niedziela, 10 sierpnia 2014

O bezczelnej niekompetencji i bzdurnych kompleksach

Wspominałem tu niedawno, i po raz kolejny zresztą, o moim kuzynie i przyjacielu, wybitnym polskim lekarzu ginekologu. Spotykamy się ze sobą każdego lata, spędzamy miło czas, rozmawiamy o sprawach mniej lub bardziej istotnych, a później się rozstajemy, życząc sobie, by się nam udało dożyć do następnego lata. Któregoś dnia, podczas ostatniego spotkania, zaczepiłem go o jakieś kwestie medyczne, na co on się skrzywił, jakby go coś zabolało i odpowiedział mi mniej więcej tak: „Nie chce mi się gadać”. Po pewnej chwili, tak jakoś wyszło, że znów mu zadałem pytanie branżowe, na co on znów zareagował tym swoim zniecierpliwieniem, i znów powiedział: „Daj mi spokój. Nie chce mi się o tym gadać”.
I ja w tym momencie nagle sobie uświadomiłem, że tak właśnie jest zorganizowane nasze życie. Żyjemy, śpimy, jemy, spotykamy się z ludźmi, pracujemy, a następnie wypoczywamy i ostatnia rzecz, jaka jest nam potrzebna podczas owego zasłużonego wypoczynku, to zawracanie sobie głowy tym, czym tak naprawdę już tylko rzygamy, a więc naszą tak zwaną zawodową kompetencją. Owa chwila spokoju od zawodu to jest coś, co jest nam potrzebne jak haust świeżego powietrza, i to w takiej ilości, by nam ono starczyło na kolejny rok.
Napisałem wczoraj notkę, zainspirowaną filmem, jaki właśnie obejrzałem, a dotyczącą politycznej pozycji, jaką się w dzisiejszym świecie szczyci Ameryka. Ponieważ kończąc pisać tę notkę, miałem owo przykre wrażenie, że ona jest jakaś niedokończona, a więc zwyczajnie pusta, pomyślałem, że tę pustkę wypełnię zagadką językową związaną z tytułem owego filmu i jego tłumaczeniem na język polski. Rzecz dotyczyła niezwykle interesującego użycia przedimków „a” i „the”, a ja już w tym momencie muszę się przyznać do pewnej swojej porażki. Otóż, doskonale swoją drogą zdając sobie sprawę z tego, jak kwestie związane z językiem angielskim potrafią przyciągać najróżniejszego rodzaju językowych dyletantów, przekonanych o tym, że oni akurat pojęli wszelkie zawiłości tematu, zwyczajnie tym razem o tym zapomniałem i nie przewidziałem, co się w tym momencie kroi. Tak naprawdę rozumiejąc, że w momencie gdy ja wyjdę publicznie z problemem angielskiego przedimka, zleci się tu całe towarzystwo ekspertów, którzy nie dość, że będą się popisywać swoją rzekomą wiedzą, to jeszcze zaczną się w jej obronie awanturować, zrobiłem co zrobiłem, a więc tak strasznie naiwnie zadałem ową zagadkę.
Zagadka brzmiała tak: „Dlaczego zdanie ‘The most wanted man’ tłumaczymy jako ‘Najbardziej poszukiwany człowiek’, natomiast ‘A most wanted man” już jako ‘Bardzo poszukiwany człowiek’?” Trzy odpowiedzi były poprawne: jedna nadesłana na mój blog w salonie24, jedna na www.toyah.pl, a jedna na adres mailowy, i każda z nich, mówiąc krótko dotyczyła różnicy między przedimkiem określonym „the”, a przedimkiem nieokreślonym „a”. Wszystkie trzy osoby poinformowałem, że w nagrodę za prawidłową odpowiedź, otrzymują po egzemplarzu mojej książki, natomiast w chwili, kiedy losy konkursu się rozstrzygały, bloger podpisujący się nickiem Alexander Hamilton, odpowiadając na zadane przez mnie pytanie, napisał osobną notkę, i, mówiąc krótko, udzielił następującej odpowiedzi: „Użycie rodzajnika określonego ‘a’ sprawia, że słowo ‘most’ oznacza ‘bardzo’, ‘the most’ natomiast tłumaczymy, jako ‘najbardziej’’’. A zatem, przede wszystkim, ów dziwny internauta na moje pytanie „dlaczego” odpowiedział „bo tak”, a jakby tego było mało, przedimek nieokreślony nazwał rodzajnikiem określonym, a następnie – uwaga, uwaga – ogłosił, że oto wygrał konkurs i zażądał, pod groźbą skierowania sprawy do sądu, nagrody.
I dobrze. Jak wiemy, Internet to miejsce, gdzie najlepiej się czują psy, bo tylko tam nikt nie wie, że ma do czynienia z psem, a nie z człowiekiem. A zatem, tu trzeba być zawsze gotowym na spotkania z nieznanym w sensie jak najbardziej dosłownym. Tu jednak doszło do czegoś znacznie bardziej interesującego. Oto bloger Alexander Hamilton zamieścił na swoim blogu dwie notki poświęcone mojej zagadce, obie z moim nazwiskiem w tytule, dzięki czemu obie one trafiły na listę tekstów najpopularniejszych, ale też ściągnęły tam dziesiątki kompletnie obłąkanych sympatyków języka angielskiego, z których każdy poczuł nieodpartą potrzebę objaśniania mi tajemnic języka. W pewnym momencie dyskusja na temat owego „a most” i „the most” osiągnęła taką temperaturę, że większość dyskutantów ogłosiła z jednej strony, że ja jestem niekompetentnym idiotą, a z drugiej stało się tak, że sami oni wzięli się za pyski i się zaczęli tłuc, dyskutując o czymś, o czym przede wszystkim nie mieli bladego pojęcia, a poza tym już tak naprawdę nawet nie dotyczyło oryginalnego problemu. Wszyscy na zmianę, albo przeklejali jakiegoś znalezione w sieci fragmenty angielskich słowników i podręczników, albo komentowali to, co im się udało z nich odczytać, a chaos, jaki nastał, osiągnął wręcz taki poziom, że nawet mój kolega Tentacle, który przyszedł mnie tam bronić, zasugerował, że tak naprawdę sekwencja „a most” nie istnieje, przez co wywołał kolejną awanturę.
Po co, ktoś zapyta, w ogóle ta dzisiejsza notka? Powiem szczerze, że sam mam tu wątpliwości. Z jednej strony bowiem ja zawsze strasznie przeżywam sytuacje, gdzie kompletni dyletanci zabierają głos w sprawach, o których mają pojęcie wyłącznie na poziomie swoich amatorskich zainteresowań, a rozmowy z zawodowcami prowadzą na poziomie bezczelności, której normalny świat tolerować nie jest w stanie, a z drugiej wiem, że większość z nas, którzy tu teraz sobie spędzamy owo upalnie niedzielne popołudnie ma te sprawy głęboko w nosie. W końcu większość z nas jakoś ten język zna, większość z owej większości martwi się – moim zdaniem zresztą całkowicie niepotrzebnie – że owa znajomość jest mniejsza, niż oni by tak naprawdę sobie tego życzyli, no a kiedy widzi, jak parę osób zaczyna dyskutować na temat czegoś tak w gruncie rzeczy egzotycznego, jak „przedimek”, zwyczajnie zaczyna ziewać. Mnie jednak chodzi o coś więcej. Pisząc dziś tę notkę, chciałbym po raz kolejny zaapelować do tych, którzy akurat mają ochotę mnie słuchać, by machnęli ręką na te kompleksy i zrozumieli, że nasz osobisty prestiż nie ma nic wspólnego z naszą znajomością języka obcego, podobnie jak z wykształceniem, stopniem zamożności, urodą dzieci, czy posiadanym samochodem. Każde z nich w najlepszym wypadku bowiem może uczynić nasze życie mniej lub bardziej wygodnym, i na tym koniec. No ale dobrze by było też przy okazji i raz na zawsze przyjąć prawdę bardzo uniwersalną, wcale nie koniecznie już związaną z językiem angielskim. Otóż nikt z nas nie jest tak dobry, jak mu się wydaje, ale też nikt nie jest aż tak zły. W każdej dosłownie dziedzinie. Natomiast jedno powinniśmy pamiętać szczególnie mocno: każda próba wkraczania w rejony nam obce może się skończyć tym, że nasze problemy się skończą w punkcie, gdzie prawdziwe się dopiero rodzą, a wtedy niech nas Pan Bóg broni przed tym wstydem.

Wszystkich ewentualnie zainteresowanych, szczerze i serdecznie zachęcam do kupowania naszych książek. Na niektóre z nich mamy w tej chwili fantastyczne promocję. A adres jest najprostszy: www.coryllus.pl, Proszę jednocześnie wszystkich przyjaciół tego bloga o wspieranie go pod podanym numerem konta. My nieustannie jesteśmy w tyle i na granicy. Dziękuję

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz