wtorek, 20 sierpnia 2019

O zapomnianej łodzi


      Jak pewnie część z nas zdążyła się zorientować, przez cały ten czas jak prowadzę swój blog, udało mi się wydać dziewięć książek i wszystko wskazuje na to, że to już koniec. Trochę mnie to martwi, bo, jak słyszę Quentin Tarantino planuje nakręcić jeszcze jeden film, przez co będzie miał ich dziesięć, a ja się prawdopodobnie zatrzymam tu gdzie jestem, no ale niech będzie i tak, zwłaszcza że ja, jak by nie patrzeć, się jednak rozwijałem. Natomiast, gdyby ktoś mnie się spytał, którą z moich książek uważam za najlepszą, nie umiałbym odpowiedzieć z tego prostego powodu, że podobnie jak ani razu w ciągu tych ponad już dziesięciu lat nie zdarzyło mi się opublikować na tym blogu notki, z której byłbym choć trochę niezadowolony, tak każdą z tych książek chowam w swojej bardzo życzliwej pamięci. Gdybym jednak mimo to miał wyróżnić z nich dwie, to bym przede wszystkim wskazał na „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, która zarówno pod względem czysto literackim, jak i... że tak to ujmę – emocjonalnym, przewyższa wszystko co znam, natomiast w sensie ważności, postawiłbym na tak zwane „listy od Zyty”, które zupełnie szczerze uważam za coś absolutnie wyjątkowego w minionych trzydziestu latach.
        Dziś jest tak, że z owych dziewięciu tytułów dostępnych są już tylko cztery, a więc wspomniane „Marki, dolary...” „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”, po raz nie wiadomo po raz który wznawiane „Kto się boi angielskiego listonosza”, no i naturalnie najnowsza – „Imperium, czyli gdzie pada cień na MS Mantola”. Reszta jest sprzedana i nic nie wskazuje na to, by którakolwiek z nich miała zostać wznowiona. A ja niezmiennie mam w głowie wspomniane listy od Zyty. Czemu? Otóż temu, że choć one się sprzedały stosunkowo szybko, to, jak już powiedziałem, w moim odczuciu stanowią najbardziej niesprawiedliwie zlekceważoną książkę w naszej najnowszej historii. By wytłumaczyć w czym rzecz muszę przejść do kolejnego akapitu.
      Otóż kiedy zmarła Zyta Gilowska, a ja zwróciłem się do jej męża, Andrzeja Gilowskiego z prośbą, by zgodził się na publikację tych listów, on w pierwszej chwili zaprotestował, tłumacząc się, że ze względu na ich treść, on się boi, że to co się może stać włanością publiczną, może też zaszkodzić Rodzinie. I wtedy ja na to odpowiedziałem mniej więcej tak: „Panie Andrzeju, właśnie pochował Pan żonę, na której pogrzebie, transmitowanym przez państwową telewizję, byli Prezydent RP, premier rządu RP, oraz prezes rządzącej partii. Proszę zrozumieć, że w tej sytuacji nikt z nich nie jest w stanie Pana dotknąć choćby spojrzeniem”. No i, jak wszyscy wiemy, pan Andrzej Gilowski udzielił mi zgody na tę publikację. Pojawia się pytanie, cóż takiego znajduje się w tych listach. Otóż, wbrew pozorom, nic aż tak sensacyjnego. Zaledwie parę bardzo drobnych szczegółów, jednak na tyle istotnych dla naszej wiedzy o świecie w jakim przyszło nam żyć, że ja osobiście niepokój pana Andrzeja Gilowskiego byłem w stanie zrozumieć. Mógłbym nawet powiedzieć, że te kilka tak naprawdę słów, jakie przez te niespełna trzy lata zdążyła mi powiedzieć Zyta Gilowska, to prawdziwy przewodnik po współczesnej Polsce.
        Jest jednak jeszcze coś. Otóż w momencie gdy książka się ukazała, ona trafiła na pierwsze miejsce listy książek zakazanych, i to zakazanych po wszystkich stronach sceny. Z tego co wiem, nikt nigdzie, po żadnej ze wspomnianych stron, nie odważył się wspomnieć choćby jednym słowem, że coś takiego jak prywatne maile Zyty Gilowskiej w ogóle istnieje. I tu mamy coś niezwykle ciekawego, bo proszę sobie wyobrazić, że tu nie poszło o ewentualne zagrożenie dla partii rządzącej – Zyta Gilowska do końca była całym sercem z Jarosławem Kaczyńskim – lecz o interesy pojedyńczych osób i środowisk. To wyłącznie ze względu na strach przed ujawnieniem brzydkich rzeczy ich dotyczących, wokół tej książki zapanowała bezwzględna zmowa milczenia. Doszło do tego, że o niej nie wspomniano nawet podczas rocznicowej uroczystości na lubelskim uniwersytecie. Mało tego, kiedy próbowałem umieścić informację o tych listach w notce poświęconej Zycie Gilowskiej w Wikipedii, nie minęło pięć minut, jak ona została stamtąd usunięta.
          I choć mimo faktu że ona się dość szybko sprzedała, ja wciąż chowam w sobie pretensje, przede wszystkim o to, że coś, co powinno stać się powszechną sensacją, zostało aż tak zlekceważone, ale też o to, że trzeba było aż trzech lat, by te głupie tysiąc egzemplarzy czegoś tak ważnego, się sprzedało. Jest więc tak, że książki z listami od Zyty już nie ma ani w księgarni u Coryllusa, ani – z tego co widzę – w ogóle nigdzie, a ja dopiero co dowiedziałem się, że nasz kolega Wacek z Opola gdzieś odnalazł jeszcze jakieś 18 egzemplarzy, które pozostały po którymś ze zorganizowanych przez tamtejszą Solidarność spotkań.
       Dziś z tych książek zostało już zaledwie siedem sztuk, ale ja mam ważniejszą informację. Otóż ja nie mam sumienia, by tę resztkę nakładu sprzedawać po 30 zł, tak jak to było zamierzone na początku. W tej sytuacji dziś cena tych listów wynosi dziś 100 zł, a zapewniam, że jak dojdziemy do pięciu ostatnich egzemplarzy, to ja ją podwyższę do 200 zł i wrzucę na Allegro. Już nie mogę się doczekać wyniku, a jeśli ktoś wciąż nie rozumie, o co chodzi, przedstawiam krótki fragment z tych wyznań:
      Problem lekarstw jest jasny -  lekarstwa kupujemy, znamy je, czytamy ulotki. Dużo ciemniejszą sprawą jest problem aparatury medycznej, różnych wszczepianych urządzeń, implantów, płynów, drutów, stawów, to są potężne pieniądze, ciche zamówienia, wielkie szpitale, wielkie cierpienia i równie wielkie oszustwa. Wobec medycyny człowiek staje jak niegdyś wobec wioskowego szamana, pełen strachu i nadziei. Ja obecnie jestem całkowicie ‘na nie’, odmawiam ‘współpracy’, a po 10-dniowym pobycie na oddziale intensywnej terapii (dla ‘dyskrecji’, bo aż taka chora to nie byłam)  i przyjrzeniu się z bliska okolicznościom ‘ratowania życia’, odmawiam udania się nawet w pobliże jakiegokolwiek szpitala. Naturalnie, w międzyczasie medycyna faszerowała mnie zbędnymi chemikaliami i jak już zaczęłam ‘im’ nie wierzyć, to na całego. Przy okazji dowiedziałam się, jak kiepsko działają, gdy są potrzebne. Przypuszczam, że najsilniej działa sygnalizacja genetyczna oraz ruch. A także - co chyba najważniejsze - poczucie zadowolenia z życia. Na brak szczęścia jest tylko miłość”.


     
Jak już wspomniałem, mam jeszcze siedem egzemplarzy wspomnianej książki. Cena egzemplarza, jak już wspomniałem, wynosi 100 zł. Kto zdąży – gratulacje. Kto nie – będzie musiał kupować na Allegro. Znacznie już drożej. Proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.



8 komentarzy:

  1. "Przypuszczam, że najsilniej działa sygnalizacja genetyczna oraz ruch. A także - co chyba najważniejsze - poczucie zadowolenia z życia. Na brak szczęścia jest tylko miłość"
    Piękne i Wielkie, jak sama pani Gilowska.
    Jest powodem mojej radości "która niezawodnie rodzi pokój", że moje zapomnienie o tych 18 egzemplarzach doprowadziło do takiego niespodziewanego akcentu. Nadto do nadliczbowych zysków z twojej strony, ze wszechmiar zasłużonych.
    Nadto nie tracę jednak nadziei, że pobijesz Tarantino w wymiarze ilościowym, bo że w wymiarze jakościowym, to rzecza już oczywista. Niby inna dyscyplina, ale jednak nie aż tak odległa, a jakość diametralnie przeciwna. Może ten jego ostatni, sądząc po trailerze, zdradza lepszą nieco jakość od strony scenariusza. Ale reszta, szkoda gadać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Magazynier
      No nie! Tarantino to mistrz nad mistrze. A ten najnowszy film jest prawie jak Pulp Fiction. Niestety tylko prawie.

      Usuń
  2. A jeszcze ci powiem, że jakie to nieprawdopodobne, że ten rynek treści jest tak zabetonowany. "Władzy raz zdobytej ... itd." (np. władzy nad rynkiem treści będziemy trzymać się jak tonący brzytwy - faktycznie te chłopaki walczą o życie, brzytwa zaś jest daje wyjątkową władzę nad życiem i śmiercią)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapomniałem jeszcze o tym cytacie: "Dużo ciemniejszą sprawą jest problem aparatury medycznej, różnych wszczepianych urządzeń, implantów, płynów, drutów, stawów, to są potężne pieniądze, ciche zamówienia, wielkie szpitale, wielkie cierpienia i równie wielkie oszustwa."
    Owsiak i jego kontrahenci, jakby to przeczytali, dostaliby wścieklizny. Nie wykluczone, że któryś z nich przeczytał.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Magazynier
    W rzeczy samej, niewykluczone. Swoją drogą, mam silne podejrzenie, że oni wszyscy przeczytali tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
  5. "@Magazynier
    W rzeczy samej, niewykluczone. Swoją drogą, mam silne podejrzenie, że oni wszyscy przeczytali tę książkę."
    Ja natomiast mam podejrzenie, że chyba coś z twoim stropem nie teges... :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Śp nieboszczka przewraca się w grobie widząc/czytając popisy wacka schaboszczaka i krzysia tarantinio/ od oezji przeraźliwe konfesyjnej/.
    Dziwę się rodzinie, że dotychczas nie zareagowała!!! :(

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie mam czasu na długie rozpisywanie się o propozycjach medycznych wszczepienia czego kolwiek. Powiem tylko tyle, że refleksje pani profesor są jak najbardziej na miejscu. Tyle tylko, że system wszczepiania jest tak stworzony, że wszystkie fałsze można wychwycić jedynie intuicyjnie. Osoby zaś na wysokich stanowiskach, nie mając czasu ani możliwości zaufania intuicji są szczególnie narażone na rady "profesorów medycyny z długoletnim stażem".

    OdpowiedzUsuń