, jakby to nie były dwie osobne cywilizacje, dwa osobne wymiary, dwa osobne państwa, ani nawet dwa osobne miasta, ale dwie dzielnice tego samego miasta, no i ów przedziwny zamysł, który każe ten dziwny obyczaj utrzymywać.
Byłem raz w Lyonie i w Avinionie, kilka razy w Londynie i są to, z mojego punktu widzenia oczywiście, miejsca niezwykle piękne, jednak każde z nich ma w sobie pewien element szaleństwa i swego rodzaju chaosu, który sprawia, że będąc tam, człowiek zawsze znajdzie coś znajomego, coś co sprawia, że się może poczuć, jak u siebie w domu, nawet jeśli ten dom jest w Katowicach, Poznaniu, Rzeszowie, czy w Lublinie. Weźmy taki Londyn. Wystarczy znaleźć się o rzut kamieniem od Chelsea, a więc w Battersea, żeby w tym pejzażu odnaleźć, nie przymierzając Świętochłowice, lub Bytom nawet. Wiedeń jest zupełnie inny. Wiedeń robi wrażenie idealnego modelu, który w dzisiejszym tak naprawdę okropnie zanarchizowanym świecie staje się w pewnym momencie czymś kompletnie nierzeczywistym. Jeśli w Londynie, czy, jak sądzę, Paryżu, Berlinie, czy w Nowym Jorku, owszem, możemy znaleźć punkty, które przytłoczą nas tym czymś, co przyjęło się określać, jak „najlepsze miejsce do życia”, Wiedeń jest taki cały. Myśmy go przeszli wszerz i wzdłuż, nie spiesząc się, spokojnie, bez niepotrzebnych, nerwowych gestów i nie znaleźliśmy tam miejsca, którego nie można byłoby potraktować, jako „najlepsze miejsce do życia”.
Ale jest jeszcze coś. Wiedeń robi wrażenie, jakby był jedynym miejscem na Ziemi, o którym można powiedzieć, że to jest Europa. Europa w sensie oczywiście symbolicznym, ale Europa chrześcijańska, Europa białego człowieka, pozbawiona jakichkolwiek widocznych wynaturzeń, lata świetlne od jakichkolwiek ekscentryzmów, dostojna, poważna, mieszczańska, zamożna, a jednocześnie skromna i uprzejma, do bólu tradycyjna, gdzie się nawet jeszcze nie przyjął ów rzekomo bezwzględny, unijny zakaz palenia w knajpach.
Ja wiem, że to może zabrzmieć strasznie prostacko, ale tam nawet dość liczni muzułmanie z tymi osłoniętymi tradycyjną czernią kobietami, robią wrażenie Europejczyków. Ja wiem, że to może zabrzmieć strasznie prostacko, ale przez te trzy dni, gdy sobie po Wiedniu wędrowaliśmy, nie zauważyłem ani jednej osoby, która robiłaby wrażenie bardziej ekscentryczne, niż ja, czy moja żona. Nawet te tatuaże i kolczyki w nosach, tak bardzo ostatnio modne, były eksponowane w sposób maksymalnie dyskretny. Wiedeń to miasto, gdzie wszelkie subkultury by się zwyczajnie udławiły własną samotnością.
Skoro więc udało mi się jakoś opowiedzieć to co opowiedziałem, czas na faktyczny wstęp i właściwe, zapowiedziane w tytule tej notki, refleksje. Nie wiem, ilu z nas zna film Ridleya Scotta zatytułowany „Łowca androidów”, lub oryginalnie „Blade Runner”, ale chodzi tam o to, że Ziemia została już opuszczona praktycznie przez wszystkich tych, którzy mieli jakiekolwiek aspiracje, natomiast tu została już tylko produkcja, ludzie, którzy tę produkcję nadzorują, oraz tytułowe androidy, czyli sztuczne istoty, wyglądające, zachowujące się i pracujące, jak zwykli ludzie, które się ową produkcją na rzecz świata zewnętrznego zajmują już bezpośrednio. Mamy więc ową wieczną noc, ów nieustanny deszcz, owe wszechobecne światła neonów i ponury tłum, poruszający się tam i z powrotem bez choćby minimalnie określonego celu. Życie natomiast – życie zwykłe, prawdziwe, dostatnie, w świetle dnia i w blasku słońca i cieple domu rodzinnego – zostało już przeniesione w inne miejsce kosmosu. Intryga filmu sprowadza się do tego, że grupa androidów najnowszej generacji, a więc takich, których od żywych ludzi różni już naprawdę tylko to, że żyją zaledwie trzy lata, chce wykraść z rąk Systemu tajemnicę długowieczności, a w owym pragnieniu życia i lęku przed śmiercią stanowią dla niego takie zagrożenie, że ów System zmuszony jest je niszczyć.
Przypomniał mi się ów „Blade Runner”, dokładnie w dniu, kiedy przyjechaliśmy do Wiednia po raz trzeci i była akurat niedziela. Otóż proszę sobie wyobrazić, że, mimo iż to miasto i tak zrobiło już na nas wrażenie nieporównywalne z niczym, co widzieliśmy poprzednio, owa niedziela to było naprawdę coś. Ja już podczas swojego pobytu we Francji, czy tych paru wizyt w Londynie, czy jeszcze wcześniej w zachodnich Niemczech, zauważyłem, że znaczna część sklepów w niedzielę jest zamknięta, tu jednak przeżyłem autentyczny szok. Proszę mi uwierzyć, że wszystkie – dosłownie wszystkie – sklepiki, sklepy, supermarkety, usługi, były nieczynne. Zamknięte były niemal wszystkie restauracje, kawiarnie i puby, i dopiero po południu można było zobaczyć niektóre z nich, jak otwierają się na zapewne turystów. I to nie tylko te prowadzone przez białych mieszkańców Wiednia, ale również restauracje chińskie, hinduskie, arabskie – Wiedeń wyglądał tak, jakby w niedzielę, czyli w dzień święty, który należy święcić, wszyscy jego mieszkańcy – niezależnie od kultury czy wyznania – zaakceptowali fakt, że niedziela to dzień wypoczynku i ewentualnie modlitwy. W ową spędzoną w Wiedniu niedzielę widzieliśmy głównie puste ulice, spacerujące pary, pojedynczych ludzi wyprowadzających na spacer swoje psy, no i owe zamknięte wokół sklepy, a wszystko to w akompaniamencie kościelnych dzwonów.
Dlaczego ów widok i owa atmosfera przypomniały mi tamten film Ridleya Scotta? Z tej mianowicie prostej przyczyny, że ja wtedy właśnie sobie pomyślałem, że tak pewnie by on wyglądał, gdyby Scottowi, czy może wcześniej Dickowi, autorowi tego pomysłu, przyszło do głowy pokazać ów świat, który Ziemię zostawił daleko, daleko z tyłu. Świat, który wszystko to, co brudne, brzydkie, trudne i bolesne zostawił ostatecznie za sobą.
Mamy już od wielu lat w Polsce debatę na temat handlu w niedzielę. Jedni z nas twierdzą, że niedziela jest boża i nasza, a drudzy, że to jest jakiś przesąd, którego nikt w dzisiejszym cywilizowanym świecie nie zrozumie. Od owego niedzielnego dnia, który spędziłem w Wiedniu, mam nie opuszczające mnie wrażenie, że ci drudzy, ci, którzy nam tłumaczą, że nie ma absolutnie żadnego powodu, by ludziom odbierać przyjemność niedzielnych zakupów, to, pomijając naszych rodzimych idiotów, lub prowokatorów, są Anglicy, Belgowie, Holendrzy, Francuzi i Austriacy właśnie. Zwłaszcza ci, którzy albo bezpośrednio reprezentują sieci takie jak Tesco, Billa, czy Lidl, albo są przez owe sieci wynajmowani w ramach tak zwanego outsourcingu. W końcu nic nie jest za darmo, a na wolną niedzielę trzeba sobie zapracować, prawda?
Ale jest jeszcze coś, co mi chodzi po głowie: otóż bardzo interesujące jest zakończenie filmu Scotta, w polskiej wersji językowej zresztą całkowicie zmasakrowane. Oto Harrison Ford, policjant mający za zadanie wyłapywać i zabijać zbuntowane androidy, zakochuje się w dziewczynie, która, nawet o tym nie wiedząc, owym androidem oczywiście jest. Po serii bardzo emocjonujących zdarzeń, próbując się wyrwać z tej strasznej pułapki, jaką na nich zastawił świat, w którym przyszło im żyć, oboje wyruszają w ostatnią, ostateczną podróż, a za nimi rozbrzmiewa okrzyk któregoś z przedstawicieli Systemu: „It’s too bad she won’t live, but then again, who does”, co w swobodnym tłumaczeniu na język polski mogłoby na przykład brzmieć: „Szkoda, że będzie musiała umrzeć… ale czy ktoś tu w ogóle żyje?”. Autor tłumaczenia stworzył coś, co słyszymy z ekranu, jako: „Jaka szkoda, że ona umrze, ale kto powiedział, że nie umrze?”, gubiąc cały sens przesłania filmu, no ale my i tak już swoje wiemy i drżymy. I tak naprawdę drżeliśmy na długo jeszcze nawet zanim powstał ów kicz o jakimś Matriksie.
W czym rzecz? Otóż mam wrażenie, że to, z czym mamy do czynienia w tym filmie, to tak naprawdę jest zaledwie wersja soft. Tam, na Ziemi zostały już tylko maszyny, tu natomiast mamy wciąż jak najbardziej żywych ludzi. Czy to tam w Słowacji, czy tu w Polsce. Wystarczy, że na świeżo akurat remontowanym głównym dworcu kolejowym w Wiedniu wsiądziemy do pociągu jadącego w kierunku Bratysławy i już po godzinie zobaczymy tę noc, ten deszcz i te reklamy Coca-Coli. I to jest widok, który naprawdę potrafi poruszyć, żeby nie powiedzieć złapać za gardło i wbić w ziemię.

Zapraszam wszystkich i każdego do księgarni na stronę www.coryllus.pl, gdzie wciąż są do nabycia dwie pierwsze książki Toyaha po bardzo atrakcyjnych cenach. To jest już koniec nakładu, a dodruk nie jest planowany. I jak zawsze, jestem nieskońcczenie wdzięczny za wszelkie wsparcie dla tego bloga. Dziękuję.

2 komentarze:

  1. Otóż w 1981 roku dowiedziałem się dlaczego Wiedeń jest taki jaki jest. Może to trochę opisany obraz Wiednia zmącić. Dowiedziałem się wówczas od włoskiego handlarza sztuką , który miał żonę austryjaczkę, że Wiedeń jest tak idealnie spokojnym i kulturalnym miastem, ponieważ jest najbardziej policyjnym miastem na świecie. Tyle że ta policja działa niezwykle dyskretnia i zarazem skutecznie, tak że właściwie jej nie widać. Później też dowiedziałem się , że wiedeń jako miasto gdzie krzyżują się wszelkie światowe polityczne i cywilizacyjne osie, jest miastem gdzie najwięksi politycy, wszelkie służby tajne, gangsterzy i mafiosi mogą bezpiecznie i pod ochroną tejże policji dobijać targów, prowadzić negocjacje i w efekcie rządzić światem. Nie wiem jak jest na prawdę, ale opisana powierzchowność tego miasta, faktycznie taka (znam to z autopsji) logicznie potwierdza istnienie tego zakulisowego świata.

    OdpowiedzUsuń
  2. @sąsiad Grula z Sieprawia
    Bardzo to ciekawe. Trzeba się będzie pozastanawiać.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.