piątek, 11 września 2009

Polska, czyli elity kontra chłopek roztropek

Gdy myślę osobie jako o podróżniku, dochodzę do wniosku, że pewnie nie ma na świecie zbyt wiele osób, które, tak jak ja, tak bardzo niechętnie ruszałyby się z domu. Gdybym miał wymienić wszystkie miejsca, gdzie powinienem już dawno być wiele razy, a nie byłem – weźmy choćby taki Mikołów, Wrocław, czy Szczecin – to mógłbym czuć wyłącznie zakłopotanie. Fakt pozostaje faktem. Głównie siedzę w domu, a jeśli już gdzieś jadę, to wciąż w te same kilka miejsc, które znam i lubię, trochę pewnie na zasadzie opatentowanej przez inżyniera Mamonia, który lubił tylko te piosenki, które już wcześniej znał.
W zeszłym tygodniu, ze względów ściśle rodzinnych, udałem się samochodem na zachód, a ściślej na północny zachód, Polski, niemal pod rzeczony już Szczecin. Bardzo się cieszyłem na tę podróż z wielu względów, ale też z tego powodu, że od dawna chciałem zobaczyć, jak wyglądają te cywilizacyjnie kultowe już tereny między Wrocławiem, Poznaniem, a Szczecinem, czyli, w odróżnieniu od tak zwanej „Polski B”, tak zwana „Polska A”. Skąd mi przyszło do głowy, że prowincja, przez którą będę miał okazję przejeżdżać, stanowi coś, co można nazwać „Polską A”? No, sam przecież tego nie wymyśliłem. Będąc kulturowo i historycznie związany ze wschodnią częścią naszego kraju, byłem wielokrotnie objaśniany i przekonywany, że cała tak zwana Ściana Wschodnia,to druga – a może i nawet trzecia – liga, zarówno pod względem rozwojowym, jak i czysto ludzkim. Przemyśl, Lublin,. Białystok, Siedlce, Rzeszów, Biała Podlaska, Tarnów – według tych niemal już oficjalnych ocen – to taki Reymont w pigułce, podczas gdy Opole, Wrocław, Poznań i wszystko co w bok i co wyżej, to – pozostając przy literackich porównaniach – co najmniej Żeromski. Co najmniej.
Jechaliśmy więc przez te poniemieckie tereny, a ja coraz bardziej otwierałem oczy ze zdumienia. To co widziałem, to był kraj kompletnie wyzuty z jakiegokolwiek charakteru. Puste, rozległe, wysprzątane tereny, gdzieniegdzie zabudowane albo jakimiś komunistycznymi mikro-osiedlami, lub starymi budynkami z czerwonej cegłówki. Przez całą drogę, nie widziałem jednej, porządnej wsi, którą można by było nazwać choćby namiastką społeczności. I w pewnym momencie doszło do tego, że zacząłem się rozglądać, czy z naprzeciwka nie nadjadą Ruskie na motocyklach w drodze z koszar do koszar. Oczywiście biorę pod uwagę, że gdzieś tam za horyzontem rosły sobie piękne domki z pięknym rynkiem, kościołem z boku i z plotkującymi na ławeczkach kobietami, których mężowie swoją solidną pracą pokazywali światu że Polak potrafi nie gorzej od przeciętnego Europejczyka. A nawet jeśli ten obraz jest zbyt idylliczny, to nie wykluczam, że nawet wówczas, z punktu widzenia mieszkańców, te miejsca i tak mają w sobie dużo uroku. Ja jednak, jadąc po praz pierwszy w życiu tamtymi drogami, nie mogłem przestać myśleć o tym, że o co do cholery chodzi z tą „Polską A” i „Polską B”. No i – naturalnie – cały czas dziękowałem Bogu, że nie muszę tam mieszkać, a na wakacje mogę jeżdzić zupełnie w przeciwnym kierunku. No i jeszcze przyszła mi do głowy jedna myśl. Że ja się absolutnie nie dziwię, że gdy dochodzi do podejmowania decyzji politycznych, ci ludzi, których tam widziałem kręcących się wokół tych samotnych domków i porzuconych bloków, to oni będą wybierali albo jakichś lokalnych biznesmenów, którzy im zaimponują swoim sukcesem, albo partie, które ci biznesmeni im zarekomendują. No i że gdziekolwiek zobaczą kogoś kto im mówi o wartościach i w ogóle o ideach, będą się wyłącznie irytowali. Że wreszcie, z punktu widzenia tej estetyki i tej cywilizacji, to wszystko co się dzieje po drugiej stronie Wisły, to kupa śmiechu i obciach.
I jeszcze może jedna – już bardzo kontrowersyjna – refleksja. Że może to całe gadanie o dwóch Polskach, z których ta świeża jest lepsza od tej starej, może być wynikiem tego, że ktoś, po ponad 60 jałowych latach, w ramach tak zwanego wyrównywania szans, uznał, że skoro nie udało się normalnie, to może choćby propagandowo uda się dowartościować tych, którzy owego dowartościowania najwyraźniej bardzo potrzebują.
Bardzo mi zależy, żebym został dobrze zrozumiany. Siedząc nad tym tekstem, nie mam w najmniejszym stopniu zamiaru pisać o tych krytykowanych przeze mnie dwóch Polskach, tyle że zmieniając literki. To nie ja ten podział wymyśliłem, to nie ja go wykorzystywałem w moich sporach, to w końcu nie ja – i to każdy uczciwy czytelnik tego bloga przyzna uczciwie – roztrząsałem kwestię mojego Polactwa, mojego kraju polskości i wszystkich kłopotów z tym bagażem związanych. Jeśli chciałem kiedykolwiek wyrazić swoja pogardę dla niektórych ludzi, czy niektórych postaw, nigdy nie mówiłem o Polsce gorszej i lepszej, lecz o Polsce i nie-Polsce. Czyli na przykład o Niemcach i Rosji. Polska jako państwo, przestrzeń i ludzie, nigdy nie była dla mnie tematem zmartwień, czy choćby kontrowersji. Jeśli więc dziś pisze o tej mojej podróży i wyrażam moje zdziwienie tym co zobaczyłem, to się tylko dziwię. I to zdziwienie to wszystko co w tym jest.
Jarosław Marek Rymkiewicz w rozmowie, którą przeprowadziła z nim Teologia Polityczna (niestety nie umiem znaleźć odpowiedniego linku; może ktoś mi pomoże), dzieli nas na dwa typy: na „prostych ludzi” i na „elity”. I mówi tak:
Tych ‘prostych ludzi’, zwykłych Polaków, odróżnia od tych drugich przede wszystkim to, ze oni nie zadają sobie wyraźnego pytania dotyczącego ich polskości, ponieważ przyjmują to za rzecz naturalną i oczywistą, że są Polakami i nie chcą a nawet nie mogą być czymś innym. Mówiąc inaczej, są wewnątrz polskości, w takim miejscu, w którym w ogóle nie pojawia się pytanie o przynależność”.
Ja bym może tylko pozwolił sobie tę refleksję Rymkiewicza uzupełnić uwagą, że skoro ci „prości ludzie” nie traktują swojej polskości ani jako dylematu, ani jako w ogóle zjawiska, to tym bardziej by im nawet do głowy nie przyszło rozważać swojej pozycji wobec innych narodów, właśnie z punktu widzenia tej ich polskości, a już z cała pewnością nie widzieliby sensu w debatowaniu na temat taki, na przykład, jak by tu można było przystrzyc naszą polskość do gustów innych, lepszych. Oczywiście, nie jest też tak, że Polacy, o których Rymkiewicz tak pięknie mówi, że są zanurzeni „wewnątrz polskości” wierzą, że tu, w tej ich polskości, nie ma lenistwa, pychy, bałaganiarstwa, zawiści, małostkowości i wszelkich innych grzechów. Oczywiście, oni wiedzą to świetnie. Tyle że, wiedząc to, wiedzą też i to, że ta ich marność to RÓWNIEŻ ich grzech, a nie WYŁĄCZNIE ich grzech. I tak jak idąc do spowiedzi, nie biją się w cudze piersi, tak też nie życzą sobie, żeby inni bili się w ich piersi. Zwłaszcza gdy ci inni, odstawiając ten popis obłudy, każą im się zastanawiać nad związkami między ich grzechem (który jest oczywistym nieszczęściem), a ich polskością (która jest ich oczywistą naturą).
Opisałem tu moje wrażenia z podróży po tzw. „Polsce A”, zacytowałem refleksję Rymkiewicza na temat polskości. Nie napisałem słowa o „Polsce B”, jeśli nie liczyć uwagi, że to są te tereny na wschód od Wisły i że tzw. elity uważają je za swego rodzaju rezerwat bez przyszłości. Nie napisałem, no bo cóż ja mogę na ten temat? Na temat tych pól, tych walących się płotów, tych gniazd na dachach, tych babć w chustkach na głowach, tych dziadków na rowerach i tych facetów w czarnych garniturach snujących się po rynku po mszy? Jest jednak coś, czego zdecydowanie brakuje. Brakuje głosu elit. Proszę więc posłuchać. Oto artykuł, obecnego tu już od jakiegoś czasu, Rafała Ziemkiewicza z Rzeczpospolitej jeszcze z roku 2002, zatytułowany (a jakże!) „Czy Polacy zasługują na niepodległość?”:
Na pytanie zadane w tytule każdy Polak bez namysłu odpowie twierdząco, dziwiąc się, jak w ogóle można je zadawać. Jeśli jednak zapytać, dlaczego - najpewniej usłyszymy tylko o Sierpniu, Westerplatte czy Monte Cassino. Dla międzynarodowej polityki nie jest to jednak żaden argument. Z punktu widzenia potęg rządzących światem na niepodległość zasługują tylko te narody, które potrafią zbudować państwo skuteczne i stabilne, gwarantujące ład i porządek, obliczalne w podejmowanych działaniach.[…] Polska jawi się światu jako partner z każdym rokiem coraz mniej atrakcyjny. Trudno się w tym stanie rzeczy dziwić Zachodowi, że maleje jego gotowość do włączenia w swe struktury kraju, który coraz mniej skrycie liczy na to, że to Europa, za swoje pieniądze, zrobi u nas wreszcie porządek ze wszystkim, czego sami Polacy uporządkować nie umieją. Po złych doświadczeniach ze wschodnimi landami Niemiec i w obliczu własnych problemów krajom UE trudno będzie przekonać do tego swych wyborców. Problem zasadniczy polega na tym, że w tym punkcie świata, w którym leżymy, nie ma miejsca na twór przypominający swą niewydolnością i stopniem korupcji państwa afrykańskie lub latynoamerykańskie. Jeśli Zachód nabierze przekonania, że nie potrafimy się rządzić sami, i nie będzie miał ochoty nas tego uczyć, jedynym rozsądnym wyborem będzie dla jego przywódców zgoda, aby stabilizację w regionie pozostawić zawsze do tego gotowej i chętnej Rosji.”http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_020413/plus_minus_a_5.html
Dlaczego uznałem, że po tych moich refleksjach niedzielnego podróżnika i po cytacie z Rymkiewicza, należy koniecznie przytoczyć ten absolutnie kuriozalny fragment wypowiedzi przedstawiciela elit? Wbrew pozorom, nie po to, by wchodzić w kolejną z nim polemikę, lub nawet po to, by jeszcze troszkę Ziemkiewiczowi dołożyć. Szczerze powiedziawszy, nie mam na to już za bardzo sił, a jeszcze teraz, gdy, po raz kolejny, czytam o europejskich pieniądzach, za które europejscy wyborcy nie będą sprzątać naszego pieprzonego polskiego bałaganu, i czytam te słowa ułożone z takim szykiem i na takim poziomie… chciałem powiedzieć inteligencji, ale to wciąż nie to samo, co angielski wit… to czuję, jak to wszystko autentycznie przekracza moje możliwości. Więc po co? Po to mianowicie, żeby jak najstaranniej zilustrować to, czym opisana przez Rymkiewicza polskość nie jest. Albo jeszcze lepiej. Żeby pokazać, czym jest – skoro już tak bardzo niektórzy się uczepili podziału na „Polskę A” i „Polskę B” – w moim rozumieniu – „Polska B”. W rozumieniu moim, czyli tego Polaka, że jeszcze raz na koniec powołam się na głos elit, dla którego „chłopek roztropek jest […] większym autorytetem niż profesor, być może dlatego, że profesora rzeczywiście mądrego trudno mu odróżnić od profesora z układu, jakich po półwieczu rządów PZPR pozostało sporo”.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.