czwartek, 24 września 2009

A więc wojna!

Niedługo będziemy mieli ciekawą rocznicę. Wprawdzie nie okrągłą, bo zaledwie siedemnastą, ale jednak rocznicę. 3 października 1992 roku, irlandzka piosenkarka Sinead O’Connor, wystąpiła w słynnym telewizyjnym programie amerykańskiej telewizji Saturday Night Live. Jako pierwszą, wykonała piosenkę Am I Not Your Girl? ze swojego najnowszego albumu. Artystce towarzyszył zespół. Drugi utwór, War Boba Marley’a Sinead wykonała a capella. Ubrana na biało, z ogoloną głową, otoczona świeczkami, w pełnym zbliżeniu kamer, zaśpiewała tę pieśń (inna sprawa, że absolutnie zjawiskowo!) i kończąc, ni stąd ni z owąd wyciągnęła zdjęcie Jana Pawła II, demonstracyjnie je potargała na strzępy i wrzasnęła: „Walczmy z prawdziwym wrogiem!” Stacja natychmiast przełączyła się na reklamy i rozpoczęła się awantura. W efekcie zdarzenia, na NBC została nałożona kara 2,5 mln dolarów, natomiast na samą O’Connor posypały się gromy. Podobno sam Frank Sinatra oświadczył, że „ma ochotę dać piosenkarce w pysk”, natomiast kolejny gość Saturday Night Live, aktor Joe Pesci wyraził żal, że nie zaproszono go tydzień wcześniej, bo osobiście, „chętnie kopnąłby Sinead w dupę”.
Sinead O’Connor wróciła do Stanów krótko później, by 16 października wziąć udział w koncercie na część Boba Dylana. Koncert odbywał się w nowojorskiej Madison Square Garden i był transmitowany przez telewizję na cały świat. Pomysł zdarzenia wyglądał tak, że na scenę wychodzili kolejni artyści i śpiewali po jednej piosence Dylana. W pewnym momencie, pojawiła się Sinead O’Connor. I teraz opowiem, jak to wszystko wyglądało sekunda po sekundzie. Wchodzi Sinead, i, z uśmiechem, przy wiwatującym tłumie, przypina się do aparatury nasłuchowej. Następnie staje przed mikrofonem i z uśmiechem rzuca w stronę wciąż wiwatującej publiczności uśmiechnięte „Thank you”. Jednak już po chwili jej twarz się zmienia, ponieważ czuje, że te wrzaski i wiwaty trwają już trochę za długo. Po kolejnej chwili, już wie. To nie są wiwaty. To jest wrzask, który się nie skończy, dopóki ona sobie nie pójdzie do diabła. Stoi więc ta O’Connor, kompletnie nieruchomo, niemal na baczność, patrzy z absolutnym spokojem w stronę publiczności i nie wiadomo, czy na coś jeszcze czeka, czy po prostu nie ma pojęcia, co dalej rozbić. A te – nie wiem, ile tam się mieści osób – tysiące ludzi nie dają jej zacząć. W pewnym momencie podchodzi do niej Kris Kristofferson, obejmuje ją i szepce do ucha: „Don’t let the bastards get you down”. Ona stoi wciąż kompletnie nieruchomo, wreszcie krzyczy „Dajcie głośniej!”, gwałtownym gestem wyjmuje z uszu słuchawki i zaczyna wrzeszczeć, starając się przekrzyczeć publiczność, raz jeszcze, słowa piosenki Marleya. Kończy, znów przychodzi Kristofferson i wyprowadza ją ze sceny. Tym razem nie widać jej twarzy, ale można odnieść wrażenie, że ona ledwo idzie i lada chwila zemdleje. Po tym występie, Sinead O’Connor na długie lata zawiesiła swoją muzyczną karierę.
Oglądałem film z tego koncertu wczoraj, ponownie po latach. Najmłodsza Toyahówna zasłaniała oczy, a reszta moich dzieci (oni tego wcześniej nie widzieli) kręciła głowami i mówiła, że „biedna O’Connor”. Ale one są porządnymi dziećmi. To nie są takie jak ja ‘inglourious basterds’. To są dzieci pełne współczucia i dobroci. A ja? Co ja? Normalnie. Jeśli jej współczułem, to naprawdę niezauważalnie. Poza tym, miałem wciąż tę samą, starą satysfakcję, którą czułem wtedy, kiedy oglądałem ten koncert w telewizji, wiele lat temu. Satysfakcję z tego, że oto Pan Bóg, nie dość że zawsze sprawiedliwy, to akurat czasem jednak cudownie rychliwy. Ale też i z tego, że czasem działa nie tylko Pan Bóg, ale i system i ludzie żyjący wewnątrz tego systemu. I nie tylko ci, którzy kazali NBC zapłacić za ten wybryk, i nie tylko Frank Sinatra i nie tylko Joe Pesci, ale tysiące zwykłych ludzi, którzy przyszli tamtego wieczora na koncert w Madison Square.
I zastanawialiśmy się wczoraj, jak to się stało, że w jednym momencie tyle ludzi zachowało się tak jednoznacznie. Czy oni się wcześniej jakoś umówili, czy może to był zwykły, chwilowy odruch wściekłości i oburzenia na zło i głupotę? Jak oni to zrobili i co sobie wówczas myśleli? Jak bardzo musieli być zdeterminowani, że wytrzymali to napięcie do samego końca. A przecież wiemy, że to musiało być trudne. I wreszcie, czemu nie umiemy sobie na takie gesty pozwolić my?
Nie jest bowiem tak, że nie mamy ku temu okazji. Każdy dzień przynosi nam ich dziesiątki. Okazji i powodów, by stanąć w jednej mocnej grupie i pokazać im. Żeby wiedzieli i żeby zapamiętali, że nie jest tak, że wolno wszystko. I wcale mi to nie chodzi ani o tych komediantów z TVN-u, których nazwisk już nawet nie chce mi się wymieniać, a którzy naprawdę zatracili już wszelkie poczucie tego co można, a czego nie można. Ani tym bardziej o jakichś tandetnych artystów, którzy uważają, że już tak wysoko zaszli, że nawet nie muszą się troszczyć o tych, którzy za ostatnie pieniądze kupują ich płyty i bilety na ich koncerty. Nie mam tu nawet na mysli tej sędzi, której bezczelną w tej zapyziałej tępocie twarz zmuszeni byliśmy wczoraj, we wszystkich możliwych telewizjach, oglądać dużo za dużo. Chodzi mi o takie najbardziej szerokie poczucie gniewu wobec panoszącego się zła. O to co Amerykanie określają terminem moral outrage, a co tam realizuje się różnie. Czasem – niestety – w postaci tych desperatów strzelających w łeb najbardziej podłym aborcjonistom, a czasem w postaci zwykłych fanów muzyki, pokazujących popowym gwiazdkom, gdzie ich miejsce.
Chodzi mi o to, by, zachowując na co dzień tę łagodność, jaką wczoraj zademonstrowała moja najmłodsza córka, zasłaniając oczy na widok tego porażającego upadku panny O’Connor, przynajmniej od czasu do czasu umieć powiedzieć ‘nie’ temu wszystkiemu, czego naprawdę nie da się tolerować. I nie wiem zupełnie, czemu tak u nas o to trudno. Niemal tak samo trudno, jak o kogoś takiego, jak wspomniany tu niedawno Kevin Skinner. Człowiek przecież nawet nie jakoś nieziemsko zdolny, ale po prostu naturalny i silny i z głową wiecznie podniesioną wysoko. Popatrzmy. Na nich wszystkich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz