czwartek, 12 września 2019

Co to tak syczy?


Nie napisałem wczoraj żadnego tekstu z tego prostego powodu, że albo nie umiałem znaleźć odpowiednio interesującego tematu, albo, owszem, takich tematów znalazłem parę, jednak nie umiałem znaleźć odpowiedniego środka, by z tematu powstał tekst na poziomie, do którego się tu przyzwyczailiśmy. Zrobiłem więc sobie tę przerwę i kiedy przyszedł kolejny dzień, przeżyłem dokładnie tę samą pustkę. Ponieważ jednak nie mam sumienia, by sprawiać zawód tym z Państwa, dla których ten blog stanowi coś, co uważają w pewnym sensie za zagwarantowane, uznałem, że zamiast znów pozostawić tu puste miejsce, przypomnę któryś ze swoich bardzo stary teksów, licząc na to, że większość Czytelników, albo go nie pamięta, albo zwyczajnie nie miało okazji czytać.
Szukałem więc w tym swoim toyahowym archiwum i nagle wpadłem na coś, co dało mi powód do pewnej wręcz dumy. Okazuje się bowiem, że już w roku 2009 przedstawiłem tu tekst, który bardzo mocno zapowiadał nadejście czegoś, co w końcu nadeszło pod symboliczną nazwą #MeToo. Przedstawiam tu więc tamtą notkę, a przy okazji mam jeszcze pewną refleksję a propos tego, jak oni wszyscy potrafią być daleko, daleko spóźnieni. Oto niedawno trafiłem gdzieś na informację, że naukowcy na jednym z uniwersytetów w Irlandii, studiując problem tak zwanych fake newsów, doszli do wniosku, że to jest problem jeszcze większy niż się dotychczas wydawało, a to z tego względu – i oni to potwierdzili naukowo – że owe fake newsy nie tylko oszukują naszą bieżącą świadomość, ale również nasze wspomnienia. Irlandzcy naukowcy naukowo zbadali, że człowiek, któremu pewnego dnia wdrukowano w mózg jakieś kłamstwo, może nawet po latach być przekonany co do owego kłamstwa realności.
Kto by pomyślał, prawda? A teraz już właściwy tekst i nadzieja, że może jutro uda mi się napisać coś nowego.

      Z jednej strony z przykrością, a z drugiej, tylko ze zdziwieniem, stwierdziłem fakt, że cała seria ostatnich wpisów na tym blogu nie dotyczy już polityki. Z przykrością dlatego, że może to świadczyć o tym wprawdzie, że – jakoś tam podświadomie – uznałem, że w polityce sprawy idą w dobrym kierunku, ale też, może być i tak, że wręcz przeciwnie, nie ma już o czym gadać. Bo przyznać tu muszę, że kolejne tematy nie są wynikiem mojej przemyślanej decyzji. One pojawiają się dokładnie według wzoru, w jaki układają się moje codzienne myśli (i to jest właśnie kwestia tego zdziwienia). A, ostatnio, tak się jakoś dzieje, że ja o polityce zwyczajnie nie myślę. I, gdyby miało się okazać, że ze zwykłej rezygnacji, i zupełnie podświadomie, wyparłem z siebie wszelkie kwestie związane z moim pragnieniem, by ostatecznie ujrzeć Donalda Tuska i jego jedenastkę, na peryferiach polskiej polityki, to byłoby mi bardzo przykro.
      Polityka więc wisi gdzieś w najdalszej perspektywie, a ja patrzę przede wszystkim na to, co z takim poczuciem bólu przedstawiłem w obu tekstach na temat projektu zatytułowanego ‘Alicja Tysiąc’, czyli w efekcie czegoś co niechybnie przypomina koniec czasów. Co widzę dziś? Otóż widzę to przede wszystkim, że amerykański system wymiaru sprawiedliwości wreszcie znalazł sposób, by wyegzekwować swoje pretensje do osoby Romana Polańskiego. No i jednocześnie, niestety, widzę, jak kulturowa i cywilizacyjna dostojność tego wydarzenia zostaje, najpierw z pełnym wyrachowaniem, a później już tylko na zasadzie odtwarzania głosu tzw. autorytetów, przykryta przez powszechny krzyk w obronie tego, co wydarzyło się już ponad 30 lat temu.
      Zanim przejdę do rzeczy, bardzo proszę posłuchać pewnej historii, którą zaczerpnąłem z powieści, a jednocześnie z filmu, który dla mnie zawsze stanowił jedno z pierwszych źródeł pewnej szczególnej wiedzy moralnej. Mam na myśli Ojca Chrzestnego. Z całą pewnością w książce, a również – o ile pamiętam – w telewizyjnej, bardzo poszerzonej, wersji filmu Coppoli, tradycyjnie znana scena wizyty Hagena w Hollywood została poszerzona o jeden niezwykły epizod. Sytuacja w każdym razie jest taka, że Hagen przybywa do Hollywood, żeby się spotkać z Woltzem, słynnym filmowym producentem, by poprosić go o rolę dla Johnnego Fontane. Kiedy czeka na niego w recepcji, widzi przed sobą, na kanapie „najpiękniejsze dziecko, jakie Hagen widział kiedykolwiek. Dziewczynka ta miała nie więcej, niż jedenaście, czy dwanaście lat, była ubrana bardzo kosztownie, ale prosto, jak dorosła kobieta. Miała niewiarygodnie złote włosy, ogromne, niebieskie jak morze oczy i świeże, malinowe usta. Towarzyszyła jej kobieta będąca najwyraźniej jej matką…
      Po jakimś czasie, kiedy już wiadomo, że Woltz – człowiek, w oczywisty sposób, zły i zepsuty – nie da roli Johnnemu i Hagen musi wracać do Nowego Jorku, by przekazać złe wieści Donowi, opuszczając, tym razem już prywatną, posiadłość Woltza, widzi jeszcze raz tę dziewczynkę. I tak tę (fikcyjną absolutnie przecież) scenę opisuje Puzo, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego: „Czekając pod oświetloną kolumnadą na samochód, Hagen zobaczył dwie kobiety wsiadające do długiej limuzyny, która już stała na podjeździe. Była to owa piękna, dwunastoletnia złotowłosa dziewczynka i jej matka, które widział rano w biurze Woltza. Teraz jednakże prześlicznie wykrojone usta dziewczynki były jakby rozmazane w obrzmiałą, różową masę. Błękitne oczy miała zamglone, a kiedy schodziła po schodach do samochodu, jej długie nogi chwiały się jak nogi okulawionego źrebięcia. Matka podtrzymywała dziewczynkę, pomagała jej wsiąść, sykała jej do ucha rozkazy. Obróciła głowę, by rzucić Hagerowi krótkie, ukradkowe spojrzenie, i dostrzegł w jej oczach płonący, jastrzębi tryumf. A potem i ona zniknęła we wnętrzu limuzyny”.
      Jeśli ktoś nie zna Ojca Chrzestnego i całej filozofii, która stanowi oczywisty przekaz tej historii, powinien mieć świadomość, że brutalność tej sceny przekracza wszelkie pozostałe opisy gwałtu i mafijnej przemocy, jakie tam znajdujemy. Z punktu widzenia ludzi mafii, wszystko to, co oni robili, było oczywiście złe, było czymś za co każdy z nich miał najprawdopodobniej trafić do piekła, ale utrzymywało się zawsze w ramach jakiejś – dziwnej i perwersyjnej – ale jednak, etyki. Hagen wiedział, że w momencie kiedy oni wszyscy przybyli do Ameryki i zdecydowali o swoim przyszłym życiu, tym samym podpisali na siebie cyrograf. Wiedziała to też pani Corleone, codziennie modląc się za duszę, wciąż jeszcze przecież, żyjącego męża. Kiedy jednak patrzył na to dziecko, wyprowadzane nad ranem z apartamentów Woltza, wiedział choćby to, że Johnny Fontane ostatecznie dostanie swoją rolę. Z tej prostej przyczyny, że Woltz to człowiek, który nie ma honoru. A zatem, jego da się zmusić do wszystkiego.
      Obawiam się, że gdyby Mario Puzo pisał swoją książkę dziś, musiałby stanowczo tę scenę albo wyciąć, albo przedstawić ją – w najgorszym wypadku – jako część tamtego świata, jako tamtego świata kontekst, by nikt nie miał poczucia zbyt dokuczliwego dysonansu. Gdyby pisał tę książkę dziś, musiałby, na przykład, dać do zrozumienia, że na tym własnie polega Hollywood, a za nim i cały nasz świat, i że nawet jeśli to co się tam dzieje nazwiemy złem, to będzie to jedynie takie samo zło jak każde inne, a więc w rezultacie nasze, zaprzyjaźnione, dobrze nam znane zło. No a już z całą pewnością nie sugerowałby, że z punktu widzenia kogoś takiego jak Don Vito Corleone i jego zbrodnicze otoczenie, to co zrobił Woltz, wołało o pomstę do nieba, lub choćby tylko wywoływało rumieniec wstydu na twarzy.
      Roman Polański, ponad już trzydzieści lat temu, na jednym z przyjęć zgwałcił trzynastoletnią dziewczynkę. A amerykańskie prawo, a za nim ja, używa słowa ‘zgwałcił’, bo prawdopodobnie w języku, wymierającej, ale jednak wciąż współczesnej cywilizacji, nie ma innego określenia dla tego, co tam się wówczas stało. Wprawdzie dziś, banda zepsutych, całkowicie zdemoralizowanych łajdaków, tłumaczy nam, że to nie był gwałt, bo to dziecko wyglądało jak dorosła kobieta, i przede wszystkim samo bardzo chciało zaspokoić zwierzęce instynkty Romana Polańskiego i jego ustosunkowanych przyjaciół. Jednak fakt pozostaje faktem. Ktoś tę dziewczynkę tam przyprowadził i nie zrobił tego po to, by te zwierzęta mogły zaczerpnąć intelektualnej inspiracji z jej obecności. Ja nie mam pojęcia, jak wyglądają przyjęcia w Hollywood i co trzeba zrobić, żeby się na nich znaleźć. Ale tyle, to się mogę domyśleć, że tam nie wchodzi się ot tak sobie. A jeśli na tych przyjęciach pojawiają się alkohol, narkotyki, czy małe dzieci, to nie na zasadzie magicznej sztuczki, tylko dlatego, że ktoś złożył odpowiednie zamówienie.
      Może i jestem naiwny i głupi, ale nie na tyle z pewnością, by uwierzyć w te wszystkie bzdury, próbujące zracjonalizować ówczesne pojawienie się tego dziecka obok Romana Polańskiego. Widzę dziś tę dziewczynkę, już trzydzieści lat starszą, typową spasioną Amerykankę, która, Bóg jeden wie, co zyskała na tym, że kiedy zaczynała swoje życie, znalazła się wśród tych wilków. Z całą pewnością, ani Polański, ani jego kumpel Jack Nicholson, ani nikt inny z tego chorego towarzystwa, nie załatwił jej aktorskiej kariery. Domyślam się, że za ten jednorazowy gest, dostała jakieś ciężkie pieniądze, dzięki którym ona i jej opiekunowie przeżyli swoje dotychczasowe życie. To mnie jednak bardzo mało obchodzi. Czym się dziś zadręczam, to wspomnianym na samym początku tego tekstu załamaniem i – obawiam się – ostatecznym krachem tego co znaliśmy pod pojęciem nowoczesnej chrześcijańskiej cywilizacji. A co z tak przerażającą wyrazistości obserwuję w wypowiedziach najprzeróżniejszych obłąkańców, którzy apelują o objęcie tego odrażającego czynu amnestią, by nie powiedzieć – zrozumieniem.
      Bo – nie oszukujmy się – to są zapowiedziane znaki. Matka, otoczona przez tabuny najbardziej czarnych doradców, wyciągająca serię odszkodowań od najprzeróżniejszych instytucji za to, że zmuszono ją do urodzenia dziecka. Dziecka, które żyje, chodzi do szkoły, ogląda otaczający je świat i pewnie marzy o tym, że kiedyś stanie się coś, co będzie dobre i piękne. Sędzia niezawisłego sądu, z bezwzględną surowością potępiająca tych, którzy pokazali zło palcem. Ekskluzywne prostytutki zostające prezesami państwowych firm. Zaczadzeni ludzie, z wykrzywionymi złością twarzami, wołającymi o śmierć. I wreszcie „płonący jastrzębim tryumfem” świat. Drżący z emocji na widok nadchodzącego końca.
      Panie, zmiłuj się nad nami!




5 komentarzy:

  1. Zgadzam się. Bardzo dobre. Jesienią zamierzam odkurzyć książkę i ponownie obejrzeć film. Moja polonistka z ogólniaka powiedziała, że niektóre książki lubi czytać co jakieś pięć lat, a ja na to (15 lat) zrobiłam oczy jak 5-złotówka z rybakiem. Perspektywa 5 lat to dla mnie był wtedy kosmos. Po przeczytaniu książki (16 jesieni miałam) chciałam się zapisać do Rodziny Corleone. Serio:) Dużo można by gadać o grzechach Rodziny, ale ja skupiłam się na poczuciu lojalności i granicach, których się nigdy nie przekracza. Zakochałam się w tej książce. Przepraszam za prywatę i dziękuję za pozytywne emocje.

    OdpowiedzUsuń