niedziela, 4 sierpnia 2019

Liberalizm, czyli o łowieniu na prąd


W ten piękny niedzielny dzień, proponuję byśmy sobie zajrzeli do „Warszawskiej Gazety”, gdzie od minionego piątku możemy sobie czytać mój nie wiem który już paszkwil na liberałów. Zapraszam serdecznie.


      W swojej drugiej książce, dziś już niestety raczej niedostępnej, a zatytułowanej „Twój pierwszy elementarz” udało mi się zamieścić definicję tak zwanego „liberalizmu”, którą do dziś uważam za jedno ze swoich największych dokonań. Proszę posłuchać:
System, który każe człowiekowi wierzyć, że jego powodzenie jest zasługą systemu właśnie, natomiast jego porażka, jego osobistą winą. Z tego właśnie powodu, jedni liberałowie, kiedy słyszą głos ‘poniżonych i bitych’, zatykają sobie uszy, a inni z zaciekawieniem nachylają się nad tymi co proszą o zmiłowanie i pytają: ‘A dlaczego wy uważacie, że wasze problemy są moimi problemami?’ Oczywiście, liberałowie twierdzą, że to nieprawda, że oni chcą tylko ludziom dać wędkę, i takie tam. Tyle że ja akurat nie widziałem choćby jednego z nich, jak idzie z wędką. Może to dlatego, że oni sami łowią na prąd”.
       Jak widać na powyższym przykładzie, do liberalizmu oraz liberałów zachowuję osobistą postawę w najwyższym stopniu pogardliwą, a tu, skoro już o tym mowa, to mogę tylko dodać, że chyba nie ma na całym Bożym świecie niczego, co by mi było równie przykre. Liberalizm, w ujęciu, jaki zaprezentowałem w powyższym cytacie, jest dla mnie złem, wobec którego jestem gotów nawet poprzeć pierwszego z brzegu socjalistę... no dobra, może nie aż tak, zwłaszcza że, jak powszechnie wiadomo, każdy socjalista prędzej czy później i tak zostaje liberałem, no ale, jak mówię – liberalizm mam niezmiennie w krańcowej pogardzie.
      Przyszła mi owa myśl do głowy, kiedy wśród różnych medialnych wystąpień, trafiłem również na takie, gdzie ich autorzy byli bardzo zaangażowani w to, by mi tłumaczyć, że może faktycznie tak zwany „szary człowiek” pod rządami Dobrej Zmiany ma się dobrze, to wysyp owych socjalnych programów, poczynając od zwiększania płacy minimalnej, a kończąc na różnego rodzaju ulgach dla rodzin, prowadzi do tego, że przedsiębiorcy, a więc „sól tej ziemi”... mają ciężko. Zdaniem wspomnianych krytyków, nieustanne poprawianie losu nauczycieli, pielęgniarek, kasjerek w marketach, czy policjantów, dla polskiego przedsiębiorcy oznacza dodatkowe koszta, niekiedy nawet tak wielkie, że część z nich będzie musiała swoje interesy zamknąć.
        Czytam owe wypowiedzi, formułowane niekiedy w nastroju prawdziwie dramatycznym, gdzie regularnie powraca skarga: „My sobie w ten sposób nie poradzimy” i – przyznaję, że z prawdziwą satysfakcją – zaczynam sobie myśleć, że cóż to takiego się z nimi wszystkimi dzieje?  Czyżby oni nagle uznali, że im wędka jest niepotrzebna, natomiast chętnie by dostali rybkę? I, jak mówię, z autentyczną satysfakcją, chciałbym im wszystkim powiedzieć, że skoro oni ni stąd ni z owąd znaleźli się w sytuacji gdzie jedyny ratunek widzą w tym, że zmieni się władza i owa władza zaordynuje takie rozwiązania, by oni akurat mieli lżej, to niech może przestaną chlipać, ruszą głową i poszukają jednak tej wędki. A ten który jej nie znajdzie, to zostanie jak ostatni frajer. 



     

3 komentarze:

  1. Rzeczywiście ta definicja liberalizmu jest idealna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przedsiebiorcy pod rzadami dobrej zmiany nigdy nie mieli lepiej. Pracownicy nie lataja prosic o podwyzki - czyli pracodawcy zyskali swiety spokoj od plebsu. Jedyny minus to taki ze konczy sie era wyplat w kopertach. Ale tutaj rowniez zyskuja spokoj sumienia - rzecz bezcenna.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jest też całkiem niezłą definicją narcyzmu.

    OdpowiedzUsuń