sobota, 17 listopada 2018

O potrzebie cierpliwej uczciwości


      Ja dobrze bardzo wiem, że większość czytelników tego bloga znakomicie zdaje sobie z tego sprawę, jak zawsze jednak, z myślą o tej mniej zorientowanej mniejszości, spróbuję sprawę naświetlić. Otóż pokutujące gdzie niegdzie przekonanie, że księża - a mam tu na mysli przede wszystkim księży katolickich - jako ludzie całkowicie oderwani od doczesnego świata, nie posiadający rodzin, zdani na łaskę i nie łaskę swoich biskupów, oraz gospodyń, zamknięci w przykościelnych budynkach, o życiu mają pojęcie mikroskopijne, a często wręcz żadne, to jedno z największych nieporozumień tej naszej drobnej części wielkiego świata. Zanim wyjaśnię, co mam konkretnie na myśli, opowiem może angdotę. Otóż mamy zaprzyjaźnionego księdza, który swego czasu był duchowym opiekunem grupy studentów Akademii Muzycznej w Katowicach. Przyjaźnił się z nimi, regularnie się z nimi spotykał i któregoś dnia dołączył do nich ich kolega, luteranin, i już tam z nimi został. Nie po to oczywiście, by się jakoś szczególnie duchowo przetransformować, ale zwyczajnie, bo mu się tam podobało pod względem towarzyskim. Pewnego razu wieczór się niebezpiecznie przedłużył i kiedy ów student zdał sobie sprawę z tego, że ma ciężki kłopot z dostaniem się do domu, nasz ksiądz bez problemu zaproponował mu, że go odwiezie, tłumacząc swoją dyspozycyjność słowami: „No wiesz, nie mam żony, to mnie stać”.
     Bo tak to właśnie jest. Nasi księża nie mają żon, nie mają rodzin, nie mają nawet swoich domów, tak naprawdę nie mają nic, bo nawet te samochody służą nie tyle im, co jakims zagubionym luteranom, a zatem ich stać. Ale jest coś jeszcze. Otóż oni, całe swoje życie ofiarując swoim parafianom, tworzą dla siebie sytuację, gdzie to owi parafianie właśnie stają się dla nich wielką rodziną, a przez to ich wiedza na temat ludzi i świata znacznie przewyższa to, co my w naszych domach jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.
       I oto w tym momencie pozwolę sobie znacząco bardzo zmienić nastrój, bo choć oczywiście wciąż pozostaniemy przy księżach i ich nadzwyczajnych wręcz kompetencjach, to opowiem o tym, jak owe kompetencje mają się do przestrzeni o wiele bardziej uniwersalnej, niż tej wyznaczanej przez nasz dom i rodzinę. A mam tu na myśli politykę. Jak już pisałem, spędziłem ostatnio parę dni w towarzystwie naszego księdza Rafała Krakowiaka i traktuję ten czas jak autentyczne rekolekcje, chciałbym więc opowiedzieć, co mi Ksiądz powiedział gdy chodzi o politykę właśnie i to jak ją widzą ludzie mniej w nią od nas zaangażowani, i jak to ich widzenie wpływa na ich wybory.
      Dla przypomnienia, ksiądz Krakowiak pracuje w jednej z poznańskich parafii, gdzie jak wiemy, większość osób - często bardzo pobożnych - albo zdecydowała, że minione wybory to w ogóle nie jest ich sprawa, albo że nie ma dla nich nic lepszego jak kolejne pięć lat pod prezydenturą tego komunisty Jacka Jaśkowiaka, i oto co on zaobserował. Otóż większość osób głosujących na Jaśkowiaka nie ma ani bladego pojęcia, ani też ich specjalnie nie interesuje to, jakie poglądy reprezentuje ten typek. Czy on wspiera ruchy LGBT, czy jest za przerywaniem ciąży, czy uważa, że Pan Bóg istnieje, czy wręcz przeciwnie, jest kwestią nieznaną i nieistotną. Jedyne co oni wiedzą na jego temat, to to, że on przez te minione cztery lata tyle się nakradł, że teraz wreszcie już będzie uczciwy i będzie miał czas, by się zająć miastem, a ci co czyhają na jego miejsce, tylko patrzą jak by się tu ustawić, szczególnie ci - i tu uwaga, uwaga - którzy na swoich wyborczych banerach demonstrują jak bardzo są pobożni i jak w związku z tym liczne mają potomstwo.
      Opowiadał mi ksiądz Krakowiak, że nawet nie mam pojęcia jak wiele osób reaguje wręcz alergicznie na te banery, gdzie widzą faceta w garniaku z piątką czy szóstką dzieci, obiecującego im to, że ponieważ on jest katolikiem, zadba o ich powodzenie. Muszę przyznać, że aż podskoczyłem, kiedy powiedział mi nasz ksiądz, że nie ma nic gorszego, jak zawracać wyborcom głowę tymi licznymi rodzinami. To już znacznie większe szanse ma jakiś gej ze swoim chłopakiem, bo ludzie wiedzą, że ta parka ma na tyle małe potrzeby, że przynajmniej znajdą gdzieś na boku czas i na potrzeby zwykłych ludzi.
     Ja wiem, że to brzmi przede wszystkim kompletnie absurdalnie, no a jeśli nie aburdalnie, to zwyczajnie strasznie, ale tak własnie wygląda doświadczenie księdza Krakowiaka. Z rozmów, jakie on przeprowadził ze swoimi parafianami wynika jednoznacznie, że tak zwani „zwykli ludzie” nie mają choćby kropli zaufania do polityków. Z ich punktu widzenia, wszyscy oni to banda wiecznie kłócących się oszustów i złodziei, którzy nawet jeśli im dają jakieś 500+, to tylko dlatego, że im się to politycznie opłaca, a zatem oni je chętnie biorą, ale o jakiejkolwiek wdzięczności mowy być nie może. A więc jeśli w ogóle angażować się w tę całą politykę - a to jest wybór ostateczny - to najlepiej obstawiać to, co już znane.
      Ponieważ nie było to wszystko zbyt pocieszające, porozmawialiśmy sobie z księdzem troszkę na ten temat dłużej, by spróbować jednak nakreślić jakąś dla nas, możliwie optymistyczną, perspektywę. I wtedy pojawił się temat Victora Orbana i Węgier. Nie wiem, czy wszyscy sobie to uświadamiamy, ale tam wcale nie było tak słodko, jak nam się wydaje. Kiedy Fidesz po raz pierwszy zdobył władzę w roku 1998, to zaledwie na jedną kadencję. Podczas swoich rządów dokonał rekonstrukcji zniszczonego w czasie wojny Mostu Márii-Valérii łączącego Węgry ze Słowacją, wybudował nowy gmach Teatru Narodowego w Budapeszcie, doprowadził do zniesienia czesnego za studia, wprowadzonego w pierwszej połowie lat 90. przez koalicję socjalliberalną i ponownie przywróconego przez rząd Ferenca Gyurcsánya w 2006, zaczęło też państwo mocno wspierać małe i średnie przedsiębiorstwa. Za pierwszej kadencji Victora Orbana zmniejszyła się inflacja i bezrobocie oraz nastąpił wzrost płac, a mimo to po czterech latach stracił Fidesz władzę i musiał aż na osiem lat przejść do opozycji wobec rządu złożonego w sposób niemal otwarty z tego co śladem Marszałka określiliśmy tu niedawno mianem „kurew i złodziei”. Dopiero po ośmiu latach biedowania w opozycji, w koalicji z chrześcijańskimi demokratami wygrał Fidesz wybory, a Orban został po raz kolejny premierem. Samodzielne już jednak rządy, bez niczyjej już łaski, mimo bardzo ciężkiego ataku ze strony tak zwanej „ulicy i zagranicy”, Fidesz objął cztery lata później, a więc w roku 2014. Ale to wciąż nie był jeszcze pełny sukces, związany nie tyle z liczbami, co z autentycznym poparciem Węgrów. Oto w maju roku 2018 frekwencja w wyborach na Węgrzech wyniosła ponad 70% i dopiero po 20 latach okazało się, że Węgrzy uwierzyli, że nie mają do czynienia zaledwie z kolejnymi złodziejami.
      Rozmawialiśmy więc o tym troszeczkę z księdzem Krakowiakiem i powiedział mi on, że to co najważniejsze w naszej sytuacji to zachować podstawową uczciwość, no i może przede wszystkim cierpliwość. Skoro Węgrzy męczyli się z tą swoją - powiedzmy to sobie szczerze - ludzką gnuśnością, i ją ostatecznie pokonali, to nie ma powodu, byśmy i my nie dali sobie z rady.

Przypominam, że moje książki są do kupienia głownie w trzech miejscach. W księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Fot-Mag w Warszawie (adres można sobie wyguglać), no i tu u mnie. Proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.

10 komentarzy:

  1. @toyah

    Do powyższego dodam tyle, że rozmaici malkontenci wątpiący: „cóż-to-ksiądz-może-wiedzieć-o-życiu?” zazwyczaj są na tyle płytcy, że wskazując potrzebę doświadczenia życiowego, w ogóle pomijają drugi a konieczny składnik przygotowania do służby innym. Jest nim ukierunkowane wykształcenie do służby społecznej.

    Dziś uważa się wykształcenie wyższe za, jeśli nie wręcz konieczne, to z pewnością za wysoce pomocne w dowolnej służbie publicznej. Ba! Ileż to jest zawodów lub funkcji świeckich skierowanych do, nazwijmy, "obsługi społeczeństwa", dla których wykonywania przepisy państwowe wymagają posiadania wyższego wykształcenia!
    Tymczasem w stosunku do księży panuje jakby powszechne ignorowanie, ile - rzecz jasna poza powołaniem - potrzeba wykształcenia, aby zostać księdzem. Tak, jakby powszechna wiedza skąd biorą się księża zatrzymała się w czasie gdzieś przed Trydentem

    Skoro tak, to nie ma się co dziwić, że w zakresie wiedzy o zagadnieniach społecznych nikogo już nie zastanawia porównywanie jakości kształcenia w seminariach duchownych z jakością oferowaną na uniwersyteckich wydziałach socjologii itp. dyscyplin.

    Tym bardziej umyka, że oprócz wykształcenia seminaria dbają o formację swoich słuchaczy, co uczelnie publiczne wręcz odrzucają. W zamian podejmują indoktrynację dla potrzeb jakiegoś gender, czy dla innych wymagań TegoKtóry...

    PS. Ubocznie ciekawe, że przy powodzi doniesień jacy to poszczególni, czy nawet wszyscy księża są "be", jakoś nie widać doniesień jacy to księża są głupi. A przecież takie doniesienia też nie poddawałyby się weryfikacji za pomocą szkiełka i oka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jest taki biskup który mówi czasem o aborcji i invitro i jazda jest na niego że nie zna a mądruje.
      A gościu jest wykształcenia też lekarzem.
      Tylko teraz nie pamiętam jak się nazywa.
      Kiedyś dawno też żył taki ksiądz który opisał jak zbudowany jest Układ Słoneczny :)

      Usuń
    2. @Remo

      :)
      No, ale mi nie chodziło o wynajdywanie konkretnych księży, którym odmawia się kompetencji dotyczących wiadomości (wiedzy) wyspecjalizowanej mimo, że konkretne kompetencje mają.

      Chodziło mi o ten paradoks, że - dajmy na to - dowolny zbiór księży zawsze będzie składał się z osobników staranniej wykształconych, niż - dajmy na to - dowolny zbiór dziennikarzy (tych toruńskich nie wyłączając).

      Doświadczenie życiowe księży, którym zajął się toyah w felietonie wyżej nabywane jest jest właśnie na fundamencie starannego wykształcenia, o czym krytycy kleru nie pamiętają.

      Jest jednak pewien element szczególny dotyczący trybu nabywania tego doświadczenia. Otóż doświadczenie jakie konkretny ksiądz samodzielnie nabywa narasta u niego na przekazanym mu wcześniej i w każdej chwili udostępnianym doświadczeniu Kościoła. Z tym zaś doświadczeniem nic nie może się w świeckim świecie równać. Nawet ruska dyplomacja.

      Usuń
  2. @orjan
    To na co zwróciłeś uwagę w post scriptum przypomniało mi jeszcze coś, co Ksiądz powiedział. Otóż oauważył, że nawet najbardziej zażarci rzekomi ateiści nie negują istnienia Boga. Oni mówią tylko, że Bóg jest okrutnym kłamcą. Żona Hioba też mu nie mówiła, że Boga nie ma, tylko że na Niego nie ma co liczyc. Ciejawe, co nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @toyah
      Jak to powiedział Franciszek: "Kiedy nie wyznajemy Jezusa Chrystusa, to wyznajemy doczesność diabła, doczesność szatana".

      W doniesieniu do ateistów sens tego jest mniej więcej taki, że zaprzeczają istnieniu Boga po to, aby ubóstwiać diabła. Kwestia wyboru bóstwa. Każdy człowiek bowiem w coś wierzy. Choćby w dobry fart, albo w to, że nie wierzy.

      Usuń
  3. Dobre. B. dobre. W zasadzie nie powinienem się wypowiadać, bo ja to wiem od dawna że Księża nie są oderwani od życia. Ale ta diagnoza Ks. Krakowiaka, analogia do losu orbanowskiego Fidesza, zatkała mnie. Że sparafrazuję wieszcza, bądź fides i czekaj cierpliwie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Magazynier
      Akurat z tym Fideszem, to moje. Ksiądz mnie tylko zainspirował.

      Usuń
  4. Wyborca en masse jest głupi, tak go też traktują politycy, więc i on zwrotnie traktuje tak ich. Ale indywidualnie zazwyczaj głupi nie jest i kieruje się całkiem zdroworozsądkowymi z jego punktu widzenia, acz czasem mało logicznymi kryteriami. To, jak sądzę, trochę wynika z tego, że wszystko dookoła, łącznie ze szkołą (a może głównie) wzmacnia w ludziach naturalny pociąg, żeby w korelacjach widzieć związek przyczynowo-skutkowy. Taki powszechny i systemowo wspierany kult kultu cargo.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mocne po całości. Góra stoi a Polacy czekają.
    https://www.youtube.com/watch?v=z4E47neEK0A

    OdpowiedzUsuń
  6. Bog przygotowal Zydom 40-letnia wedrowke przez pustynie by wymarlo pokolenie pamietajace niewole

    OdpowiedzUsuń