piątek, 11 września 2009

To dla Pana, Panie Tadziu

Całkiem niedawno poświęciłem tu cały wpis osobie i dokonaniom Tadeusza Mazowieckiego, człowieka, który przez ludzi organizujących pierwszy tzw. niekomunistyczny rząd, został wyznaczony, na stanowisko premiera. Człowieka, który po roku swoich rządów, stracił całe społeczne zaufanie, jakim Polacy go na początku jego premierowania zechcieli obdarzyć. Człowieka, który – wierzę głęboko, że nie z własnej inicjatywy, ale za radą jeszcze głupszych od siebie – w momencie, gdy ogromna większość społeczeństwa nie mogła już na niego spokojnie patrzeć, postanowił że zostanie prezydentem i przegrał z jakimś agentem, przywiezionym z Peru przez sowieckie służby, i wystawionym wyborach tylko po to, żeby odebrać Lechowi Wałęsie te kilka głosów. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że to co się stało wtedy, jesienią 1990 roku, można by dziś tylko porównać do całkowicie fikcyjnej sytuacji, gdy Donald Tusk nagle dostaje w skórę od … ja wiem?... tego Szwajcara, którego do Polski parę lat temu sprowadził niejaki… lepiej zmilczę, bo mnie jeszcze poda do sądu, a ja jestem ostatnie okropnie zajęty… po to by został naszym prezydentem.
Pisałem więc o Mazowieckim, bo bardzo mi zależało, żeby jak najwięcej osób, być może nie do końca świadomych sytuacji, zechciało zauważyć, że zjednoczonymi siłami tzw. ‘Koalicji 21 października’ tworzy się – zdecydowanie na potrzeby nędznej chwili – mit w oparciu o coś, co, jeśli się w ogóle zapisze w naszej historii, to tylko jako nasz wstyd i hańba. Pisałem więc o Mazowieckim przede wszystkim jako o złym – bardzo złym – premierze. O premierze z całą pewnością gorszym od wszystkich innych premierów, z którymi dane nam było się męczyć po roku 1989. Gorszym nawet od Jerzego Buzka i Jana Krzysztofa Bieleckiego. Ale problem Tadeusza Mazowieckiego jest jeszcze poważniejszy. Ranking premierów, podobnie jak każdy inny ranking, ma to do siebie, że ktoś jest najlepszy, a ktoś inny najgorszy. To że się jest najgorszym, jest oczywiście marnym powodem do chwały, niemniej jednak najgorszym się jest trochę z własnej winy, ale też dlatego, że inni byli lepsi. A więc – bywa i tak. Dziś, kiedy oglądałem – przyznaję, przez krótka bardzo chwilę – cyrk, jaki wokół starszego już przecież człowieka, urządzili żądni krwi propagandziści III RP, pomyślałem sobie, ze oto, jak na dłoni, widać dziś jeszcze jedną twarz Tadeusza Mazowieckiego. Twarz, która, niewykluczone, że w najbardziej decydującym stopniu stanowiła o jego historycznej klęsce. Twarz człowieka całkowicie i bezlitośnie przypadkowego.
Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja oczywiście znęcam się tu nad Tadeuszem Mazowieckim, bo, z jednej strony, jestem szczerze przekonanym ze on sobie na te moje słowa zasłużył, a z drugiej, w obliczu tego koncertu obłudy, zakłamania i manipulacji, z jakim dziś mamy do czynienia, jemu z pewnością moje słowa nie zaszkodzą. Jednak chcę też tu podkreślić też fakt, że Mazowiecki interesuje mnie tu nie koniecznie jako człowiek, lecz bardziej jako były premier, upadły polityk i nieudaczny szef nieudacznej partii. Jestem pewien, że gdyby z jakiegoś powodu paru polityków uznało, że dla sprawy będzie dobrze, jeśli kolejnym premierem zostanie ja, albo mój sąsiad z góry, a my okazalibyśmy się na tyle ciemni, żeby tę propozycję z pełnym przekonaniem przyjąć, to bezwzględnie zasłużylibyśmy na jeszcze surowszą ocenę, niż Tadeusz Mazowiecki. To nie chodzi bowiem o to, że on jest, czy był, jakiś wyjątkowy. Problem polega na czymś zgoła odwrotnym. On nie był w najmniejszym stopniu wyjątkowy.
Problem Mazowieckiego – i, jak już wspomniałem, dziś widać to może nawet lepiej niż kiedykolwiek wcześniej – polega na tym, że on jest zwykłym gościem z ulicy. Gdyby wówczas, w roku 1989, zapadła decyzja, że dla zrównoważenia siły Kuronia, Michnika i Geremka, premierem zostanie Krzysztof Kozłowski, Jacek Woźniakowski, Józefa Hennelowa, albo jakiś inny redaktor z Tygodnika Powszechnego, piosenkarz, czy poeta z Krakowa, nikt nie byłby ani trochę bardziej lub mniej zdziwiony tą nominacją. Komuniści – w opinii wielu – lecieli ostatecznie na pysk, trzeba było kogoś nominować, byleby to nie był Kiszczak, czy Siwicki, czy właśnie Kuroń, a więc równie dobrze mógł to być jakiś Mazowiecki. Jednak i to też nie stanowi najważniejszej przyczyny tego, że piszę dziś kolejny tekst na temat tego człowieka. To co mnie do tego gestu zmobilizowało to to, co się dzieje z nim dziś. Dziś bowiem, nie widzę już absolutnie żadnego usprawiedliwienia dla tego, jak Tadeusz Mazowiecki daje sobą manipulować. O ile dwadzieścia lat temu – jakoś to jestem dziś w stanie zrozumieć – cała atmosfera, to poczucie siły zwycięstwa i ta nadzieja, mogła z ludzi robić pajaców. Ja sam tu nie jestem w żadnym razie czysty. Ale dziś, kiedy każde dziecko widzi, że nie ma już ani prawdy, ani idei, ani tak zwanego dobra powszechnego, a chodzi wyłącznie o to, żeby oszukać przeciwnika i go zniszczyć, dla zwykłej ordynarnej władzy i pieniędzy, można by było przynajmniej się na starość zreflektować.
Tymczasem Tadeusz Mazowiecki, przecież jeśli spojrzeć czystym nieuprzedzonym okiem, zwykły starszy pan, jak tysiące innych dookoła, daje się prowadzić bandzie obślinionych polityków i dziennikarzy, w głębokim przekonaniu, że oto wreszcie stało się to, co się nie mogło stać ani w roku 1990, ani w roku 1995, ani też po następnych pięciu latach. Spogląda ten nieszczęsny człowiek najpierw w lewo i widzi rozdętą fałszem twarz Donalda Tuska, następnie w prawo i przed nim ukazuje się kuriozalnie rozradowane czoło Kolendy-Zaleskiej, obraca się do tyłu, a tam już czyha kolejne tandetne kłamstwo o twarzy marszałka Komorowskiego. Nastawia ucha, a tu Hymn. Dla niego! Nastawia drugie ucho, a to mu śpiewają „Sto lat!” … i się cieszy. Po prostu się cieszy. Bo oto moje urodziny! Hurrrra!!!
Co za smutek! Co za żal! Fatalnie się kończy ten tydzień. Na szczęście tym obłudnikom już chyba tylko został Leszek Balcerowicz. A potem już tylko przepaść. Już nie mogę się doczekać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz