piątek, 8 sierpnia 2008

Kto będzie musiał wypić mocz, który nawarzył Janusz Palikot?

Wczorajszy dzień minął mi z jednej strony na dyskusji pod moim wpisem na temat Palikota i jego strzykawki, a z drugiej - choć to już jednym uchem i okiem - na śledzeniu reakcji medialnych na temat moczu premiera Tuska. Może się to niektórym wydać mocno naciągane, ale faktem jest, że najpierw miałem już w głowie cały mój tekst o Palikocie, a dopiero podczas jego przycinania do publikacji, dowiedziałem się, że specjaliści od tuskowego wizerunku przedstawili ludowi jego portret fizjologiczny.
Wyszło zgodnie z przewidywaniami. Mianowicie Tusk jest zdrowy bardzo, tyle że je za dużo jajek, sera, kartofli, białego pieczywa, masła i klusek. Wprawdzie TVN24 twierdzi, że to jest tylko kwestia masełka, ale ja, jako cholesterolowiec z doświadczeniem wiem, że, jeśli Donald pragnie dłużej się z chłopakami po trawie ganiać, to na maśle się nie skończy.
Jednak, ja nie o tym. Pewnie moi czytelnicy zauważyli, że wpadłem w nastrój kpiarski. Wpadłem w ten nastrój jednak zupełnie niechcąco i gdyby jeszcze wczoraj ktoś mi powiedział, że zdrowie premiera i jego cholesterol, nie mówiąć już o jego moczu, w ogóle mnie jakoś zainspirują, nie uwierzyłbym. Dla mnie Tusk może być chory, może być zdrowy, noże być łamagą, może być kolosem, może być giętki i śmigły, ale też niezdarny i wiecznie zadyszany - mój dzień absolutnie z tego powodu ani nie cierpi, ani się raduje.
Nie myślałem o zdrowiu Tuska i przez cały dzień jedyne, co zaprzątało moją uwagę, to ta absolutnie wyjątkowo podła zagrywka platformowatego piaru, mająca na celu stworzenie w oczach społeczeństwa wizerunku prezydenta Kaczyńskiego siedzącego od rana do wieczora na ubikacji, bez śladu świadomości odnośnie tego, co się dzieje wokoło.
Natomiast stało się tak, że dzień mijał, a zarówno w samym Internecie, jak i w telewizorze, obok niesłychanie ważnej informacji dotyczącej tego, że Donald Tusk jest zdrów i cały, coraz częściej zaczęły się pojawiać różnego rodzaju kpiny. I to, co ciekawe, kpiny nie z tego, że prezydent Kaczyński nie chce się dać przebadać, ale właśnie z tego, że przebadać się dał premier Tusk.
Z czego się śmieją ludzie, politycy, dziennikarze? Z wszystkiego. Z tego, że Tusk jest zdrowy na ciele, ale nie wiadomo, jak z umysłem; że kogo obchodzi kolor moczu Tuska; że Sławek Nowak głupkowato się wykręca, że nie chodziło o piar, podczas, gdy każde dziecko wie, że właśnie chodziło; że może skoro Tusk ma tak duży cholseterol, to może nie nadaje się na premiera; że może zamiast się troszczyć o swoje zdrowie, Premier zacznie się troszczyć o stan gospodarki; że trzeba będzie Tuskowi ograniczyć masło, itd., itp. Ogólnie rzecz biorąc, same drobne, często kompletnie niemądre złośliwości, ale na tyle ich dużo, żeby móc stwierdzić, że wczorajszy czwartek upłynął Polakom na wesołej zabawie.
A zapowiadało się zgoła inaczej. W Internecie miał się pojawić komunikat o zdrowiu Premiera. Minister Nowak miał wygłosić słowo do mediów o tym, że każdy odpowiedzialny przywódca powinien dbać o zdrowie i się regularnie badać. Przedstawiciele opinii publicznej i mediów mieli stanąć na baczność, głośno zakrzyknąć "Brawo!!!", a następnie wyciągnąć swój oskarżycielski palec w kierunku Pałacu Prezydenckiego i zawołać: "Ty ciamajdo!"
Powiem szczerze, że tego, co się stało, zupełnie się nie spodziewałem. To znaczy liczyłem na to, że prędzej czy później, ale raczej bardziej później, niż prędzej, sprawiedliwości stanie się zadość i ci wszyscy barbarzyńscy, którzy pędzili do Prezydenta z gotowym wezwaniem do laboratorium, zostaną jakoś ukarani. Kiedyś.
Kara jednak nastąpiła od razu i to w wydaniu absolutnie perfekcyjnym. Donald Tusk został pobity własną bronią. Te wszystkie żarty i szyderstwa miały wczoraj i dziś i przez najbliższe tygodnie lecieć w stronę prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To z jego moczu, z jego nerek, z jego jelit, z jego mózgu, z jego cholesterolu, z jego nadciśnienia, z jego wątroby i z jego płuc mieli się do rozpuku zaśmiewać satyrycy ze Szkła Kontaktowego i moi antypisowscy koledzy i koleżanki z sieci. To pod jego adresem miały być ciskane te wszystkie żarty na temat tego, że jego zdrowie nie jest kwestią wagi państwowej, więc te wyniki badań, jak musi, to niech pokazuje swojemu esbeckiemu zięciowi, i tak dalej, w tym stylu.
Tymczasem Prezydent, jak dotychczas wychodzi z tego wyjątkowego zamachu na jego osobę bez najmniejszego uszczerbku. Jedynie Sławomir Nowak w kółko powtarza, że trzeba się badać, trzeba się badać, trzeba się badać... Poza nim okazuje się, że zdrowie Lecha Kaczyńskiego nie obchodzi już zupełnie nikogo. Nawet TVN24 szybciutko puścił sondaż sugerujący, żeby dać spokój.
Fajnie. Teraz tylko poczekajmy aż Palikot z Komorowskim wezmą się za łby w sprawie tych setek ustaw, które trzeba będzie wyrzucić na śmietnik, no i przyjdzie wreszcie ten dzień, gdy poseł Palikot demonstracyjnie zostanie posłem niezrzeszonym i zacznie harcować już tylko wokół swoich byłych kolegów.

czwartek, 7 sierpnia 2008

Janusz Palikot - człowiek ze strzykawką

Są tematy, czy osoby, których z zasady nie biorę pod uwagę, jak idzie o temat moich wpisów w Salonie. Wiem na przykład, że nigdy nie będę pisał o Wojciechu Jaruzelskim, czy o Edwardzie Gierku, czy o generalnym sekretarzu Breżniewie, ale również o Jerzym Urbanie, czy Danielu Passencie. Nie chcę o nich pisać, bo raz, uważam, że są mało inspirujący, a dwa, że są zbyt mało kontrowersyjni, żeby tworzyć ciekawą historię.
Oczywiście bywa tak, że coś się nagle wydarzy tak nieoczekiwanego, że moje plany ulec muszą zmianie. Na przykład, gdyby nie śmierć Bronisława Geremka, nie pisałbym nigdy o Adamie Michniku. Tymczasem Adam Michnik zrobił show na cmentarzu, czym sprowokował serię innych zdarzeń, no i trafił tutaj.
Podobnie jest z posłem Januszem Palikotem. W życiu bym się nie spodziewał, że on akurat znajdzie się w centrum mojego publicystycznego zainteresowania. Bo kto to jest Palikot? Zamożny biznesmen z Lublina, producent alkoholu i polityk, który swoją karierę buduje informując media, że Prezydent jest chory, podczas, gdy Prezydent chory nie jest. O czym tu dyskutować?
Dziś jednak, na trzeciej stronie Rzeczpospolitej, ujrzałem ogromne, kolorowe zdjęcie prezydenta Kaczyńskiego, jak wychodzi z jakiegoś budynku w towarzystwie ochrony. Przed budynkiem czeka na niego limuzyna, twarz Prezydenta jest troszkę nieobecna - ktoś kto go nie lubi, powiedziałby, że tępa - a na ścianie budynku jest czerwona tablica z napisem Klinika Chorób Wewnętrznych i Hematologii IV p. Fundacja "Wyleczyć Białaczkę".
Tytuł artykułu, do którego ilustracją ma być opisane zdjęcie, brzmi następująco: Troska o zdrowie czy czarny PR. Sam artykuł, już absolutnie zgodnie z oczekiwaniami, dotyczy kolejnej wypowiedzi posła Palikota, w której żąda od Prezydenta ujawnienia raportu o swoim zdrowiu.
Jaka jest sytuacja? Otóż mamy prezydenta, który, jako pierwszy prezydent nowej Polski, jest solidnie wykształcony, jest niewątpliwym patriotą, jest człowiekiem miłym i grzecznym, potrafi być autentycznie dowcipny i niezwykle inteligentny. Wprawdzie tych prezydentów III RP wielu nie miała, ale i tak nie ulega wątpliwości, że jest Lech Kaczyński absolutnym wyjątkiem na tle tego, co nas dotychczas spotkało.
Jednocześnie jednak mamy prezydenta, który, tylko dlatego, że narobił sobie wrogów - i to wrogów wyjątkowo bezwzględnych - w popularnej świadomości społecznej funkcjonuje, jako nadęty, niesympatyczny, głupi kurdupel. Co interesujące, ostatnio do tych oskarżeń doszło jeszcze jedno, nawet tu w Salonie. To mianowicie, że jego patriotyzm jest bardzo wątpliwy.
Proszę zwrócić uwagę. Nie mówi się o Lechu Kaczyński, że jest złodziejem, gangsterem, że prowadzi jakieś ciemne interesy, że w czasach komuny współpracował z tajnymi służbami, że dręczy rodzinę (tu akurat jest odwrotnie - dwóch wyjątkowo plugawych dziennikarzy śledczych Dziennika, a przez to sam Dziennik, postanowili, oczywiście w ramach wolności słowa, poinformować opinię publiczną, że to Maria Kaczyńska jest sadystyczną stroną tego związku). Powiedzmy nawet więcej. Nie bardzo się mówi też o tym, że jest mało skutecznym prezydentem.
Jeśli chce się uderzyć w Lecha Kaczyńskiego, to rozpowiada się, że jest naburmuszony, że mamrocze, że jego córka się rozwiodła, że wyszła za mąż za esbeka, że jest niski, niezgrabny i - wreszcie - że podobno jest chory.
I tu dochodzimy do osoby Janusza Palikota. Pierwszą osobą, która wpadła na pomysł zniszczenia Lecha Kaczyńskiego przez zarzucenie mu choroby, był - o ile oczywiście nie jest tak, że czegoś nie wiemy - poseł Platformy Obywatelskiej, Janusz Palikot. To on, jako pierwszy, publicznie zaproponował taką wersję dziejów nowej Polski, że prezydent Kaczyński jest alkoholikiem. Po nim, tę informację podchwyciła Julia Pitera, no a dalej to już poszło samo.
Proszę zwrócić uwagę. Wcześniej, jeśli mówiono o tym, że Prezydentowi coś dolega, to raczej w takim kontekście, że, kiedy Prezydent nie pojechał na jedno z politycznych spotkań, to jego otoczenie sugerowało, że Prezydent się pochorował, natomiast propagandowo nakręcone media insynuowały, że to nieprawda, bo Kaczyński jest zdrowy, tyle, że się naburmuszył i odstawia cyrki.
Choroba - paradoksalnie - pojawiła się dużo później. Właśnie wraz z pierwszym wystąpieniem posła Palikota. Przekazał więc Janusz Palikot informację, że Prezydent chleje, newsa podchwycili jego partyjni koledzy, następnie niezależne oczywiście media i się zaczęło. Następna informacja była już bardziej poważna. Pewnie dlatego, że samo pijaństwo na potencjalnych przeciwnikach prezydenta Kaczyńskiego nie robi wrażenia, postanowiono uderzyć chorobą.
Znów przyszedł poseł Palikot i opowiedział mediom, jak to on słyszał, że Prezydent jest po prostu ciężko chory. Na co? Ta kwestia rozwijała się stopniowo. Najpierw na jakieś problemy z trawieniem, później ogólnym brakiem przytomności, później pojawił się Alzheimer (to już chyba ukłon pod adresem młodszych wyborców Platformy - dla nich Alzheimer to jest słowo klucz o sile rażenia podobnej do faszyzmu i wieśniactwa), a teraz chodzi o to, że Prezydent jest po prostu chory psychicznie i nie jest wręcz w stanie dalej sprawować urzędu.
Palikot zaczął, a obecnie ta interesująca informacja krąży po całej publicznej domenie bez żadnej kontroli. Nie tylko Rzeczpospolita traktuje kwestię zdrowia Pana Prezydenta, jak temat. Zdrowie Lecha Kaczyńskiego jest tematem wszędzie. Oczywiście, eksperci, inni politycy, dziennikarze wyjaśniają, że to tylko taka zabawa polityków, że za tym nie stoi nic poza chęcią dosolenia przeciwnikowi i żeby się tym nie przejmować, niemniej fakt pozostaje faktem, że sprawa istnieje już w przestrzeni publicznej na stałe.
Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby ktoś zupełnie obcy i niezorientowany w polskim życiu społecznym i politycznym nagle zjawił się w naszym kraju i dowiedział się, że premier Donald Tusk następnego dnia opublikuje w Internecie raport o swoim zdrowiu. Każdy taki człowiek niewątpliwie uznałby, że prawdopodobnie premier polskiego rządu jest chory, albo podobno jest chory, i sprawa jest wyjaśniana publicznie. To by się zdziwił nasz gość bez pojęcia, kiedy by mu powiedziano, że to nie premier podobno jest chory tylko prezydent i że premier publikuje wyniki swoich badań, bo mówi się, że prezydent ma Alzheimera. Myślę, że reakcja tego kompletnie zdezorientowanego człeka byłaby podobna do reakcji Amerykanina sprzed lat, który na informację, że w Polsce gazety są tak cieniutkie, bo nie ma papieru, zaproponował, że w tej sytuacji można by papier wyprodukować w fabryce papieru.
Dyskutuje się więc sprawę posła Palikota, a oczywiście przy okazji sprawę zdrowia prezydenta Kaczyńskiego, na całej powierzchni naszej Ojczyzny. Tu w Salonie, czytam komentarz pewnej publicystki, której imienia nie wymienię, żeby się nie narazić na zarzut obsesji, w którym pisze ona, że Jarosława Kaczyńskiego da się w końcu wsadzić za kratki, gorzej natomiast z Lechem Kaczyński, bo ze względu na stan zdrowia pewnie się prawu wyślizgnie. Przychodzi premier Tusk i mówi, że Prezydent jest "chorobliwie" podejrzliwy. Pojawia się za chwilę poseł Karpiniuk i twierdzi, że "Prezydent dostał szału", a jak trzeba będzie to znów wróci Janusz Palikot i powie, że Prezydent jest "emocjonalnie niezrównoważony", a na koniec tego wszystkiego Rzeczpospolita zastanowi się, czy za słowami Palikota nie stoi przypadkiem czarny PR, a dziennikarze z TVN wesoło zapytają, że ciekawe ile butelek wina będzie na kolejnym spotkaniu u prezydenta.
Prawo i Sprawiedliwość przegrało ubiegłoroczne wybory dzięki temu, że ich wizerunek trafił do kultury pop. Kaczka, kartofel, księżyc, mamusia, brat bliźniak, fuhrer, Stasi, Rydzyk, wieśmak - to wszystko sprawiło, że polityką zainteresowali się ludzie dotychczas politycznie kompletnie obojętni i zagłosowali przeciwko PiS-owi, bo tak im poradziły reklamy.
Pomysł ten, za którym pewnie nigdy nie dowiemy się, kto stał, a który okazał się tak nieludzko skuteczny, jakkolwiek by nam nie odpowiadał, niewątpliwie w jakimś tam stopniu był - jeśli tylko przymkniemy oko na korupcję mediów - etycznie usprawiedliwiony i, możliwe, że przejdzie nawet do historii politycznej manipulacji.
To jednak, co się dzieje obecnie i co stanowi kwintesencję politycznej strategii politycznej partii w cywilizowanym demokratycznym świecie, jest, moim zdaniem, wyjątkową patologią. Polityczni manipulatorzy, pracujący na rzecz przyszłego sukcesu Platformy Obywatelskiej, postanowili, że ponieważ numer z wieśmakiem i mamusią już więcej nie przejdzie, można po prostu przekonać wyborców, że Lech Kaczyński nie tyle, że ma głupią i niemoralnie prowadzącą się córkę, zięcia esbeka, że, jak mówi to mamrocze i że wygląda, jak kartofel, lecz, że jest po prostu chory.
Na raka? Nie. To by mogło wzbudzić współczucie. Na serce? Też nie - tylu z nas jest chorych na serce, a nawet wysportowany Donald Tusk ma za duży cholesterol. Trzeba znaleźć coś bardziej pop. Coś równie pop, jak dwa lata temu kartofel, tyle, że na poziomie medycznym.
Co będzie najlepsze? Wiadomo - Alzheimer i nieustanna sraczka. Będzie ubaw po pachy.
Ja oczywiście jestem pewien, że tym razem ta sztuczka się nie uda. Z prostego powodu. O ile to, że bracia Kaczyńscy są niskiego wzrostu, a Jarosław mieszka ze swoją Mamą, to fakty, których zanegować się nie da, to pomysł, że Lech Kaczyński jest bardziej chory, niż ktokolwiek przeciętnie zdrowy w wieku około sześćdziesiątki, dla każdego, kto ma uszy i oczy normalnie otwarte, jest tak głupi, że nie warto nawet się nad nim zastanawiać.
Tego jestem pewien. Natomiast modlę się o to, żeby ten, kto wymyślił taki plan, żeby wmówić społeczeństwu, że prezydent Kaczyński - jego wróg i polityczny rywal - ma ciężkie kłopoty jelitowe i Alzheimera, bo dzięki temu pewien gatunek jego wyborców poczuje do niego naturalne obrzydzenie, żeby ten ktoś spalił się w piekle.

środa, 6 sierpnia 2008

Sławek i Sebek, czyli nowy model bliźniactwa

Skoro wczoraj było o tym, jak miłość sobie dzielnie poradziła z nienawiścią, dziś, siłą rzeczy, musi być o Platformie Obywatelskiej. I to nie o Platformie Obywatelskiej, jako o morzu miłości, ale o dwóch prominentnych przedstawicielach tej - już nawet nie partii - ale intelektualnej inicjatywy.
Mam tu na myśli Sławomira Nowaka i Sebastiana Karpiniuka. Od razu jednak muszę się wytłumaczyć. Nawet jeśli moje refleksje na temat tych dwóch działaczy będą skażone ironią posuniętą zbyt daleko, to uważam, że można mi to wybaczyć. W końcu żyję na tym świecie już bardzo długo - niektórzy mogą nawet powiedzieć, że dużo za długo - i mam swoje związane z wiekiem fobie.
No bo proszę sobie wyobrazić. Idzie człowiek spokojnie ulicą, a tu z naprzeciwka, a może jeszcze zza rogu, wychodzi na niego dwóch młodzianków: Sebek i Sławek. No przecież to jest równie traumatyczne przeżycie, a może i bardziej jeszcze, niż gdyby zamiast nich, pojawili się Sylwek i Ariel. Bez sensu? No, pewnie tak, ale mówiłem, że jestem starym dziadem.
Wczoraj, po raz drugi od mojego powrotu ze wsi, włączyłem TVN24 i od razu wpadłem na głęboką wodę. Wprawdzie w studio nie było red. Rymanowskiego, tylko red. Marciniak, ale za to zamiast Radosława Majdana, za nowocześnie błyszczącym stolikiem siedział Sławek.
Na ministra Nowaka mam baczenie właściwie od pierwszego razu, jak zobaczyłem jego dobrą, skupioną twarz i zatroskane oczy. Patrzę na tę twarz, na to zmarszczone czoło, w końcu na te usta wypowiadające słowa, które wprawdzie wychodzą z trudem, ale jak już wyjdą, to zostają i dźwięczą.
Bo trzeba Wam wiedzieć, że Sławek nie jest ot takim sobie zwykłym mówcą telewizyjnym. On nie jest kimś takim jak poseł Wenderlich, który siada na krzesełku, stawia oczy i nos w słup (on autentycznie potrafi stawiać nos w słup) i przez dziesięć minut, na jednym tonie, gada dokładnie to samo, co gadał dzień wcześniej i tydzień wcześniej.
On nie jest też kimś takim, jak poseł-senator Gowin, który - owszem - potrafi występować, niemniej ma opracowany tylko ten jeden rodzaj zamyślenia, taki troszkę zbliżony do zamyślenia człowieka nazwiskiem Amerigo Bonasera, w momencie, gdy Don Corleone zwraca się do niego słynnymi już słowami: "Bonasera, Bonasera, what have I ever done to you to make you treat me so disrecpectfully?" Smutek połączony z dumą.
Sławek od pierwszej sekundy, gdy oko kamery obejmie jego cały, tak starannie opracowany wizerunek, żyje. Jego twarz ani przez chwilę nie stoi w miejscu. On raz jest zafrapowany, za chwilę już inteligentnie rozbawiony, po chwili nagle filuternie złośliwy, by za moment wpaść w śmiertelną powagę. I cały czas dobiera słowa, walczy ze swoimi myślami, wypluwa z siebie skrawki zdań, marszczy czoło, mruży oczy, spuszcza głowę, unosi czoło, tu się uśmiechnie, to znów spoważnieje, a mówi... och, co on mówi!
Wczoraj red. Marciniak pyta ministra Sławka, co sądzi o wypowiedzi prezydenta na temat planowanego przez Platformę impeachmentu. Na twarzy Sławka pojawia się najpierw zawstydzenie, po ułamku sekundy nieśmiały uśmiech, w kolejnym ułamku sekundy powaga człowieka, który wie, że słowo jest słowem i pada odpowiedź, że jemu jest naprawdę niezręcznie komentować słowa prezydenta, którego on szanuje. Marciniak mówi, że podobno prezydent widział jakiś dokument, który omawia sprawę impeachmentu, na co Nowak, z poważną i zatroskaną miną, wyjaśnia, że może prezydent widział Konstytucję, bo tam rzeczywiście jest coś o impeachmencie, ale jemu trudno jest komentować. Bo on szanuje Prezydenta.
Po chwili pojawia się sprawa Palikota i jego obietnicy, że Platforma ustawowo zmusi Prezydenta do ujawnienia stanu zdrowia. Sprawa jest poważna. Sławek marszczy czoło i mówi, że jego zdrowie prezydenta nie interesuje. Nagle na jego twarzy pojawia się zmarszczka, rośnie, rośnie, rośnie, w oku jaśnieje błysk radości i dumy, bo okazuje się, że premier Tusk jest bardzo zdrowy, a zdrowy jest, bo się regularnie bada i prowadzi sportowy tryb życia i każdy człowiek, szczególnie już starszy, powinien się regularnie badać, bo w końcu ludzie mają prawo pytać, kto nami kieruje.
Słowa płyną a twarz gra wszystkimi barwami żywego umysłu. I w tym momencie obserwujemy ten niezwykły paradoks.
Żeby znów dać przykład, przywołam występ gwiazdy telewizji, Moniki Richardson w filmie Michaela Palina pt. New Europe. Monika Richardson rozmawia z Palinem po angielsku i widać, jak ona bardzo pragnie by jej angielski był co najmniej równie piękny, jak język samego Palina. Każde słowo, każda zgłoska, każdy dźwięk u Moniki Richardson są tak angielskie, że w pewnym momencie robi się słabo.
W filmie występuje mnóstwo nie-Anglików - Chorwatów, Czechów, Litwinów, Estończyków. Każdy z nich mówi po angielsku tak jak potrafi i każdy mówi po prostu normalnie; lepiej lub gorzej, ale normalnie. Monika Richardson nie mówi po angielsku. Ona udaje, że mówi po angielsku. I dlatego jest po prostu męcząca i żenująca.
I tu mamy fenomen Sławomira Nowaka. Z nim jest jednak jeszcze gorzej. O ile Monika Richardson, gdyby tylko chciała, mogłaby machnąć ręką na ten lans i zacząć mówić normalnie. Bo na pewno potrafi. Sławek Nowak już nie. On cały swój intelektualny i fizyczny wysiłek wkłada w to, żeby wyglądało, że myśli. Tymczasem on nie myśli. On jedynie udaje, że myśli, a za tym jego udawaniem stoi najzwyklejsza umysłowa pustka. Jeśli przestanie udawać, to nie zostanie już nic. W momencie, jak się przestanie napinać, pojawi się Sebek Karpiniuk.
I w tym momencie przeszliśmy do drugiej połówki tego duetu. Poseł Karpiniuk, to zjawisko już upełnie innego rodzaju. Kiedy ktoś nas prosi o przybliżenie jakiejść postaci, to mówimy, na przykład "No wiesz, coś takiego, jak Wiktor Zin", albo "Takie trochę skrzyżowanie Ala Pacino z Dustinem Hoffmanem", czy wreszcie - jak wyżej - taki trochę Amerigo Bonasera.
Z Sebkiem tak prosto się niestety nie da. On jest naprawdę wyjątkowy.
Tak sobie myślę, że może trzeba by było wziąć Jima Carrey'a w najbardziej spektakularnej fazie, a następnie pozbierać z tych wszystkich stęknięć Sławka Nowaka, kilka dziesięciominutowych sekwencji grepsów, zapisać je na dysku, wszczepić ten dysk panu posłowi gdzieś, wszystko jedno gdzie - byle by się przyjęło - i go uruchomić.
I wtedy będzie on trzymał tę jedną fikuśną minę i na jednym oddechu wypowiadał te swoje cudaczne teksty. Jak choćby to, że Prezydent dostał szału. I wtedy właśnie uzyskamy Sławka Nowaka w stanie czystym. Nowaka zawieszonego gdzieś wysoko między jedną miną a drugą, bez śladu tego nędznego aktorstwa, z tym samym pustym bezsensownym przekazem.
I wtedy ci dwaj wybitni politycy Platformy Obywatelskiej zaprezentują się nam tym, czym faktycznie są. Mianowicie nieudanymi, choć tak strasznie aspirującymi, kopiami swojego szefa - Donalda Tuska.
I to jest sedno całego mojego dzisiejszego wpisu. Otóż przez jakiś czas mówiło się tu i tam, że Donald Tusk właściwie jest kompletną miernotą i wszyscy w Platformie o tym wiedzą. Następnie, informacja ta uległa lekkiej korekcie, że mianowicie on - owszem - jest miernotą, ale nie wszyscy o tym wiedzą, ponieważ, ci, którzy to wiedzieli, zostali, z wyjątkiem może Grzegorza Schetyny i może jeszcze kogoś, których się Donald lęka, stopniowo odsunięci, a ci, którzy zostali, traktują swojego szefa, jako tzw. role model. Ci natomiast, którzy są w tym najlepsi, zostają nagradzani szczególną pozycją w hierarchii.
Nie wiem, ile jeszcze miesięcy Sławomir Nowak i Sebastian Karpiniuk utrzymają się w głównym nurcie Platformy Obywatelskiej, i nie wiem też, jak duże jest to towarzystwo, które już przebiera nogami, żeby przyskoczyć troszkę bliżej okolic premiera. Nie wiem też, czy Nowak i Karpiniuk faktycznie są najlepsi w swojej kategorii, czy może są tam jacyś politycy już od nich lepsi.
Wiem natomiast, że jeśli Platforma będzie w tym tempie obniżać poprzeczkę, będę musiał zweryfikować swój dotychczasowy pogląd, że najgłupszy polityk i tak jest mądrzejszy od przeciętnego dziennikarza.
PS - Wszystkich, którzy, nawiązując do mojego poprzedniego wpisu, zechcą mi zarzucić, że ja się tarzam w nienawiści, pragnę uprzedzić, że tak nie jest. Ja naturalnie szydzę z obu panów, jak tylko najlepiej potrafię, ale, żebym miał ich nienawidzić, to absolutnie jest niemożliwe. Od czasu, jak się dowiedziałem, że Sławomirowi Nowakowi urodził się syn, myślę o nim wyłącznie, jak o kochającym ojcu i mężu, na którego czekają w domu, a on też chętnie do tego domu wraca.
Natomiast, jeśli idzie o Sebastiana Karpiniuka, to jest jeszcze lepiej. Otóż muszę przyznać, że czuję z nim bardzo bliski związek kulturowy przez moje, bardzo podobne do jego, nazwisko. Uważam, że poseł Karpiniuk podobnie jak ja - jest chłopcem z małej wioski i gdzieś tam mieszkają jego bliscy, którzy się cieszą, że odnosi takie sukcesy, jest sławny i tak pięknie umie mówić. I to sprawia, że patrzę na niego ze swego rodzaju sympatią.
No a to, że obaj są tacy słabiutcy, jeśli idzie o to, co nauczyciele nazywają lotnością - nie oni pierwsi i nie ostatni. I naturalnie tego typu fakt nie stanowi zupełnie powodu, żebym miał kogokolwiek nienawidzić.

wtorek, 5 sierpnia 2008

O tym jak miłość i serdeczność rozdeptała nienawiść

Nie mam pewności, kiedy słowo ‘nienawiść' po raz pierwszy pojawiło się w debacie publicznej w Polsce. Możliwe, że, gdyby prześledzić publicystykę Adama Michnika, okazałoby się, że coś przegapiłem, ale, jak dobrze pamiętam, pojęcie nienawiści znalazło swoje zastosowanie, zarówno, jako argument, jako bicz i jako obietnica nagrody, mniej więcej w tym samym czasie, gdy okazało się, że w Polsce nie uda się wprowadzić tzw. systemu meksykańskiego.
dyby ktoś nie wiedział, chodzi tu o system w którym na wiele, wiele lat, władzę w Polsce miała objąć jedna partia, partia prawdopodobnie o nazwie Solidarność, zarządzana przez jedną grupę osób, która to grupa będzie przyznawała miejsce w hierarchii czy to administracyjnej, czy to państwowej, wyłącznie na zasadzie kooptacji.
To wtedy zaczęto w Polsce mówić o nienawiści. Albo o nienawiści ‘zoologicznych antykomunistów', albo ‘jaskiniowych klerykałów', czy nienawiści ‘polskiego antysemityzmu'.
To co mnie od samego początku uderzało w tej walce z nienawiścią, to fakt, że na czele utworzonych przez tę kampanię oddziałów, stali ludzie, których jedynym motorem działania było czyste, bezinteresowne obrzydzenie do politycznego przeciwnika.
Pamiętam, że w wyborczej kampanii prezydenckiej, wszystkie zarzuty przeciwko Lechowi Wałęsie i jego środowisku, skupiały się wokół hasła nienawiści. Jeśli mówiło się o Wałęsie, jako o człowieku z siekierą, to zawsze przy okazji tej siekiery, wracało słowo ‘nienawiść'. Nie było debaty publicznej, gdzie w stosunku do obozu demokratycznego nie skierowano by uwagi: "Ależ wy potraficie nienawidzić!"
Kiedy w jednym z niedawnych moich wpisów, przypomniałem, jak Gazeta Wyborcza w roku 1991 nazwała Wiesława Chrzanowskiego faszystą, wielu moich kolegów z Salonu uznało, że jestem idiotą i prowokatorem, bo tak być po prostu nie mogło. Otóż właśnie, że mogło. Mogło i było. Czasy walki z nienawiścią były takie, że nie było zdarzenia ani słowa, które by potrafiły zdziwić.
A przypominam, to wszystko miało miejsce na długo jeszcze, zanim pojawiły się oczy Antoniego Macierewicza i dzioby Kaczorów. Wtedy dopiero Andrzej Celiński zaczynał mówić o ludziach spoconych w pogoni za władzą, a jego kolega partyjny krzywił się z pogardą na widok tych, którzy nie potrafią właściwie trzymać noża i widelca. To było jeszcze zanim Jan Maria Rokita uznał, że państwo, z całym swoim aparatem zniszczy wszelkie przejawy politycznego protestu. Nienawiść dopiero raczkowała.
Prawdziwy czas na batalię przeciw nienawiści przyszedł, gdy obalono rząd Jana Olszewskiego, kiedy na okładce tygodnika Wprost pojawiły się oczy, Jacek Snopkiewicz opublikował swoją pracę o ‘teczkach', a w Gazecie Wyborczej zadebiutowała przyszła wielka polska poetka, Wisława Szymborska wierszem zatytułowanym - nomen omen - Nienawiść.
To wtedy termin ‘nienawiść' wszedł do słownika kultury popularnej i to wszedł z wielkim rozmachem i w wyjątkowo szczególnym kontekście. Nienawiść przestała oznaczać tradycyjną sytuację, w której ktoś kogoś nienawidzi, a została ograniczona do wypadków, w których ktoś kogoś nienawidzi niesłusznie.
To wtedy, w moim otoczeniu, pojawili się ludzie, którzy, wykrzywiając twarze w pogardzie, mówili: "ja bym tę pełną nienawiści hołotę rozgniótł, jak pluskwy". Kogo mieli na myśli? Różnie. Raz Macierewicza, raz Kaczyńskich, raz Krzaklewskiego, innym razem prymasa Glempa, red. Iłowieckiego, czy piosenkarza Piotra Szczepanika.
Obecnie, po tych wszystkich latach, zarówno samo słowo się zużyło, jak i pojawiło się mnóstwo innych nowych określeń z powodzeniem opisujących zjawiska na styku socjologii, kultury i polityki. Prawdziwą potęgą stały się media, internet nie tylko otworzył drzwi do świata, ale również poszerzył język i wyobraźnię.
Jeśli chcemy zniszczyć, rozdeptać, unurzać w gnoju przeciwnika, nie musimy już zarzucać mu nienawiści. Możemy oskarżyć go o brak kultury, o nadmierne rozideologizowanie, o skrajny subiektywizm, czy wreszcie o tzw. zdziczenie obyczajów. A kiedy już wszystko zostanie powiedziane, odpowiednio wyjaśnione i podparte obrazem, to można będzie nawet postraszyć sądem.
Niedawno, tu w Salonie, zwrócono mi uwagę na wpis poświęcony mojej osobie - specjalnie mówię, osobie, a nie publicystyce - gdzie pewien człowiek pisze, że ja nie miałbym nic przeciwko temu, żeby moje córki zatrudniły się w burdelu http://kilkazdan.salon24.pl/84538,index.html .
Dlaczego on tak o mnie pisze. Otóż ma ten ktoś do mnie żal, że ja nie szanuję ludzi i tego, co oni szanują.
W odpowiedzi na ten tekst, zabrała głos inna uczestniczka tego forum idei, która sugeruje, żeby się mną nie zajmować, bo ja jestem (domyślam się, że razem z moimi dwiema córkami) niepoważny i przesłała autorowi tego ‘burdelowego' postu pozdrowienia.
Wprawdzie sama bezpośrednio nie zarzuciła mi uprawiania nienawiści, ale pozwoliłem sobie zajrzeć do jej innych pism i oto czytam, jak w jednym z komentarzy zwraca się do swojego polemisty: "Nie mam lekarstwa ani na Twoją niewiedzę ani na Twoją chorobliwą nienawiść".
A żeby pokazać, na czym polega czas miłości i szacunku, i jak wygląda świat, gdzie nienawiść ostatecznie została pokonana, pisze w sposób następujący (większe błędy poprawiłem, żeby oczyścić przekaz):
"Jak mogliście myśleć, że Rokita wejdzie do rządu, w którym jest Kryże, Ziobro, jakieś głupie pindy pokroju Kępy, Kalaty, Fotygi, Jakubiak, cała masa PZPR-owców, esbeków i TW? [...] Synowie morderców AK-owców są wiceministrami sprawiedliwości w rządzie Kaczyńskiego [...] Czerwona hołota jest w rządzie Kaczyńskiego. Wszyscy z rodowodem PZPR-owskim. Wszyscy jak Ziobro z rodzin kacyków PZPR-owskich, jak Jasiński - biuro paszportowe za PRL - czyli awangarda SB, jak Gosiewski syn członka PZPR, jak Dorn syn komunisty z Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, której celem było przyłączenie Polski, a zwłaszcza Lwowa i Kresów do ZSRR ( co tak pięknie im się udało!)- nie musisz się wysilać i daleko szukać - wystarczy przejrzeć listę członków rządu, władz PiS itp.
Nie pieprz mi banialuków - możesz sobie takie pogaduchy robić na onecie - kto jest czerwoną hołotą - widać aż zbyt dobrze. A kto jest pindą też widać"
http://renata.rudecka-kalinowska.salon24.pl/31872,index.html
Więc tak to potoczyły się losy nienawiści i walki z nią przez te, jakby nie było, już co najmniej osiemnaście lat. Nienawiści, braku kultury, dyskusji nie na poziomie, awanturnictwa, zdziczenia obyczajów.
Na szczęście przetrwaliśmy to, co najgorsze i dotrwaliśmy do czasów miłości i szczęścia. Miłości, bo przecież nikt, kto prawdziwie nie kocha nie może rządzić i oczywiście nikt, kto nie potrafi prawdziwej miłości docenić, na szczęście sobie nie zasłużył.
Ani on, ani jego dzieci.

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Jak być wykształconym człowiekiem z miasta i nie zgłupieć

Rodzice moi byli niewykształconymi ludźmi pochodzącymi ze wsi. Ja, całe moje dzieciństwo, zanim poszedłem do szkoły, przez większą część roku, a następnie, jak tylko pozwalał na to rok szkolny, spędzałem na wsi. A więc, w pewnym sensie, zawsze czułem się duchowo kimś ze wsi.
Ponieważ jednak moi rodzice byli ludźmi, dla których dzień, w którym opuścili swoją wioskę, był dniem bardzo poważnego awansu i sukcesu, dla nich miasto i, konsekwentnie, świat ludzi mądrych i wykształconych, stały się czymś daleko ważniejszym, niż dla mnie. Pamiętam, że kiedy przyjeżdżaliśmy na wakacje, mój Tato zawsze wytwarzał wokół siebie taką szczególną aurę, która mówiła, że gdzieś, daleko jest inny świat, świat, jeśli nie lepszy, to na pewno poważniejszy.
Ja z kolei, jako dziecko urodzone w mieście, ale z korzeniami właśnie tam, od razu zanurzałem się w prawdziwym autentycznym szczęściu. I, jestem pewien, że nie chodzi o to, że wtedy byłem dzieckiem, a ten czas, to były wakacje. Ja zawsze czułem, że tam jest moje naturalne środowisko i dziś również, tam dopiero czuję, że wszystko jest na swoim miejscu.
Kiedy przyjeżdżałem na wieś, zawsze wiedziałem, że wreszcie będę mógł normalnie porozmawiać, nie wysłuchując nieustannych popisów ze strony ludzi, którzy dbają wyłącznie o to, żeby dobrze i błyskotliwie wypaść. Wiedziałem, że nie będę musiał nieustannie uważać na to, co mówię, jak mówię i jaką przy tym robię minę. Że zrozumiem zawsze, co do mnie mówią, a ci, do których mówię, doskonale zawsze będą wiedzieli, co do nich mówię ja, nie dlatego, że ktoś z nas jest mądrzejszy, albo głupszy, ale dlatego, że i oni i ja lubimy obserwować świat i po prostu rozmawiać.
Pamiętam, jak kiedyś Jarosław Kaczyński, starając się pokazać, jak nienawiść do bolszewizmu potrafiła przetrwać w nieskażonych środowiskach w stanie nienaruszonym, opowiadał, jak to poszła po jednej wsi plotka, że jeśli ludzie nie pójdą do wyborów, to komuniści wieś po prostu zbombardują. I ludzie w to uwierzyli. I do wyborów poszli. Dlaczego? Nie dlatego, że byli naiwni i głupi, ani, że naiwnie i głupio byli tchórzliwi. Wręcz przeciwnie. Poszli do wyborów dlatego, że byli roztropni wiedzą, że sowiecka myśl potrafi wszystko.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że kiedy na wsiach ludzie demonstrowali swój egzotyczny rozsądek i dzięki temu wielu z nich, nie tylko, ani nawet przede wszystkim, w sensie fizycznym, przetrwało, w tym samym czasie, wielu wykształconych ludzi z miast, z nadmiaru abstrakcji połączonej z kłamstwem, którą to intelektualną ofertę pragnęli objąć swoim umysłem, po prostu zgłupieli. I tak trwają do dziś.
Pamiętam, że mój Ojciec, ile razy mówiłem mu, że ktoś w telewizji, czy ktoś piszący w gazecie jest idiotą - a mówiłem to irytująco często - bardzo się na mnie gniewał. Nie dlatego, że miał inne ode mnie zdanie na jakiś temat. Nie dlatego, że osobę przeze mnie tak nie uprzejmie potraktowaną, jakoś szczególnie cenił. Denerwował się na mnie, ponieważ uważał, że nie należy krytykować ludzi, którzy z definicji są od nas mądrzejsi. A definicja była taka, że wykształcenie, to rozum i autorytet.
Ciekawe przy tym było to, że on sam nie umiał nad sobą zapanować wielokrotnie, gdy oglądał w telewizji tego, czy innego specjalistę od tego czy owego i kręcił nosem właściwie nieustannie. Przy tym jednak ta jego wiara w to, że wykształcenie powinno coś gwarantować, a jak ktoś jest profesorem, albo dyrektorem banku - to tym bardziej - nigdy go nie opuszczała.
Piszę te słowa i wiem, że wielu z Was może uznać, że są one tak trywialne, że nie ma w ogóle o czym mówić. Przecież już e.e. cummings w jednym ze swoich wierszy tak pięknie opisał to, o czym ja próbuję dziś opowiedzieć. Mianowicie, że jedyny powód, dla którego należy pójść na studia, to, żeby nie trzeba było mówić: "o if i'd ohnlygawntoacollege".
Pamiętam też, jak pewien mój, zmarły już dziś, kolega, mawiał, że jedyną satysfakcję, jaką on ma z tego, że skończył studia, to wiedza, że to całe wykształcenie jest gówno warte. W przeciwnym wypadku, tego akurat mógłby nie wiedzieć.
Czemu o tym wszystkim postanowiłem napisać dziś? Wbrew pozorom, wcale mi nie chodzi o to, że kolejne badania sondażowe znowu wskazują na głęboki podział intelektualny między ludźmi ze wsi i ludźmi z miast, co drażni moje kompleksy, ani też między ludźmi z wykształceniem wyższym, a wykształceniem żadnym, co budzi we mnie uczucie głębokiej niesprawiedliwości.
Muszę też tu zmartwić wszystkich badaczy powyborczej traumy w szeregach nielubianej przez siebie grupy wyborców. Ten trop jest absolutnie fałszywy. Może jutro, albo pojutrze, albo może i wczoraj. Dziś jednak sprawa polega na absolutnie czymś innym.
W najświeższym Wproście przeczytałem artykuł dziennikarza Roberta Leszczyńskiego na temat nowego Batmana. Leszczyński wprawdzie nie jest specjalistą od filmów, ale też nie jest specjalistą od czegokolwiek , oprócz być może tak zwanych ‘miękkich narkotyków'. Jednak ponieważ od czasu jak Zbigniew Hołdys został intelektualistą i autorytetem moralnym, kultura pop stała się dziedziną w pełni sprofesjonalizowaną, a tym samym uzyskała status wiedzy, a więc i tu pojawiło się zapotrzebowanie na tzw. ekspertów.
Chodzi o to, że dziś już nie wystarczy powiedzieć, że zespół muzyczny Feel jest świetny, albo, że jest do kitu; nie wystarczy przejść obok wielkiej dyskoteki, skąd dochodzą dźwięki o nazwie dance i po prostu zwymiotować; nie wystarczy wreszcie rżeć na filmie Lejdis. To wszystko trzeba po ekspercku opisać.
Tu ekspertem został Robert Leszczyński, no a skoro ekspertem od popu, to automatycznie od wszystkiego, niestety też od Batmana.
Pisze więc Robert Leszczyński, że najnowszy Barman odniósł już teraz wyjątkowy zupełnie sukces, a prawdopodobnie ten sukces przerośnie wszystko, co we współczesnym kinie stało się dotychczas i do tychczas wszystko jest w porządku. W końcu nie Leszczyński to wymyślił. W porządku jest nawet to, że nie próbuje analizować nowego Batmana, ani w ogóle na temat filmu pisać, bo mógłby tu naturalnie polec, ale w pewnym momencie o reżyserze filmu pisze tak: "Jak to się stało, że akurat ten film odniósł tak bezprecedensowy sukces, a 38-letni Brytyjczyk bez dorobku pozostawił w polu takie tuzy światowej kinematografii, jak Spielberg czy Cameron?"
Reżyserem nowego Batmana jest - o czym absolutnie kuriozalnie w swoim tekście Leszczyński nie wspomina ani razu - jest Christopher Nolan - jak podaje strona imdb.com "Nominated for Oscar. Another 35 wins & 23 nominations" i przypomina, oprócz ostatniego, następujące filmy, choćby z ostatnich lat: The Prestige, Batman Begins, Insomnia, Memento.
Ekspert Leszczyński tymczasem, czołowy intelektualista III RP, pisze o Nolanie: "Brytyjczyk bez dorobku".
Nie chodzi tu o Leszczyńskiego jednak, z tego bowiem powodu, że Leszczyński jest tylko drobnym przykładem tego, co się wyprawia w tak zwanej eksperckiej domenie intelektualnej Polski.
Inny specjalista od spraw kultury, niejaki Wiesław Kot, do dziś pamiętam, jak recenzując film We Were Soldiers z Melem Gibsonem, film bezwstydnie patriotyczny i ojczyznotwórczy, film w którym ludzie są wyłącznie dzielni, mądrzy i wspaniali, napisał w tym samym Wproście, że film Byliśmy żołnierzami to ciężka, antyamerykańska krytyka wojny, zdemoralizowanych dowódców, bezwzględnych i okrutnych żołnierzy i poruszający obraz ich żon, topiących swoje beznadziejne życie w alkoholu.
Normalny, niewykształcony człowiek, siedzi w kinie i ogląda bohaterskich żołnierzy i ich kobiety - modlące się, pomagające sobie nawzajem, płaczące na tle gwiaździstego sztandaru - szuka tego alkoholu gdziekolwiek, choćby gdzieś na dziesiątym planie - zero; a intelektualista Kot pisze, że one chleją, bo ich zawiodła Ameryka.
Niedawno miałem okazję być na koncercie zespołu The Police. Koncert był absolutnie niezwykły. I to nie tylko z technicznego, czy muzycznego punktu widzenia. Całe przedstawienie stanowiło jeden wielki festiwal radości i muzycznego szaleństwa. W pewnym momencie, dwóch kompletnie oszalałych z emocji widzów, zorganizowało na Stadionie Śląskim tak zwaną falę, która już do końca, zupełnie samoczynnie wznosiła się nad całym stadionem.
Recenzja w Rzeczpospolitej tymczasem informuje, że koncert był tak okropnie nudny, że dwóch zdesperowanych fanów usiłowało ludzi rozruszać, organizując z ciężkim wysiłkiem tzw. falę.
W czerwcu w Warszawie wystąpił Bob Dylan. Ktoś kto był na koncercie opowiada, że Dylan śpiewał mnóstwo największych ze swoich przebojów, tyle że - tradycyjnie, jak to u niego w zwyczaju - tak zmienionych, że, jeśli się nie słuchało tekstu, trudno było poszczególne tytuły rozpoznać.
Recenzent Rzeczpospolitej pisze, że koncert, owszem, był świetny, tyle, że Dylan śpiewał piosenki wyłącznie z trzech ostatnich płyt.
Jak mogliście zauważyć, pisząc o upadku tego, co - można było wierzyć - upaść nie powinno, czyli o najbardziej podstawowej fachowości ludzi fachowych, bo przecież światowych i wykształconych, skupiam się wyłącznie na kulturze i to kulturze popularnej. Proszę mi jednak powiedzieć, jakie są gwarancje, że nieszczęście głupoty i niekompetencji spotkało tylko część tego świata. Jakie są gwarancje, że eksperci od muzyki poważnej, od sportu, od literatury, od malarstwa, czy wreszcie eksperci od socjologii, politologii, czy, patrząc już najszerzej, od polityki, nie są równie nedzni i intelektualnie żałosni, co Wiesław Kot, czy ten recenzent z Rzeczpospolitej?
Proszę mi powiedzieć, jakie są gwarancje, że w świecie, w którym według odgórnie zaaprobowanego porządku, obowiązuje jednak układ swego rodzaju piramidy, na której czubku siedzą - przykładowo - Grzegorz Miecugow i Ireneusz Krzemiński, a najniższą warstwę stanowią panie w moherowych beretach, nie doszło do ciężkiej intelektualnej korupcji.
Nie ma żadnych, a nam pozostaje tylko żałować, że dobry wojak Józef Szwejk jest postacią bardzo fikcyjną i przede wszystkim już bardzo historyczną.
On by nam coś na temat mógł wesołego powiedzieć.

niedziela, 3 sierpnia 2008

O dobrych czerwonych i złych czarnych słów kilka

Już wiele lat temu zauważyłem, to tu to tam, młodzież, czy może jedynie dzieci, z naszywkami głoszącymi niezmiennie hasło 'precz z faszyzmem'. Poetyka tego hasła była oczywiście różna, bo oprócz podstawowego 'precz z faszyzmem', wyrażało się ono też przez przekreślone słowo 'faszyzm', albo przez zdanie 'faszyzm to śmierć', czy też przez zwykłe, króciutkie 'tęp faszyzm'.
Jeszcze wcześniej, pamiętam, kiedy istniała jeszcze instytucja zwykłych przyjaźni listowych, a nie typu gadu-gadu, często dzieci, umieszczające w gazecie swoje zdjęcia i notki, informowały potencjalnych przyjaciół, że nienawidzą kłamstwa i faszyzmu, albo chamstwa i faszyzmu, albo głupoty i faszyzmu.
Nigdy, przenigdy, nie udało mi się zauważyć jednego wpisu z informacją "nie lubię komunistów i chamów", ani też idąc ulicą, nigdy nie udało mi się dostrzec licealisty, czy gimnazjalisty z plecaczkiem, na którym miałby wypisane hasło 'komunizm nie!', na przykład. Byli oczywiście tacy, ,którzy nie manifestowali żadnych innych poglądów, jak tylko ten, że Iron Maiden, ale 'powiedz nie komunizmowi' - nigdy.
Myślałem o tym zjawisku bardzo długo i kiedy wreszcie popracowałem kilkanaście lat w najróżniejszych szkołach, potrafiłem mniej więcej odpowiedzieć sobie na nurtujące mnie pytanie: dlaczego faszyzm - nie, a komunizm - obojętnie.
Młodzież, którą pytałem o to, czym jest dla nich faszyzm, odpowiadała, wbrew pozorom, nie, że faszyzm to Hitler, czy wojna, czy nawet Niemcy. Większość z nich powtarzała to, co wcześniej czytałem w ogłoszeniach pen-palowych, czyli, że faszyzm to kłamstwo, chamstwo i głupota.
Szczerze powiem, że ta odpowiedź była dla mnie tylko częściowo zaskakująca. Ja na przykład, podobnie jak wielu moich znajomych, przyznaję się do tego, że wielokrotnie słowa 'komunista' używałem bardzo szeroko, po to, by dokonać wartościowania osoby, której nie lubię. Czasem, jak coś mi się bardzo nie podobało, mówiłem "Co za komuna!". Więc, gdyby mnie ktoś zapytał, czym jest dla mnie komunista, czy komunizm, mógłbym odpowiedzieć - przyznaję, przewrotnie - że na przykład komunista to swołocz, a komuna to syf.
To wszystko jednak, co powyżej napisałem, nie zmienia faktu, że problem pozostaje. Dlaczego kultura popularna - bo na pewno nie tylko młodzieżowa - traktuje pojęcie faszyzmu o wiele szerzej, niż pojęcie komunizmu? Dlaczego jeśli chcemy kogoś obrazić, albo zakwestionować coś, co dla nas jest ewidentnie złe, większość z nas może pozwolić sobie na myślowy skrót związany ze słowem ‘faszyzm', ale już nie tak często ze słowem ‘komunizm'?
Odpowiedź na to pytanie - przynajmniej częściowa - leży w jednym z bardzo starych artykułów w Gazecie Wyborczej. Pamiętam bowiem do dziś - jak ktoś chce, niech szuka i sprawdzi - pamiętam bardzo dobrze, że kiedy ministrem sprawiedliwości w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego został Wiesław Chrzanowski, Gazeta Wyborcza uznała za stosowne zwrócić uwagę na to, że po raz pierwszy w powojennej demokratycznej Europie ministrem został faszysta.
Dlaczego odpowiedź znajduje się akurat w tych słowach i dlaczego jest odpowiedzią jedynie częściową? Otóż Jan Krzysztof Bielecki, co dziś może niewielu chce pamiętać, został powołany na szefa rządu przez Lecha Wałęsę. Lecha Wałęsę, który - o czym też niewielu chce dziś pamiętać - był w tamtym czasie postacią równie znienawidzoną i zohydzoną przez establishment, jak dziś Lech Kaczyński. Więc automatycznie, w pierwszych dniach swojej pracy, zanim establishment zauważył, żę jest bezpiecznie, Gazeta Wyborcza waliła we wszystko, co wiązało się z osobą Lecha Wałęsy bez najmniejszego wstydu. Więc walnęła też w osobę Wiesława Chrzanowskiego.
Dlaczego jednak nazwano Chrzanowskiego faszystą? Odpowiedź jest następująca: zrobili tak dlatego, b nie mogli go nazwać komunistą, a poza tym, nawet gdyby mogli, efekt nie byłby tak czysty.
Bo cóż by to mogło oznaczać, że Chrzanowski jest komunistą? Nie bardzo wiele. Komunistą bowiem, tak czy inaczej, byli prawie wszyscy. I Jaruzelski był komunistą i Kuroń i Michnik i Gierek. Komunistą był i Jerzy Urban i Daniel Passent i aktor Siemion i piosenkarka Irena Santor. Komunistą był, jak mówię, każdy, z wyjątkiem paru - zupełnie, jak to wtedy mówiono, ‘zoologicznych", czy ‘jaskiniowych' antykomunistów. I to nie komunistą w przenośni; nie komunistą w myślowym skrócie; nie komunistą w figurze potocznej. Oni wszyscy, tak czy inaczej, byli komunistami w sensie dosłownym.
Takim komunistą jednak nie był Chrzanowski. A, jak mówię, nawet gdyby był, to propaganda antypolska nie mogła go tak nazwać, bo obywatelom do których słowa propagandy były kierowane, mogłoby się jeszcze coś pomieszać.
Więc Chrzanowski został faszystą, czyli głupkiem, chamem i oczywiście kłamcą.
Tak to się plotło nam kiedyś i tak nam się plecie do dzisiaj.
Jeśli więc dziś ja o sobie powiem, że uważam to wszystko, czego dokonała Wielka Czerwona Rewolucja za czyste dobro, jeśli powiem, że moim bohaterem jest człowiek o nazwisku Trocki, jeśli powiem, że Marks to największy filozof wszystkich czasów; nawet jeśli oświadczę, że wszystko, co robię i wszystko, co będę robił w swoim dalszym życiu będzie robione dla Wielkiej Czerwonej Rewolucji, wszystko to, w kraju, w którym propagowanie komunizmu jest prawnie zakazane, ujdzie mi na sucho, pod warunkiem, że na tym samym oddechu wyduszę z siebie, że ja absolutnie nie mam na myśl komunizmu i że moja Czerwona Wielka Rewolucja nie miała nigdy absolutnie nic wspólnego z komunizmem. A jeśli ktoś tak mówi, to z pewnością jest czarnym faszystą.
I odwrotnie. Jeśli stanę publicznie i publicznie powiem, że Okres Wielkiej Niemieckiej Rzeszy był jedynym okresem w historii Europy, kiedy panował porządek i były przestrzegane zasady, a jednocześnie zaznaczę, że Hitler absolutnie mi się nie podoba i nie chcę mieć z nim nic wspólnego, to mój los jest na zawsze przesądzony. Mogę nie wiadomo jak długo powtarzać, że III Rzesza, to wcale nie był faszyzm, a wielu żołnierzy wojsk hitlerowskich wcale nie było faszystami - nic mi to absolutnie nie da. I słusznie.
Natomiast ktoś wciąż może mnie pytać, dlaczego sprawa czerwonej zarazy jest nadal kompletnie nierozwiązana. I dlaczego, wszystko na to wskazuje, nierozwiązana musi pozostać.
Czyżby faktycznie większość z nas to byli najprawdziwsi komuniści, a tak mało wśród nas było faszystów? Czyżby tu szło o grę interesów?
Nie wierzę. To być nie może!
Przynajmniej nie tu w Salonie.

sobota, 2 sierpnia 2008

O wyższości Salonu24 nad mediami mainstreamowymi

Okazuje się, że nawet zwykłe pytanie, czy red. Młodkowski, bez narażania się na kpiny, będzie mógł któregoś dnia w TVN24, przedstawić wyliczenia dotyczące tego, ile trzeba wyłożyć na założenie skromnej firmy charytatywnej, powoduje wzrost napięcia do poziomu rozmów o Bogu, o życiu i o śmierci. W tej sytuacji, zdecydowałem się na temat bardzo lekki.
Jest lato, weekend, pogoda nienajgorsza, więc porozmawiajmy o piłeczce nożnej. A jeśli o piłeczce, to oczywiście o panu premierze.
Od dłuższego czasu, gdy myślę o Donaldzie Tusku, nie potrafię absolutnie wyobrazić sobie, ani zapracowanego urzędnika, ani magistra historii, ani ojca rodziny, ani miłego pana z sąsiedztwa. Nie umiem, widząc, lub jedynie myśląc o Donaldzie Tusku, spojrzeć na niego, jak na zwykłego - czy choćby nawet niezwykłego - człowieka.
Donald Tusk był dla mnie zawsze przede wszystkim piłkarzem, czy może lepiej, człowiekiem o piłkarskiej umysłowości, który jakimś dziwnym zrządzeniem losu, znalazł się na stanowisku kierowniczym. Nigdy nie widziałem Donalda Tuska na żywo, nigdy nie miałem o nim innych informacji, niż te dostępne dla przeciętnego widza, czy czytelnika. Nie mam pojęcia, czy w życiu prywatnym Donald Tusk jest miły, czy raczej trudny; czy jest osobą współczującą, czy raczej zimną; nie mam pojęcia, czy Donald Tusk jest inteligentny, czy raczej przeciętnie inteligentny.
Jeśli idzie o Donalda Tuska, nie mam nawet pojęcia, czy jest wysoki, czy niski. Nie wiem o nim dosłownie nic, poza tym, co stanowi zwykłą propagandę, lub moje własne przypuszczenia.
Jedną rzecz wiem o Tusku na pewno. Wiem, kim jest Donald Tusk, jeśli idzie o to, co nazywam "umysłowością piłkarską". W moich wypowiedziach, tu w Salonie, kilka razy wracałem do tematu Donalda Tuska, jako piłkarza, ostatnio niedawno bardzo, w tekście Panie Premierze, niech Pan zabierze tę piłkę i zejdzie mi z oczu.
Ktoś mógłby mnie spytać, skąd ja wiem, jakim typem jest Donald Tusk, skoro go w ogóle nie znam. Nie znam go, nie jestem jasnowidzem, nawet nie jestem zwykłym psychologiem.
Powiem zupełnie szczerze, że nie wiem. Widzę Tuska w telewizji, widzę jego oczy, jego grymasy, słyszę jego głos i wiem, że mam przed sobą zjawisko, z którym konfrontowano mnie w moim życiu parokrotnie. Stąd, kiedy pisałem tekst z 30 lipca, byłem maksymalnie uczciwy i pewny tego, że pisze prawdę. Proszę mi wybaczyć autocytat:
"Problem w tym, że premier mojego rządu - wszystko na to wskazuje - zwariował i z tego nadmiaru stresu, czy jedynie pracy, nie jest w stanie się uspokoić, o ile raz na jakiś czas - ostatnio, obawiam się częściej, niż rzadziej - nie kopnie sobie porządnie piłki.
Ja, przyznam, że znam tego typu ludzi dość dobrze. Miałem okazję w swoim życiu obcować z tego rodzaju osobnikami, najczęściej cholerycznie usposobionymi osobami na kierowniczych stanowiskach, którzy kiedy idą do pracy są już odpowiednio naładowani złymi emocjami, w pracy są nieustannie wściekli, na wszystkich wrzeszczą, na biurku trzymają zdjęcie żony i dzieci, bo wierzą - złudnie, jak się okazuje - że to zdjęcie ich uspokaja, więc następnie złoszczą się jeszcze bardziej i już nie marzą o niczym innym, jak o tym, żeby pójść pograć w cokolwiek: ping-ponga, kosza, siatę, albo po prostu w piłkę nożną.
ni nie biegają, nie jeżdżą na rowerze, nie chodzą na siłownię. Oni muszą walczyć, kopać się po kostkach, wrzeszczeć, pluć złością, kląć - tak, kląć przede wszystkim - muszą mieć poczucie, że są lwem, tygrysem, mordercą, czystą nieposkromioną energią.
I wtedy, gdy już się umordują, jak należy, kiedy już wyplują z siebie całą tę złą energię, która im towarzyszyła od rana, mogą spokojnie wrócić do domu i położyć się spać. Tak wygląda ich życie, i - co najgorsze - tak wygląda ich recepta na życie. Są tacy i uważają, że inni też są dokładnie tacy sami, ale ponieważ ci inni właśnie nie uprawiają sportu, to ta zła energia ich trawi i dlatego oni osobiście nie mogą ich znieść.
Ci obsesyjni sportowcy nienawidzą ludzi. Uważają, że każdy napotkany człowiek jest zły, głupi i niesympatyczny. Są przekonani, że tylko oni potrafią sensownie zagadać, uprzejmie się odezwać, ciekawie wypowiedzieć, bo tylko oni tak naprawdę potrafią kochać. A miłość tę mają, bo wiedzą, że ‘prawdziwy sport wymaga traktowania tego zajęcia bardzo serio'".
Dziś w Dzienniku, dwaj śledczy tej gazety poszli na boisko, na którym trzy razy w tygodniu (jak się okazuje) biega za piłką pan premier, popatrzyli, popytali, napisali, a redakcja Dziennika postanowiła zapoznać z wynikami dziennikarskiego dochodzenia swoich czytelników.
I czegóż się dowiadujemy?
"Liczy się walka i zwycięstwo. Jeśli nie wychodzisz na boisko, by wygrać, to nie zawracaj ludziom głowy. Idź uprawiać jogging" (Donald Tusk)
"Ludzie niechętnie występują w jego drużynie, bo się wydziera i ma ciągle pretensje. Wprowadza nerwową atmosferę" (poseł Platformy)
"Bywa, że jest naprawdę nieprzyjemnie[...] Tusk zaczął tak krzyczeć, że Fiedorowicz miał prawie łzy w oczach" (polityk PO)
"Premier jest na boisku impulsywny. Byłem przez niego opieprzany, czasem niesłusznie...". (były poseł Fiedorowicz)
To są relacje ludzi, którzy wiedzą, jak jest. Sami dziennikarze, ukryci za płotem, obserwują mecz i relacja jest właściwie jedna. Donald Tusk nieustannie wrzeszczy, obraża, macha rękami, jest przez cały czas w stanie najwyższego wzburzenia. Koledzy z drużyny albo robią wrażenie przerażonych ("Arabski jest jak sparaliżowany i taki zostaje do końca meczu"), że za chwilę oberwą, albo starają się zrobić coś, lub coś powiedzieć w taki sposób, żeby Donald Tusk wiedział, że są z nim ("Ładna bramka, Czarek, ale najpiękniejsze było otwierające podanie").
Reszka z Majewskim relacjonują ten jeden mecz, opisują zachowanie samego Donalda Tuska, jak i jego kolegów i podają wystarczająco dużo informacji, byśmy mogli zorientować się, w czym leży problem. Oczywiście, nie byli by sobą, by nie skupiać się na zwykłym, tępym plotkarstwie, czyli na tym, że Tusk jest w gruncie rzeczy słabym piłkarzem, że jedyny piłkarz, który się Tuska nie boi i w stosunku do którego Tusk też bywa ostrożny, to Grzegorz Schetyna, że cała gra jest podporządkowana zawsze temu, żeby Tusk mógł strzelić gola, czy wreszcie, że właściwie tylko Tuskowi i Schetynie wolno podejść pod bramkę i znaleźć się w sytuacji strzeleckiej.
Majewski i Reszka nie piszą o tym, że na najwyższych poziomach władzy został umieszczony zwykły kibol z całym swoim kibolskim charakterem, kibolskim temperamentem i z kibolskim duchem. Człowiek, który jest taki, jakim go widzimy nie dlatego, że coś się akurat stało i tak przypadkowo się w tej jego głowie ułożyło. On jest taki, bo właśnie taki jest. Każda sekunda jego pobytu na boisku piłkarskim, każdy jego wrzask, każda kropla potu, każdy jego wybuch wściekłości, gest rozczarowania, każde jego sfrustrowane pragnienie, jest tylko zewnętrznym wyrazem tego, jakim człowiekiem jest Donald Tusk poza boiskiem.
My, tu zgromadzeni w Salonie, możemy powiedzieć dziennikarzom śledczym Dziennika, że to, o czym oni dziś piszą, myśmy wiedzieli już dużo wcześniej. A kiedyśmy to zauważyli, to dodatkowo zobaczyliśmy coś więcej. Coś, co zwykła prasa zauważy może dopiero za jakiś czas.
Salon górą! Zobaczycie to wyraźnie za jakieś dwa lata.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...