środa, 7 października 2009

To żyje! To się rusza!

Niedawno, tuż po tym kiedy okazało się, że politycy Platformy współpracują z gangsterami, napisałem prześmiewny tekst o tym, że nic się nie stało. Nawet ja jednak się nie spodziewałem, że życie jest bardziej interesujące od tego, co nam się zdaje. Okazuje się bowiem, że stało się, choć się nie stało. A to już jest nie byle co. To jest sytuacja, którą młodzież określa zdaniem: 'Biały człowiek tego nie zrozumie'.
A więc cóż to jest takiego, czego biali ludzie nie zrozumieją? Otóż jest tak. Pojawiają się informacje o tym, że rząd Platformy Obywatelskiej, w osobach swoich głównych polityków, wszedł w interesy z mafią hazardową. I w tym momencie pojawia się komentarz, że nic się nie stało. No więc niech będzie. Nic się nie stało. Tyle że dziś już wiemy, że z rządu odchodzą: minister sportu, szef klubu parlamentarnego, minister spraw wewnętrznych, minister sprawiedliwości, rzecznik rządu, szef gabinetu premiera, jeden z głównych doradców premiera. Przepraszam bardzo, ale tu już naprawdę zostaje tylko premier. I co słyszymy? Otóż dokładnie słowa tej kibolskiej piosenki: "Nic się nie stało". Kiedy pytamy, skąd te dymisje, uzyskujemy odpowiedź, że przez wzgląd na zasady. Kiedy pytamy, skąd się wziął nagle temat zasad, słyszymy znów ten sam hymn.
Więc dziś już możemy powiedzieć, że to już nawet nie jest Trzeci Świat. To koniec cywilizacji. I nadal brak powodu do żartów.

wtorek, 6 października 2009

Biuro

Wczoraj w telewizji u Rymanowskiego wystąpił starszy pan, którego nie znam, ale wiem, że się nazywa Antoni Kamiński, jest profesorem i zajmuje się sprawami, które ostatnio atakują naszą obywatelską świadomość, a mianowicie korupcją. On właściwie wystąpił przez krótką chwilę. Znacznie krócej niż przyzwyczaiła nas do tego formuła programu 24 godziny. Nawet nie usiadł, tylko stojąc na tle wyświetlanych przez TVN24 paragrafów, poinformował nas o tym, że z prawnego punktu widzenia, Donald Tusk nie może, ot tak sobie, odwołać szefa CBA. Nie wiem, dlaczego telewizja państwa Walterów zechciała zaprosić akurat tego człowieka, zamiast, na przykład Grzegorza Dolniaka, albo Sławomira Nitrasa, by pouczał telewidzów w sprawach tak ważnych jak interes walącego się państwa. Tak się jednak stało i wiadomość poszła w lud.
Cóż takiego mogliśmy się dowiedzieć? Otóż, jak się okazuje, ustawodawca tak zaplanował przepisy zabezpieczające pracę CBA, że dziś Mariusz Kamiński może przestać być szefem CBAtylko wtedy gdy zostanie skazany prawomocnym wyrokiem niezawisłego sądu (a to oznacza, że sędzią nie będzie Sebastian Karpiniuk), gdy osobiście zrezygnuje z tej funkcji (a to z kolei oznacza, że nie zostanie ze swojego wyprowadzony przez członków młodzieżówki PO), albo gdy zrzecze się obywatelstwa (i to również oznacza, że ma z tego obywatelstwa zrezygnować, a nie zostać go pozbawionym decyzją Radka Sikorskiego).
Może też jeszcze zwariować. Tu sprawa jest prostsza, bo minister Klich może mu na to wystawić jakiś papier, choć – jak się zdaje – i tu też miałby coś do powiedzenia sąd pod przewodnictwem zawodowego sędziego, a nie na przykład Janusza Palikota. A więc, wbrew alarmującym prognozom, Donald Tusk, jedyne co może zrobić, to rozpocząć całą procedurę odwoływania Kamińskiego, która – jeśli się kiedykolwiek zakończy wedle jego marzeń – to z całą pewnością nie zanim ten nieszczęsny rząd zapadnie się pod ziemię i zsunie na najniższe dno piekieł.
Skąd te procedury są tak obostrzone? Szczerze powiem, że dotychczas ani ich nie znałem, ani – przyjmując to co robił PiS z pełnym zaufaniem – nawet gdybym je znał, to bym się nad nimi nie zastanawiał. Dziś jednak, kiedy patrzę, jak nieprawdopodobna histeria opanowała cały obóz rządowy, pomyślałem sobie trochę na ten temat i wiem już, że żadne inne rozwiązania nie mogły wręcz wchodzić w grę. Centralne Biuro Antykorupcyjne zostało wymyślone, a następnie zorganizowane, w jednym tylko celu. By walczyć z korupcją na samych szczytach władzy w taki sposób, by ani kontrolowane przez państwo prokuratury, ani policja, ani wszelkiego innego rodzaje służb podległych premierowi, czy prezydentowi, czy komukolwiek kto ma jakiekolwiek wpływy, nie mogły tej walki uniemożliwić wbrew prawu i wbrew interesowi państwa. Z tego samego powodu, szefem Biura został Mariusz Kamiński – człowiek, który jeszcze w czasach, gdy przynajmniej część z polityków obecnie zżartych przez czarne interesy i właśnie korupcję, wierzyła w jakieś ideały, uważany był powszechnie za osobę do tego zadania nadającą się najlepiej.
Dziś, kiedy widzę, jak gospodarcza i polityczna mafia bezwstydnie i bezwzględnie próbuje usunąć Kamińskiego, a tym samym zniszczyć CBA, wiem już nie tylko to, że w tym całym gadaniu o łaskawym premierze, który wbrew radom swych mądrych doradców, na początku tamtego roku zachował CBA nietknięte, tyle że trochę biedniejsze, nie ma śladu prawdy. Tusk świetnie wiedział, że – choć wtedy przynajmniej społeczne przyzwolenie było większe – nawet nie ma co próbować. Ale wiem nie tylko to. Dziś własnie, kiedy obserwuję ten koncert strachu, czy wręcz zwierzęcego przerażenia, wiem że ówcześni good guys (co ciekawe, wówczas jeszcze w towarzystwie dzisiejszych bad guys) musieli wprowadzić taki system zabezpieczeń, żeby mafia, w sytuacji gdy poczuje się naprawdę zagrożona, nie była w stanie zatrzymać prawa nawet przy pomocy całego dostępnego jej aparatu państwa. Ja o tym wówczas nie myślałem – choćby dlatego, że w sposób naturalny staram się wierzyć, że ludzie mogą być źli tylko do pewnego momentu – i nawet nie wyobrażałem sobie, jak może dojść do tego, w samym środku Europy, że nagle i minister sprawiedliwości, i szef policji, i sam premier, i prokuratorzy i znaczna część mediów, mogą nagle, na jeden gwizdek ze strony mafijnych bossów stanąć na baczność.
Jeden, wspólny i zorganizowany argument, jaki słyszymy przeciwko CBA, to ten że i całe Biuro i jego szef są na usługach opozycji. Każdy kto zna osobę i historię Mariusza Kamińskiego wie, że to nieprawda. Każdy kto nawet nie zna Kamińskiego, ale pamięta, że poprzedni rząd upadł między innymi przez działania tego samego CBA, które dziś rozprawia się z gangami na szczytach władzy, wie też, że to co się mówi na jego temat, to są propagandowe bajki. Ale załóżmy, że tak właśnie jest. Że faktycznie Kamiński to człowiek PiS-u i na zlecenie PiS-u próbuje doprowadzić do obalenia rządu Platformy. Tylko co z tego? Rząd – każdy rząd – ma wystarczająco dużo środków, by każdą nieuczciwą prowokację przeciwko sobie zdemaskować, by każde przestępstwo, po jakiejkolwiek stronie, wykryć i ukarać. Więcej. Rząd – każdy rząd – ma wystarczająco dużo możliwości, żeby takiego Kamińskiego, czy któregokolwiek z jego współpracowników, dopaść w jednej chwili, kiedy tylko którykolwiek z nich stanie choć troszkę krzywo. Dla każdego rządu – rządu uczciwego i sprawnego – coś takiego jak CBA nie stanowi najmniejszego zagrożenia. Ani CBA uczciwe, ani tym bardziej, CBA skorumpowane. Natomiast dziś, widzimy z zawstydzającą jasnością, że dla tego rządu, w chwili ich upadku, jedynym dostępnym rozwiązaniem jest brutalna propaganda i paru prokuratorów z esbecką przeszłością.
I jeszcze jedno. Instytucja taka jaką jest CBA, będąc czymś całkowicie bezpiecznym dla praworządnego państwa, nawet jeśli znajdzie się w rękach opozycji, stanowiłaby prawdziwe nieszczęście, gdyby nagle stała się kijem w rękach władzy. Czyli gdyby doszło do tego, do czego tak bardzo dąży obecny reżim. Gdyby w jakiś sposób Centralne Biuro Antykorupcyjne wpadło w łapy Tuska i jego zbójeckiej ekipy, to przede wszystkim wreszcie udałoby się doprowadzić do tego, by Jarosław Kaczyński – najbardziej zdolny i najgroźniejszy przeciwnik wszystkiego co tworzy patologię Polski postkomunistycznej – został na zawsze usunięty ze sceny, a jego partia i wszystko to dobro, które pomogła stworzyć, zostało zdelegalizowane. Gdyby jakimś cudem udało się doprowadzić do przejęcia CBAprzez obecny rząd, w następnej kolejności, bez najmniejszego problemu, i bez chwili zwłoki, Donald Tusk usunąłby obecnego prezydenta ze stanowiska, a jego najbliższych współpracowników wsadził do więzienia. Gdyby wtedy, przed laty, ci, którzy tworzyli nową, uczciwą służbę w świecie przeżartym przez zło i występek, wykazali się trochę mniejszą roztropnością, dziś byłoby po Polsce.
Za ich ówczesną przenikliwość i mądrość wypada nam dziś podziękować.

poniedziałek, 5 października 2009

Ze power to ze people!

Ponieważ dzisiejsze poranne sondaże wskazały, że znacząca większość społeczeństwa życzy sobie, żeby Mirosław ‘Miro’ Drzewiecki został zdymisjonowany, pan minister ministrem być przestał. Powiem szczerze, że nie bardzo podoba mi się to rozwiązanie. A nie podoba mi się dlatego, że pytanie sondażowe, moim zdaniem zostało zadane niewłaściwie, przez to premier Tusk otrzymał niewłaściwą informację i, w konsekwencji, podjął pochopną decyzję. No bo do mnie też zadzwoniła jakaś pani z firmy badającej opinię społeczną i zapytała, czy ja chcę, żeby minister Drzewiecki przestał być ministrem. No i ja odpowiedziałem, że tak. Tylko że kiedy chciałem jeszcze dodać, że mój plan jest taki, żeby on przestał być ministrem sportu, ale za to objął stanowisko szefa CBA, pani powiedziała, że sondaż takiej opcji odpowiedzi nie przewiduje. No i co teraz? Wychodzi na to, że ja chcę by rząd Donald Tuska się oczyścił z gangsterów, podczas gdy moje intencje są całkowicie odwrotne. I chciałem je tu dziś przedstawić w formie planu dla Polski. Mam już nawet gotową nazwę – Polska 2060.
A zatem, uważam, że po dwóch już niemal latach pracy tego rządu, nadszedł najwyższy czas, by nastąpiła pełna rekonstrukcja tej kuriozalnej struktury. Oczywiście, przede wszystkim, funkcję premiera nadał powinien pełnić Donald Tusk. Natomiast co do pozostałych członków rządu, konieczne są zmiany. A więc, jak już wspomniałem, Mirosław Drzewiecki powinien zostać szefem CBA. Zamiast Mariusza Kamińskiego, który powinien zostać aresztowany i wsadzony do więzienia. Konsekwentnie, szefem tzw. więziennictwa powinien zostać poseł Karpiniuk. Ja zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że dla ministra Kamińskiego sytuacja ta może być uciążliwa, ale on jest twardym zawodnikiem i z pewnością może się dla sprawy poświęcić. A sprawa jest duża.
Uważam, że dobrze się też stało, że szefem klubu Platformy został Grzegorz Dolniak. To bardzo zdolny polityk, z prezencją i dobrą historią, więc przynajmniej przez jakiś czas, będzie dobrze służył nam wszystkim, obserwatorom z zewnątrz. Dziś wprawdzie słyszę, że zaczyna się przebąkiwać o tym, by obywatel Dolniak został ministrem sportu zamiast Drzewieckiego, ale ten pomysł już – uważam – nie jest tak nośny. Jestem głęboko przekonany, że Platforma Obywatelska ma wielu zacniejszych polityków, którzy na tym stanowisku zrealizowali się znacznie efektowniej. A więc, na stanowisko szefa resortu sportu i turystyki proponuję, żeby powołać obywatela Grada i obywatela Grabarczyka i tak zorganizować im pracę, żeby w dni parzyste ministrem był Grad, a w dni nieparzyste – Grabarczyk. Pozostaje problem obsady szefostwa w Ministerstwie Infrastruktury i w Ministerstwie Skarbu. Na Ministra Skarbu proponuję obywatela Ryśka (tego od gier), a autostradami powinna się zająć się Julia Pitera. Co ze stanowiskiem minister Pitery. To stanowisko likwidujemy, bo już nam się znudziło. A poza tym wystarczy, jeśli korupcję będzie zwalczał Miro.
Jeśli ktoś sądzi, że zapomniałem o Zbigniewie Chlebowskim, to śpieszę go uspokoić. On nie przepadnie. Uważam, że premier Tusk powinien temu zacnemu człowiekowi zlecić opiekę nad armią. Minister obrony narodowej Zbigniew Chlebowski! Czyż to nie brzmi pięknie? A zatem, co z Klichem? On idzie na ministra finansów, minister Rostowski wyjeżdża z powrotem na Węgry, Sławomir Nowak zostaje ministrem do spraw wsi, Paweł Graś przechodzi do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a stanowisko ciecia u Niemca obejmuje Radek Sikorski.
Teraz pozostaje już do rozwiązania problem pozostałych ministrów i pozostałych ministerstw. Jeśli mogę coś zaproponować, to uważam, że można spokojnie resztę ministerstw rozwiązać. Włącznie z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji. Wszystkich ministrów się rozpuszcza, żeby kręcili lody, i jedynie Grzesiek zostaje na urzędzie. Tyle tylko, że jego urząd otrzymuje nową nazwę. W momencie podpisania odpowiedniego rozporządzenia, dotychczasowe ministerstwo otrzymuje nazwę „Urząd d/s Utrzymania Władzy”. I już jest niemal idealnie. No i jeszcze tylko Janusz Palikot i jesteśmy niemal gotowi do rozpoczęcia nowego etapu. Na szczeblu międzyrządowym załatwia się wykupienie od bauera tej chałupy, gdzie cieciem jest Sikorski i przekazuje się ją w wieczne użytkowanie Januszowi Palikotowi. Oczywiście, Palikot tam mieszkać nie może, ponieważ, jak już wiemy, tam już z całą swoją rodziną cieciuje Sikorski, ale za to Palikot przejmuje dotychczasowy majątek po Sikorskim, z wcześniejszym zastrzeżeniem, że słynna tablica z napisem „Strefa Zdekomunizowania” zostaje zdjęta i zastąpiona przez piękny, migoczący neon „SEX AND VAILYNZ FOR ZE PEOPLE”.
I to jest już niemal całość mojego projektu. Niemal, jeśli Dolniak jednak nie zostanie szefem klubu, tylko zostanie przeniesiony na stanowisko ministra sportu . W tym wypadku Grad i Grabarczyk skierowani zostają do kręcenia lodów, proces posłanki Sawickiej zostaje uznany za zakończony, i to ona zajmuje miejsce do niedawna zajmowane przez Zbigniewa „Zbyszka” Chlebowskiego. Biorąc pod uwagę, że są osoby, którym powyższa koncepcja może się z jakiegoś powodu nie podobać, pragnę wszystkich potencjalnych dyskutantów ostrzec. Jeśli nie to, to zostaje tylko jedno alternatywne wyjście. Premierem zostaje Donald Tusk, a wszystkie pozostałe ministerialne stanowiska obejmuje Grzegorz Dolniak. Też śmiesznie, ale już nie tak. Nawet jeśli uda się zapuszkować Mariusza Kamińskiego. Lub nawet zastrzelić.

niedziela, 4 października 2009

Pralnia

Jestem pewien, że czytelnicy tego bloga zdążyli zauważyć moje bardzo negatywne obsesje dotyczące sportu w ogóle, a już z całą pewnością zjawiska określanego słowem ‘kibolstwo’. Niechęć jaką czuję do sportowych emocji, osiąga jednak swój szczyt w dwóch momentach, z których – co ciekawe – żaden nie jest związany z samym widowiskiem sportowym. Wręcz odwrotnie. Kiedy, na przykład, oglądam holenderskie siatkarki, jak pięknie walczą, jak pięknie wyglądają i jak pięknie się cieszą (lub martwią), jestem całym sercem z nimi i, jeśli tylko nie mam nic innego, ciekawszego, do roboty, to z pełną przyjemnością mogę oglądać je w walce. A więc moja niechęć do sportu, kieruje się raczej w stronę czegoś co określiłbym raczej jako, z jednej strony filozofię życia, a z drugiej, jako źródło utrzymania dla polityków, działaczy i tych wszystkich miłośników sportu, którym udało się jakoś do nich przykleić.
Bo sport, jakim go znamy dziś i jakim się dziś emocjonujemy, to z całą pewnością nie są sami zawodnicy, a już na pewno nie przede wszystkim. Kiedy patrzę – by już pozostać przy siatkówce – na te Holenderki, czy na nasze zawodniczki, nie mogę przestać myśleć o tym, że one są wyłącznie pionkiem w grze, w której prawdziwe interesy prowadzone są na linii działacze – politycy – kibice. Czyli tam, gdzie chodzą prawdziwe pieniądze. Oczywiście wiem, ile zarabiają najwybitniejsi piłkarze, najbardziej profesjonalni tenisiści, czy baseballiści. Ale nie jestem też na tyle naiwny, by zapomnieć o tym, że jeśli Real płaci za Ronaldo 100 mln euro i organizuje mu roczną pensje w równie odpowiedniej wysokości, to wcale nie dlatego że to Ronaldo jest tam szefem. Ronaldo ze swoimi pieniędzmi nie ma tam absolutnie nic do gadania. On doskonale wie – o ile rzeczywiście cokolwiek jeszcze wie – że jeśli tylko jego panowie sobie zażyczą, to może równie dobrze jutro umrzeć.
Niedawno, po tym jak polscy siatkarze zdobyli mistrzostwo Europy, moja córka – wspominałem, że ona ma na punkcie sportu fioła (pozdrowienia dla M.D.) – kazała mi oglądać program Kuby Wojewódzkiego z udziałem trzech naszych zawodników. W pewnym momencie Wojewódzki bezczelnie, acz wesoło, zasugerował jednemu z nich, że on musi być przez tę siatkówkę bardzo majętnym człowiekiem. Ten Kurek, czy Gruszka (nie znam się) spojrzał na Wojewódzkiego jakby właśnie dostał w pysk i nic sensownego już nie powiedział. Zresztą nawet jakby powiedział, to i tak jego słowa błyskawicznie by zeszły w cień, bo z chwilę pojawił się kolejny gość programu, jakiś homoseksualny pisarz, którego nie znam, ale który z całą pewnością mógłby sobie tego Gruszkę kupić, gdyby tylko prezes Przedpełski zechciał go temu pedałowi sprzedać, albo chociaż się na coś z nim zamienić.
Ja nie potrafię zrozumieć, jak normalny człowiek może się emocjonować sportem, w taki sposób, w jaki to się u nas przyjęło, jeśli tylko zdaje sobie sprawę z tego, czym we współczesnym świecie sport się stał. Jak może się emocjonować sukcesami choćby takiej Justyny Kowalczyk, kiedy nawet ona sama publicznie opowiada, że cieszy się z tych pieniędzy, które dziś zarabia, bo jak skończy karierę, będzie miała jak znalazł na leczenie. Jest tak strasznie dużo refleksji, którymi mógłbym się tu dzielić, refleksji wynikających i z tego, co zdążyłem zaobserwować, ale również z mojego własnego doświadczenia. Refleksji na temat tych biednych, śmiertelnie eksploatowanych dzieci – bo to są często dzieci – przez działaczy, trenerów, polityków, i – niestety również – kibiców. Ale przyznam, że nawet nie chce mi się na ten temat więcej gadać, bo raz, że tu nie byłoby na to dość miejsca, a poza tym – jestem pewien – że każdy z czytelników tego bloga, jeśli choć na chwilę zapomni o tym przyjemnym mrowieniu, jakiego doznaje za każdym razem jak nasz zawodnik odnosi sukces, doskonale będzie wiedział, o czym teraz myślę.
Wolę myśleć o działaczach, o związkach sportowych i o całej tej polityce, dla których sport to wyłącznie perfekcyjnie działająca maszynka do robienia pieniędzy. I tu też, jestem pewien, nie ma nic takiego, co mógłbym wymyślić, żeby kogokolwiek zaskoczyć czymś nowym i wcześniej nie widzianym. Bo nikt nie jest aż tak naiwny, nawet wśród najbardziej szurniętych kibiców, żeby w chwilach samotnej refleksji nie pomyśleć sobie, że nie jest aż tak wesoło. Tyle że za chwilę i tak wraca ten wrzask: „Nasi złoci chłopcy! Nasze brązowe dziewczęta! Bajka! Bajka!!!” Ale coś powiedzieć trzeba. Choćby ze względu na to, że wypada, jak zwykle, to świadectwo dawać.
A więc mamy działaczy. I jeśli będę mówił o Polsce, to wcale nie dlatego, że akurat u nas ta patologia o nazwie ‘sport zawodowy’ rozwinęła się w sposób szczególny. Wcale nie. Na tym polu, jesteśmy – szczęśliwie – dokładnie tak samo zacofani, jak pod wieloma innymi względami. Ale jesteśmy tu, więc zajmujemy się sobą. Nie wiem, kto na szczeblu rządowym zajmował się sportem przed Kwaśniewskim, ale doskonale pamiętam, te kilka nazwisk, które były po nim. A więc pamiętam zamordowanego Jacka Dębskiego, aresztowanego Tomasza Lipca i widzę dziś Mirosława ‘Mira’ Drzewieckiego. A więc te cztery nazwiska: Kwaśniewski, Dębski, Lipiec i Drzewiecki. Proszę mi pokazać jakiekolwiek ministerstwo, czy jakikolwiek inny urząd państwowy, który budziłby u nas choćby w połowie tak negatywne skojarzenia. Urząd, który choćby w przybliżonym stopniu stanowił w rzeczywistości mafię. Nie ma takiego urzędu. Są natomiast takie organizacje. Jest to zorganizowana przestępczość i właśnie związki sportowe.
Skąd to wszystko się wzięło? Stąd mianowicie, że nie ma takiego biznesu, gdzie pieniądze byłyby tak duże, a ryzyko tak małe, jak własnie mafia i sport. Tam się wyłącznie zarabia. I nawet jeśli połowa uczestników tego przedsięwzięcia zostanie aresztowana i posadzona, to i tak nic się nie zmieni. Tam nadal się tylko będzie zarabiało, a jeśli przy jakiejś niefortunnej okazji zaobserwuje się jakiekolwiek straty, to one w ciągu paru chwil są usuwane z naddatkiem. I pomyśleć, że to wszystko odbywa się przy dźwiękach polskiego hymnu i na tle narodowej flagi!
Prawdopodobnie pojutrze zostanie odwołany minister Drzewiecki i myślę, że to będzie już koniec jego cierpień. Ale nawet gdyby on został posadzony na sto lat i cały jego majątek został skonfiskowany, a jego rodzina wyrzucona na bruk, to i tak to nic nie zmieni. Dlatego, że on jest tylko jednym z wielu pracowników tej pralni. I on się tam zupełnie nie liczy. Niestety jednak – i tu wreszcie przechodzę do sedna mojego dzisiejszego pisania – on jest bardzo ważny tu, u nas. I też nie dlatego, że ma tyle pieniędzy, albo że ściska sobie ręce z gangsterami. On się liczy dlatego, że, tak się akurat złożyło, obecny rząd stał się stopniowo jednym wielkim związkiem sportowym. Przez to, że dwóch najważniejszych jego przedstawicieli, a mianowicie premier i wicepremier, to, z jednej strony, były działacz sportowy, a z drugiej kibic i piłkarz, to atmosfera jaka panuje w tamtym miejscu, siłą rzeczy musi wymuszać na całej reszcie odpowiednio ukierunkowany konformizm. To właśnie przez fakt, że dla premiera i wicepremiera nie ma nic ważniejszego nad sport, to oni automatycznie musieli stać się częścią tej struktury i uczestnicząc w podziale łupów, muszą dziś angażować już całe państwo do zachowań mafijnych. Bo jest to – jak mówię – struktura ściśle mafijna. I oczywiście nie musi być tak, że każdy członek rządu ma obowiązek grac w piłkę. Ależ skąd! Oni mają tylko siedzieć cicho i robić swoje. Więc robią. Bo zostaną rozstrzelani. Przecież proszę spojrzeć na takiego Pawła Grasia, albo Tomasza Arabskiego, czy ministra Jacka Cichockiego. Przecież jeszcze niedawno mówiło się, że każdy z nich, to w gruncie rzeczy porządny człowiek. I co z tego zostało?
Wspomniałem już, że nasza polska pralnia nie jest w żaden sposób konkurencyjna wobec reszty świata. Tam to wszystko zaszło o wiele dalej. I to na razie Grzegorz Lato z Januszem Atlasem muszą drżeć ze strachu przed swoimi bossami, z którymi czasem przychodzi im się spotykać. Jest jednak coś, co prawdopodobnie sprawia, że w tej hierarchii być może awansowaliśmy. Podejrzewam bowiem, że jest z całą pewnością bardzo mało rządów na świecie, gdzie dla premiera gra w piłkę jest ważniejsza niż wszystko inne na świecie. Jestem wręcz przekonany, że nie ma takiego rządu, w którym premierem jest ktoś tak bezbronny wobec sportowej mafii, jak sportowo uzdolnione dziecko, które jest gotowe zrobić wszystko, byleby tylko trener, czy prezes zechciał je pochwalić i od czasu do czasu odpalić jakąś premię. Dla wszelkich więc struktur mafijnych – i czysto sportowych i tych ze sportem powiązanych tylko jakimiś interesami – posiadanie kolejnego państwa stanowi nielada gratkę.
Pamiętajmy o tym wszystkim, kiedy będziemy się jutro cieszyć z tego, że nasi siatkarze są tacy świetni.

sobota, 3 października 2009

Przedostatni przystanek

Oglądałem dziś w TVN24 kawałek programu, który stacja emituje co sobotę, a zatytułowanego Drugie śniadanie mistrzów. ‘Śniadanie’ dlatego, że, jak się zdaje, program ów jest nadawany jakoś tak koło południa. Natomiast ciekawsza sprawa dotyczy tych ‘mistrzów’. Otóż mamy się do ludzi obsługujących ten program zwracać per ‘mistrzu’, ponieważ oni – a więc zarówno prowadzący Marcin Meller, Zbigniew Hołdys, Andrzej Mleczko, Wojciech Pszoniak, czy kogo tam licho przyniesie – to tzw. celebryci, a więc dla współczesnego świata, ktoś na miarę Jezusa z Nazaretu. Program jest na ogół bardzo śmieszny, z tego choćby powodu, że zaproszeni tam goście najczęściej są naturalnymi głuptasami, których głuptactwo zostało zresztą skutecznie i ostatecznie potwierdzone choćby przy okazji najnowszej historii, związanej z aresztowaniem Romana Polańskiego. Są głuptasami, a mimo to w trakcie programu, wbrew jasnym, wydawałoby się, oczekiwaniom, nie zajmują się opowiadaniem o nutkach, gitarowych chwytach, czy aktorskich pomyłkach, lecz opisują swoje refleksje dotyczące spraw najważniejszych. Takich jak polityka, wojna, postęp, korupcja, czy moralność ludzi i zwierząt. A to, oczywiście, siłą rzeczy, musi być bardzo zabawne.
Dziś, wprawdzie akurat na ten moment wyszedłem, ale moja córka, która z kolei, na chwilę tam weszła, zrelacjonowała mi punkt programu, gdy to rysownik Mleczko nie umiał sobie przypomnieć, jak się nazywa obecny prezydent Francji, a siedzący obok niego aktor Pszoniak, przypomniał mu bardzo przytomnie, że „Chirac”. Wprawdzie red. Meller, natychmiast podpowiedział obu mistrzom, że to będzie jednak Sarkozy, no ale wiadomo – on, jako redaktor naczelny polskiej edycji Playboya – na czym jak na czym, ale na Paryżu znać się musi. Myślę sobie, że ta sytuacja jest interesująca z jednego podstawowego powodu. Dziś mianowicie ma się rozstrzygnąć kwestia ewentualnego opowiedzenia się Irlandczyków za unijnym traktatem i już nawet sam premier Tusk zakomunikował nam, biednym poddanym jego i jego wypacykowanych doradców, że od dziś wszyscy będziemy musieli już do końca naszych dni żyć w poczuciu pewnego nowego obowiązku. Bo inaczej, świat nam tego nie daruje i pogrążymy się w takim wstydzie, że nawet nieskazitelny charakter i publiczna postawa Mirosława ‘Mira’ Drzewieckiego nas tu nie uratuje. Ktoś się może spytać jednak, jak w tym wszystkim mieszczą się Andrzej Mleczko i Wojciech Pszoniak. No więc ja pamiętam, jak jeszcze na studiach miałem koleżankę Ewę – skądinąd cudowną osobę – która na informacje, że stolicą Albanii jest Tirana, parsknęła śmiechem, bo ją bardzo rozśmieszyło, że coś się może tak głupio nazywać. Nasza Ewa jednak, nie była, wówczas przynajmniej, w żaden sposób członkiem ani zjednoczonej, ani w ogóle Europy, by nie wspominać o funkcji ‘mistrza’. Podobnie jak my wszyscy, była dzieckiem komuny, czy, jak to mawiał nieodżałowany ksiądz Tischner, człowiekiem sowieckim, a więc – jeśli dobrze zrozumiałem Księdza – czymś w rodzaju untermensch. A więc – cóż my?
Obok tych dwóch cymbałów siedział Zbigniew Hołdys, w różowej kiecce i takowym kapeluszu i nic nie powiedział. I ja się zastanawiam, czy on wiedział, czy nie? Może i nie wiedział, a może się tylko zamyślił nad tym, co ma powiedzieć w dalszej kolejności i nie usłyszał, bo inaczej by z pewnością krzyknął „Sarkozy!” Tak jak jedna moja koleżanka-nauczycielka, która kiedyś, podczas zorganizowanego przez uczniów konkursu na temat wiedzy ogólnej, siedząc na publiczności, zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć na jedno z pytań, wrzasnęła „Kennedy!”. I wszyscy się zaczerwienili.
No ale tu nikt się nie czerwienił. W ogóle, mam wrażenie, że czerwienienie się jest już u nas od pewnego czasu passé. Mam wrażenie, że świat współczesny zmierza nieuchronnie do tego, że o tym, kto odchodzi, a kto zostaje, nie będą już decydowały kwestie w jakikolwiek odnoszące się do poczucia racji, prawdy, słuszności, czy własnie wstydu, jako testu sumienia, lecz głos opinii publicznej, odpowiednio wcześniej nakręconej przez popularną kulturę i tak zwane interesy. Dlaczego wspominam o Irlandii? Dlatego, że oto – najprawdopodobniej – dziś okaże się, że nasi bracia Irlandczycy ostatecznie przyjęli zasadę, opartą własnie na nowej moralności, a mówiącą, że demokracja to głos ludu, i dopóki ów głos ludu nie będzie taki jak ma być, to lud będzie ten swój głos ćwiczył tak długo, aż tę zasadę do końca zrozumie i ostatecznie ją zaakceptuje. „Ile palców widzisz, Winstonie?” Dlaczego o Irlandii wspominam w kontekście durnoty Wojciecha Pszoniaka? Dlatego, że to wszystko, i oni wszyscy, stanowią już być może ostatni przystanek na drodze do Nowego Dzielnego Świata. I Pszoniak ze swoim szaliczkiem i Meller ze swoimi dziewczynami i Roman Polański ze swoim popędem i Krzysztof Zanussi ze swoją tajemnicą i Zbyszek ze swoim Rysiem.
Siedzę teraz zupełnie sam. Młody Toyah poszedł ze starszą Toyahówną rozdawać indyjskie żarcie kibolom na Gieksie, młodsza Toyahówna dała się zaprosić do kina, Toyahowa chora w Kolonii, a ja siedzę sam, pisze ten tekst, a za ścianą John Lee Hooker gra na gitarze, tupie swoim bucikiem i śpiewa „I’m in the mood for you!”. Dziś rano Grzesiek powiedział, ze Miro zostanie jeśli wystąpi na konferencji i zaprezentuje się na tyle ładnie, że ludziom się jego występ spodoba. Miro wystąpił i zapytany przytomnie na koniec przez jednego z dziennikarzy, jak ocenia swój występ, odpowiedział skromnie, że on ocenę zostawia „państwu”. I myślę sobie, że może to jeszcze nie jest ostatni przystanek. Ostatni będzie wtedy, gdy ktoś od nich – może Janusz, albo Asia, względnie Pawełek – nie będą urządzali konferencji prasowych, ale stworzy się dla nich specjalny telewizyjny show, gdzie oni, w sytuacjach kryzysowych, będą sobie gadać, jednocześnie jeżdżąc na wrotkach albo robiąc fikołki, a wyborcy będą głosowali, czy przechodzą do dalszej rundy, czy może won w biznesy, przy pomocy esów.

piątek, 2 października 2009

A imię jego Legion

Przeżywam ciężki dylemat. Wiem, z jednej strony, że tzw. afera hazardowa, która zajmuje naszą uwagę od wczoraj w stopniu absolutnie wyjątkowym, jest też wydarzeniem niezwykłym. Mam też świadomość, że siła rażenia tego wszystkiego co się wiąże z tą sprawa, może przekroczyć wszystko, czegośmy mieli okazję doświadczać przez wiele ostatnich lat. To wszystko doskonale rozumiem. Mimo to, nie mam najmniejszej ochoty włączać się do dyskusji na ten temat. A to już jest problem. Bo jeśli tej ochoty nie umiem w sobie odnaleźć, to – jak uczy mnie doświadczenie – nie powinienem się odzywać, bo najprawdopodobniej z tego mojego pisania nie wyjdzie nic wartościowego.
Dlaczego nie mam ochoty zabierać głosu na ten temat? Dlaczego nie chcę dziś pisać o Tusku, o Drzewieckim, o Schetynie, o Ryśku, o Chlebowskim, czy nawet o postaci tak wdzięcznej jak Seba Karpiniuk? Przede wszystkim dlatego, że ja w ogóle nie lubię gadać o sprawach tak oczywistych, tak zawstydzająco jednoznacznych, że każde dodatkowe słowo na ich temat może albo wywołać, jeśli nie znudzone kiwnięcie głową, to już tylko histerię ze strony tych, dla których każdy dysonans poznawczy jest tym bardziej irytujący, im bardziej jest wynikiem zwykłego zaślepienia. Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego czuję taką niechęć, by robić to, co – jak wszyscy zdążyli zauważyć – jednak robię. Napisałem tu już grubo ponad 400 tekstów i znaczna ich część była, w ten czy inny sposób, związana z tym nieszczęściem, które wczoraj z taką siłą wtargnęło do naszych domów. Mam wrażenie, że ja już naprawdę powiedziałem wszystko, co można było powiedzieć na temat ludzi, którzy obecnie rządzą naszym krajem, na temat ich interesów i zasad, według których oni te swoje interesy realizują. I nie bardzo wierzę w to, że uda mi się wymyślić coś uderzająco nowego. A jednak piszę. I mam nadzieję, że kiedy ten tekst zostanie już zamknięty ostatnią linijką, przynajmniej część czytelników przyzna, że jednak to ryzyko się opłaciło.
Wczoraj, pod moim króciutkim wpisem na temat kiboli i kibolskiej mentalności, którą tak sprytnie wyprorokowałem, a którą tak niesprawiedliwie zlekceważył któryś z administratorów, jeden z komentatorów zwrócił uwagę na słowa jednego z onetowców, jakby specjalnie odnoszących się do mojego wpisu. Ktoś podpisujący się jako ‘sympatyk normalnych’ napisał coś takiego: „wolę, żeby tusk ukradł mi 100 tysięcy, niż żeby kaczyński mi je dał”.http://wiadomosci.onet.pl/forum.html?hashr=1&#forum:MSwxNSwxMSw2MTA2NzU4MSwxNjI3NjA5MjYsNzMxMDM3NywwLGZvcnVtMDAxLmpz
Gapię się od wczoraj w ten tekst, próbuję sobie wyobrazić to coś, co siedzi tam, na tamtym końcu tego przedziwnego zdania, i myślę sobie, że dotychczas nikomu nie udało się tak pięknie przedstawić problemu, z jakim mamy do czynienia od kilku już lat, a który w tych dniach przybrał kształt niemal ludzki. Mówiąc ‘problem’, myślę oczywiście o tym ‘sympatyku normalnych’, ale również choćby o niektórych komentatorach tu w Salonie, a może też o Zbigniewie Chlebowskim z wczorajszej konferencji, Andrzeju Czumie z wieczornego występu u red. Rymanowskiego, czy o pośle Karpiniuku, który zjawił się tam zaraz po Czumie i tak cudownie wtopił się w tę plazmę. Bo to w gruncie rzeczy jest to samo zjawisko. Ale kiedy mówię o tamtym końcu tej przedziwnej, onetowskiej refleksji, myślę też o Donaldzie Tusku i jego najbliższym otoczeniu. I proszę sobie nie myśleć, że chodzi mi tu o ministrów Nowaka i Arabskiego. Nie. Tam jest grupa o wiele ciekawsza.
Niedawno miałem okazję spotkać się z moim bardzo dawno nie widzianym przyjacielem, który – tak się składa – miał okazję jakiś czas temu zetrzeć się z tym towarzystwem. Mówi mi więc ów przyjaciel, że bezpośrednie zaplecze Premiera to banda, jak się wyraził, „gówniarzy w garniturach”, wypicowanych głupków, których jest tłum, a których jedyne kompetencje sprowadzają się do wyglądania, mądrzenia się i zadawania szyku. A przede wszystkim do trzymania Premiera w miejscu, gdzie on ma stać. Powiedział mi mój przyjaciel, że w takich sytuacjach, w jakiej on miał okazję obserwować to towarzystwo w działaniu, Premier jest wyłącznie roztrzęsionym, nie umiejącym podjąć jakiejkolwiek decyzji człowiekiem, który nie ma absolutnie nic do gadania, a nawet jak by coś do gadania miał, to już dawno, przy pomocy kilku krótkich, szybkich ruchów, tej świadomości przez swoje otoczenie został pozbawiony.
Ale to też są tylko wykonawcy. I to co widzimy dziś i wczoraj świadczy o tym jednoznacznie. Bo jeszcze dalej, już na samym końcu tej najzłotszej myśli – „wolę, żeby tusk ukradł mi 100 tysięcy, niż żeby kaczyński mi je dał” – jest jeszcze inne towarzystwo. I Mirek – miałem o nich nie pisać, prawda? – ze swoim domem na Florydzie i jego sąsiad Rysiek z tymi swoimi biznesami, i ich wspólny kolega, Grzesiek… i cała pozostała zgraja kolegów. A nad nimi – tak, tak, nad nimi, bo ta piramida nie ma końca – to już z cała pewnością rozciągają się tylko stepy. A tam już nie ma co zaglądać. Bo i po co? Zwłaszcza, że dzięki Bogu, ostateczne decyzje – póki co – będziemy podejmować my. Ty i ja.

czwartek, 1 października 2009

Dola kibola

Nic się nie stało,
Platformo, nic się nie stało!
Nic się nie staaaaało,
Platformo, nic się nie staaaaało!
Nic się nie stało,
Platformo, nic się nie stało!
Nic się nie staaaaało,
Platformo, nic się nie staaaaało!
***
I o co się założymy, że i tym razem nic się nie stało?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...