wtorek, 14 stycznia 2020

Czy studiowanie pism Indian Navajo to klucz do potęgi naszych wnuków?

      Właśnie dotarła do mnie informacja, skądinąd w wybranych środowiskach już od pewnego czasu pewnie znana, że w odpowiedzi na donos grupki studentów pierwszego i drugiego roku socjologii Uniwersytetu Śląskiego, że oto socjolog rodziny oraz wieloletni wykładowca uczelniany dr hab. Ewa Budzyńska w swoich wykładach narzucała słuchaczom „ideologię anti-choice, poglądy homofobiczne, antysemityzm, dyskryminację wyznaniową, informacje niezgodne ze współczesną wiedzą naukową oraz promowała poglądy radykalno-katolickie”, tamtejszy  rzecznik dyscyplinarny prof. Wojciech Popiołek skierował do komisji dyscyplinarnej wniosek o ukaranie Budzyńskiej naganą.  Jak stwierdził w przedstawionej opinii rzeczony Popiołek, dr Budzyńska wykładała tym wrażliwym dzieciom poglądy oparte o „własny, światopogląd o charakterze wartościującym, stanowiący przejaw braku tolerancji wobec grup społecznych i ludzi o odmiennym światopoglądzie, nacechowany wobec nich co najmniej niechęcią, w szczególności wypowiedzi homofobiczne, wyrażające dyskryminację wyznaniową, krytyczne wobec wyborów życiowych kobiet dotyczących m.in. przerywania ciąży”.

      Jak się również dowiaduję, w geście protestu przeciwko owemu szaleństwu, dr Budzyńska złożyła wypowiedzenie z pracy, które zostało przez władze uczelni z zadowoleniem przyjęte i dziś sprawa jest zarówno zakończona, jak i jednocześnie pozostaje w zawieszeniu, a to w związku z faktem, że w sprawę dr Budzyńskiej zaangażował się instytut Ordo Iuris, oraz podobno również minister Gowin. A zatem, nawet jeśli samej dr Budzyńskiej uratować się już nie da, to jest pewna szansa, że przez wprowadzenie odpowiedniej ustawy, zanim będzie za późno, uda się wziąć bandę tych durniów za twarz i uchronić nas przed tą barbarią.
     Moim zdaniem jednak, jeśli rzeczywiście możemy liczyć na jakąś zmianę, to na pewno jeszcze nie teraz. Owa ideologiczna agresja, która opanowała nasze uniwersytety, jest bowiem bezpośrednim odpryskiem tego, z czym się od lat muszą mierzyć Bogu ducha winni mieszkańcy takich państw jak Stany Zjednoczone, Francja, Wielka Brytania, Dania, czy Hiszpania i obawiam się, że jeszcze długo po tym, jak tamci się w końcu opamiętają i zaczną wielkie sprzątanie po pozostawionych przez siebie zgliszczach, my tu będziemy tkwić w przekonaniu, jacy to strasznie jesteśmy nowocześni, i robić z siebie pośmiewisko.
       Jest jednak coś, na co naprawdę liczę. Otóż jest duża szansa, że w tym świńskim truchcie z jakim walczymy o pozycję w cywilizowanym niezmiernie  naszym zdaniem świecie, uda nam się pominąć etap najbardziej kompromitujący, o którym tak pięknie pisał swego czasu Rush Limbaugh w swojej fantastycznej książce „The Way Things Ought To Be”, wydanej w czasach, gdy przynajmniej tu u nas panowała jeszcze stara dobra kulturowa wolność i jedynym tabu na uniwersytetach było twierdzenie, że Lech Wałęsa to naturalny ludowy przywódca, a tam u nich już się sprawy kotłowały na całego. Proszę posłuchać:
Kilka lat temu grupa radykalnych studentów z uniwersytetu Stanford urządziła manifestację na rzecz usunięcia z programu nauczania przedmiotu zwanego Historia cywilizacji zachodniej. Manifestanci zorganizowali marsz protestacyjny w czasie którego wykrzykiwali: ‘Hey, hey, ho, ho, Western culture's gotta go’. Władze uniwersytetu Stanford skapitulowały i historię Zachodu usunęły z curriculum. Zastąpiono ją rozmytą pseudowiedzą, która analizowała dzieje cywilizacji pod kątem ‘przynależności rasowej, klasowej i płci’. Odtąd więc, zamiast pism św. Augustyna czy Johna Locke'a, studenci analizują biografię gwatemalskiej przywódczyni marksistowskiej partyzantki Rigoberty Menchu czy dokumenty plemienia Navajo zatytułowane Nasz świat, nasza owca, nasze ciało, My”.
       Ja naprawdę na temat towarzystwa, które oblazło nasze uniwersytety, nie mam niemal nic dobrego do powiedzenia, w to jednak by oni kiedyś moim wnuczkom kazali studiować dokumenty Indian Navajo trudno mi uwierzyć. To już prędzej spodziewać się mogę traktatu autorstwa prof. dr hab. Mai Ostaszewskiej o życiu erotycznym wyzwolonych krów. A z tym, jak sądzę, jakoś sobie poradzimy. 




5 komentarzy:

  1. Bardzo dobry tekst. I jeszcze ten antysemityzm... robi wrażenie.

    No cóż, dzisiaj pozostaje nam zawołać "Hey, hey, ho, ho, Western culture's gotta go".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @marcin d.

      "Hey, ho, hey ho na ... by się szło".

      Po co komu kultura? Pytanie zadaję z pewną nieśmiałością, bowiem wisi nad nim połowa, albo i więcej życiowego credo Józefa Goebbelsa ("Kiedy słyszę słowo kultura, odbezpieczam rewolwer").

      Ja tym studentom i ich uniwersytetom życzę wielu wzruszeń wtedy, gdy będą mieli do czynienia już tylko z kulturą bakterii w jogurcie.

      Oczywiście pod warunkiem takiej klęski postępu, że ktoś jeszcze będzie umiał robić jogurt.

      Usuń
  2. @toyah
    To, co się teraz dzieje na uniwersytetach, jest efektem Gowinowskiej doktryny podążania za zachodem. Dzieje się to na wielu polach; w opisanym przypadku - ideologicznym, ale także naukowym i instytucjonalnym. Uniwersytet Śląski przeżywa teraz totalną rozwałkę, zwaną restrukturyzacją. Zburzenie wszelkich struktur i totalny chaos, który w tej chwili panuje na uczelni, sprzyja ogólnemu obniżeniu morale pracowników i studentów.

    Mnie w tym wszystkim - oprócz losu prof. Budzyńskiej - bulwersuje zachowanie studentów. Wystąpienie z taką skargą pokazuje, jak bardzo są już zideologizowani i zamknięci na różnorodność poglądów.
    Pokolenie wychowanych na Facebooku nastolatków i dwudziestolatków mnie po prostu przeraża. Dla większości z nich największe wartości, których gotowi są bronić z całą stanowczością, to ekologizm i LGBT. Można na to patrzeć w kategoriach mody, obowiązujących każdego "otwartego" człowieka poglądów, ale ja się obawiam, że to jest zmiana kulturowa, która już się pokoleniowo dokonała i niełatwo będzie ją odwrócić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Ginewra
      A ja mam nadzieję, że to jest tylko przejściowa moda. W latach 60-tych na amerykańskich, czy francuskich uniwersytetach działy się rzeczy wcale nie mniej szokujące i jakoś to powoli przeminęło. Mieliśmy długie lata spokoju, a teraz znów tam się zaczyna w tych łbach coś kotłować. Jak mówię, bardzo liczę na to, że i to się skończy, a te dzieci wydorośleją, pójdą do pracy i dadzą się zaprząc w inny kierat.

      Usuń
  3. Można powiedzieć, że wszystko powoli parszywieje. Za moich czasów [90 lata] jak ktoś nie miał notatek z wykładów na uczelni, to czasami dostawał od wykładowców jako deskę ratunku spis pytań na egzamin. W zasadzie był to spis rozdziałów z jakiejś tam książki. Teraz, z tego co wiem niekiedy jest tak, że dostaje się pytania razem z odpowiedziami jako gotowy zestaw. A i to czasami okazuje się zbyt trudne.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.