sobota, 10 sierpnia 2019

Co nam pokazuje Bóg, gdy mamy w garści cały Kraj


  Prezydent ogłosił termin wyborów, wszystko zostało odpowiednio opublikowane, no i w związku z tym należy przyjąć, że kampania ruszyła. Gdy chodzi o opozycję, wygląda na to, że oni już do samego końca, a więc do 11 października się nie pozbierają i będą się zajmować wyłącznie żoną, synem i siostrą marszałka Kuchcińskiego, w nadziei, że stanie się cud, ludzie się ostatecznie zreflektują i uznają, że z tym całym 500+ to oni się jednak dali fatalnie nabrać. O PiS-ie, powiem uczciwie, gadać mi się nie chce, wystarczy więc może tylko jeśli powiem, że oni właściwie, od momentu, gdy marszałek Kuchciński został wycofany na z góry upatrzone pozycje, mogą już nawet zrezygnować z tych głupkowatych pikników i całość kampanii przekazać w ręce prezesa Kurskiego, który, ze znaną nam aż nazbyt dobrze gracją, przedstawi nam już ze wszystkimi możliwymi szczegółami całą historię wożenia się przez Donalda Tuska do Sopotu i z powrotem, by z kolegami „haratać w gałę”. A że jest o czym opowiadać, to my już nawet dziś bardzo dobrze wiemy.
Jak już wspomniałem, przebieg kampanii wyborczej został odpowiednio nakreślony i moim zdaniem na żadne korekty miejsca już nie ma. I wcale nie chodzi o to, że sprawa tych meczyków jest tak ważna, czy choćby tylko interesująca. Nie. Problem w tym, że, z tego co zdążyłem zaobserwować, cały potencjalny elektorat antypisowski tak się zachłysnął tymi nieszczęsnymi lotami Kuchcińskiego, że oni już się spod tego nie wygrzebią. A skoro tak, to PiS już nawet nie musi nic wymyślać. Wystarczy publikowanie listy wszystkich tamtych lotów i ich bohaterów.
W tej sytuacji, w pierwszej chwili miałem ochotę przypomnieć któryś ze swoich tekstów z tamtych dawnych lat, który by nam nieco odświeżył pamięć, ale ponieważ mamy dziś kolejną rocznicę Katastrofy Smoleńskiej, a więc czegoś, co zostało nam zarówno dane, jak i zadane, pomyślałem sobie, że, owszem, wrócę do wspomnień, tyle że Machu Picchu będzie musiało chwilę poczekać, natomiast dziś zamieszczę tu tekst, jaki jeszcze w kwietniu 2010 na moim blogu w Salonie24 opublikował nasz nieoceniony ksiądz Rafał Krakowiak. Ktoś powie, że dziewięć lat, to nie to samo, co dziesięć. Okrągłą rocznicę będziemy mieli dopiero za rok. Ja jednak, przyznam uczciwie, boję się, że to może być czas, gdy każde moje, a tym bardziej księdza Krakowiaka słowo, nie będzie miało najmniejszego sensu. Mam nadzieję, że się mylę, mimo to, bardzo proszę przypomnieć sobie tamten niezwykły wprost tekst.

Najpierw dorzucę swój kamyczek do metafizycznych interpretacji Katastrofy. Jest odwiecznym zwyczajem, że od 5 niedzieli Wielkiego Postu, w naszych świątyniach zakrywa się krzyże, albo wręcz wynosi się je z kościoła. Istnieje wiele interpretacji tego zwyczaju (zasłona jako znak tajemnicy, którą jest Boża miłość do człowieka; „post dla oczu”; znak uniżenia się Syna Bożego), ale mnie osobiście zawsze odpowiadała ta, której sensem było pytanie: „Wyobraź sobie, co by się stało ze światem, z ludźmi, z Tobą, gdyby nie było tego wszystkiego, co krzyż sobą wyraża?”
Ta myśl o braku obecności krzyża i wynikających z tego konsekwencjach, przyszła mi do głowy w sobotę, 10 kwietnia, gdy w telewizyjnych relacjach opisujących mordercze cechy smoleńskiej mgły, pokazywano katyński krzyż, jego cień i te puste krzesła, na których nikt już nie usiadł… Przyszła mi ta myśl do głowy, bo ktoś powiedział, że w prezydenckim samolocie była cała Polska. Była tam cała Polska (taka, jaką Ona w swej różnorodności jest, w wymarzonych przez śp. Prezydenta ideowych proporcjach, oraz z tym, co z owych proporcji może wynikać), ponieważ Lechowi Kaczyńskiemu – i pewnie Bożej Opatrzności – zależało, by cała Polska (właśnie taka!) pokłoniła się Ofiarom Katynia i by cały świat to zobaczył. No i zobaczył…
I ta Polska została zasłonięta, zabrana. Pozostała pusta przestrzeń (albo jak chce Lech Wałęsa: Polska z obciętą głową i wyrwanym sercem, tzn. trup), w którą żałobnie się wpatrujemy, mając okazję by zastanowić się, co się stanie ze światem, z Polakami, jeśli Polski (z wiadomymi ideowymi proporcjami i różnorodnością) nie będzie i nie będzie tego wszystkiego, co taka Polska sobą stanowi.
I Pan Bóg w dobroci swojej pokazuje nam co się stanie.
Pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup), jest wreszcie państwem, które tak dobry człowiek jak premier Putin, traktuje z należytą atencją. Może to już czynić, ponieważ – jak to wczoraj ocenił moskiewski dziennik „Kommiersant” – po tragedii w Smoleńsku powstała sytuacja, w której możliwy jest prawdziwy przełom w stosunkach między Rosją i Polską, a – cytuję: „ci politycy w Polsce, którzy opowiadają się za pojednaniem z Rosją, otrzymali taką swobodę manewru, o jakiej tydzień temu mogli tylko marzyć”.
Prawda, że to jest piękne?
Bóg pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup) może być zarządzana bez głowy i serca, co unaocznia nam wszystkim biedny i jakoś taki zdziwiony premier Tusk (dlaczego zdziwiony? Przecież jako dobry chrześcijanin, głęboko przeżywający w niedawnym Wielkim Tygodniu tajemnice Męki Pańskiej, powinien był wiedzieć, że gdy dzieje się jakieś zło, to działa wtedy ręka szatana, posługująca się niekiedy ręką całkowicie materialną, oraz Ręka Bożej Opatrzności, która – z szacunku dla ludzkiej wolności – zło dopuszczając, z tego zła dobro wyprowadza. Czyżby Pan Premier poczuł się zaskoczony obecnością ręki, pisanej z małej litery?). Oczywiście, premier Tusk osobiście bardzo się stara i na pewno bardzo dba o zachowanie Majestatu Rzeczypospolitej. Stąd też tylko i wyłącznie głupocie jego niefrasobliwych, pozbawionych wyobraźni doradców można przypisać fakt, że wszystkie asy dzierży w swych dobrych dłoniach premier Putin.
Skoro jednak ambasador Polski w Moskwie, razem ze wszystkimi swoimi ludźmi nie rozpoczął „okupacji” smoleńskiego lotniska, skoro nie podjęto próby (być może naiwnej), by jak najszybciej polskimi siłami to lotnisko zabezpieczyć, skoro nikt z rządu Pana Tuska nie zwrócił się z prośbą o powołanie międzynarodowej komisji (choćby NATO-wskiej) d.s. zbadania okoliczności śmierci Zwierzchnika Sił Zbrojnych RP i najwyższych polskich dowódców wojskowych, no to co tak prostolinijny i szczery człowiek jak premier Putin miał zrobić? Pozwolić, by we wraku zderzonego ze smoleńską mgłą prezydenckiego samolotu, grasowały jakieś cmentarne hieny? Oczywiście, że nie mógł na coś takiego pozwolić. A to, że przy okazji wpadła mu w ręce możliwość by sprawić (np. sugestią, iż w smoleńskiej katastrofie, miały swój „ręczny” udział polskie służby specjalne), aby premier polskiego rządu przytulał się do niego skwapliwie, ufnie i na zawołanie, świadczy tylko o tym, że Premier Rosji wie doskonale, iż polityka to m.in. sztuka wykorzystywania możliwości.
Bóg pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup), jest już gotowa na to, by usłyszeć rosyjskie „przepraszamy za Katyń”. Co prawda, do niedawna oficjalne stanowisko Kremla (równoległe do klękania premiera Putina w Katyniu) wyrażone przed sądem w Strasburgu było następujące: „Nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono, ani też tego, czy Polaków w ogóle rozstrzelano” – ale cóż, sytuacja rozwija się w sposób dynamiczny.
Gdy w minioną sobotę, o godz. 8:56 pojawiła się owa wspominana już, a wymarzona swoboda manewru, nic nie stoi na przeszkodzie (nawet zagrożenie dla bezpieczeństwa Rosji, ze strony bezczelnych i chciwych potomków katyńskich ofiar, chcących swymi roszczeniami oskubać biedne rosyjskie państwo na sumę przynajmniej 22 miliardów dolarów), by prezydent Miedwiediew mógł powiedzieć, że katyński mord został dokonany z polecenia najwyższych władz radzieckich, w tym Józefa Stalina. Możemy tylko domniemywać, dlaczego sobotnia katastrofa w sposób tak nagły zwiększyła bezpieczeństwo naszych rosyjskich przyjaciół, ale tak czy inaczej czują się bezpieczniejsi i już.
Bóg pokazuje także i to, że Polska bez głowy i serca, jest znakomitym, pragmatycznym i elastycznym partnerem gospodarczym. Wymarzona swoboda manewru, która jakże niespodzianie (żeby nie powiedzieć: szczęśliwie) pojawiła się w minioną sobotę, daje możliwość chociażby sfinalizowania polsko-rosyjskiej umowy o dostawy gazu ziemnego do Polski. Dzięki temu obecny i następne polskie rządy, nie będą sobie musiały zaprzątać głowy dywersyfikacją dostaw (te wszystkie kosztowne, nie mające ekonomicznego uzasadnienia gazoporty, azerbejdżańskie rury, czy mityczne łupkowe gazy), bo i faktycznie, sama myśl o innych źródłach paliw niż rosyjskie, jest nadużyciem zaufania i wielką krzywdą wobec tych, którzy okazują nam tak wielkie zrozumienie i solidarność.
Na tę nową, ekonomiczną jakość Polski, rynki finansowe zareagowały pozytywnie, czego znakiem było to, iż w miniony poniedziałek, na warszawskiej giełdzie „WIG20 po spokojnej sesji wzrósł o prawie 1 proc., czym ustanowił nowy rekord zwyżki i pokazał swoją siłę”. I trzeba się z tego cieszyć, bo jak mówi jeden z finansowych analityków (Piotr Kuczyński), po sobotnich wydarzeniach „rządząca koalicja (przez rynki odbierana jako dla nich korzystna) umocniła się. Pamiętać też trzeba, że wybór nowego szefa NBP zapewni jednolitość opinii na linii RPP – NBP – rząd. Znikną swary. Dlatego też, brutalnie mówiąc, inwestorzy zagraniczni mogą niedługo jeszcze lepiej oceniać sytuację w Polsce”.
Coś pięknego!
No i na koniec, a propos – jak to taxer nieco wyżej ładnie ujął: „obrzydliwej w treści, a ślicznej w formie” notki toyaha, Bóg pokazuje nam, że Polska bez głowy i serca, będzie Polską ruskich buców (powodowany ostrożnością procesową wyjaśniam, że określenie „ruski buc”, jest na blogu toyaha terminem technicznym, opisującym coś co jest bardzo osobiste, intymne, wręcz ontologiczne - a skutkujące mentalnością charakteryzującą się wewnętrzną pustką, kulturowym wykorzenieniem, pobłażliwym stosunkiem do fałszu i lekceważeniem dla prawdy, swego rodzaju bezwzględnością i innymi tym podobnymi przymiotami).
Oczywiście, biorąc pod uwagę to, co napisałem wyżej, należy zauważyć, że te nasze swojskie, ruskie buce, to jednak druga liga, w porównaniu ze wschodnimi mistrzami. Tym niemniej pomysł, propagowany przez tak wiele znakomitych autorytetów, by nienawiść i szaleństwo w imię jedności społeczeństwa podnieść do rangi normy powszechnej, ze wszech miar zasługuje na uznanie.
Czy to już wszystko, co dobry Bóg nam pokazuje? Oczywiście, że nie. Bóg pokazuje także i to, że nadszedł czas, by się na coś zdecydować: albo na żywą (w wiadomych ideowych proporcjach i różnorodności) Polskę Kaczyńskiego, (i tu trzeba się liczyć chociażby: z zimnym wiatrem i mgłą z Rosji, niezadowoleniem inwestorów zagranicznych, rechotem i fuckami ruskich buców), albo na święty spokój Polski martwej, nie mającej wpływu na bieg spraw politycznych, gospodarczych czy społecznych.
Nie wiem dlaczego właśnie teraz nadszedł czas wyboru. Ale wiem, że Bóg pokazując nam to wszystko pragnie, byśmy wybrali dobrze. Już wkrótce zasłona będzie zdjęta. Czas namysłu minie. Polska nie jest jeszcze trupem. Na razie śmierć dotknęła Jej symbole. To jest bolesne, ale Polska jest, żyje. Patrząc na tłumy chcące pokłonić się Prezydenckiej Parze, jestem optymistą. Tych ludzi żadne wulkaniczne pyły nie przykryją.
No i jest Pan Jarosław, który owych ludzi – daj Boże! – poprowadzi.




Jak już wspomniałem wczoraj, niezbadanym cudem przyjechało do mnie słownie osiemnaście ostatnich egzemplarzy mojej książki z listami od Zyty Gilowskiej. Jej cena, jak to bywa na rynku, jest odpowiednio wyższa, a mimo to dziś już z nich zostało egzemplarzy zaledwie dziewięć. To jest, jak sądzę, najważniejsza książka, jaka ukazała się w kraju w minionych latach, a jednocześnie książka absolutnie najbardziej zamilczana, a zatem nie ma czasu na niepotrzebne kalkulacje. Mój adres mailowy to k.osiejuk@gmail.com.


5 komentarzy:

  1. Dziekuje za to przypomnienie nie tylko wspanialego tekstu ale Smolenska w ogole, tamtych emocji i pogardy okazywanej nam przez tamtych.
    Zastanawiam sie, gdzie bylibysmy teraz gdyby Smolensk sie nie wydarzyl,politycznie, moralnie i ekonomicznie.
    Moze rzeczywiscie dobro powstale na tej narodowej tragedii uratowalo nas przed czyms, czego nie potrafimy sobie teraz wyobrazic a przed czym dobry Bog chcial nas ochronic?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Tobiasz11
      Nie pamiętam już, który z księży to tak pięknie, ale chodziło o to, że Boża Opatrzność działa nieustannie i we wszystkich kierunkach.

      Usuń
  2. Teraz, po 9 latach, widać ówczesną przenikliwość spostrzeżeń i ostrzeżeń Don Paddingtona.

    Jednak są zmiany. Tzw. Polska Kaczyńskiego nadal musi liczyć się z zimnym wiatrem, mgłą z Rosji oraz z rechotem i fuckami ruskich buców, ale już mniej liczyć się musi z niezadowoleniem inwestorów zagranicznych.

    To byłaby interesująca propozycja podsumowania pierwszej kadencji, ale pozostają do podsumowania zmiany temperatury społecznego poparcia.

    Tu jest sytuacja nowa. W jej apogeum akurat zbiegł się lakmusowy tweet Zosi oraz sejmowy występ PT Nitrasa. Ten podjął się przedstawienia kandydatki do marszałkowskiego fotela, co go (tj. tego fotela) w czasie puczu kandydatka z wdziękiem Kariatydy podpierała. Nie szczędząc wyrazów wstrętu PT Nitras przedstawiał ją od tyłu, czyli od PiS-u.

    Osobniki podobnie emocjonalne ujawniają się też po drugiej stronie. Właśnie sprytnym tweetem Zosia wyciągnęła je na światło dnia. W obu przypadkach chodzi mi zaś o takie narośnięcie emocji, że już widzi się świat przez krwawą mgłę w oczach.

    W świadomości odwiecznej równości a obecnej konwergencji różnych kultur, chciałbym zwrócić tu uwagę na dorobek plemienia Zulu. Skoro bowiem według powszechnego osądu Polacy przeszli do etapu konfliktu plemiennego, to Zulusi akurat w tym mają doświadczenie znacznie wyprzedzające. Oto wczoraj mieliśmy okazję zobaczyć i usłyszeć w Sejmie oddziały prawdziwie zuluskich impi i ich wodzów z krwawą mgłą w oczach krzyczących "bulala"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @orjan
      Wygląda na to, że ów "lakmusowy" twit Zosi jest wciąż niedoceniany. Ty wiesz, że część z nich dogoniła ją na Facebooku i Instagramie? Na Facebooku przyszedł taki jeden, by jej życzyć rychłej śmierci. A było tak:
      - Aniele, może byś zeszła z tego świata.
      - Nie odbieram Pana wiadomości osobiście, bo rozumiem pomyłkę, ale na przyszłość, proszę nie życzyć śmierci przypadkowym osobom, niezależnie od tego, co Pan na ich temat uważa, bo upadnie Pan niżej niż wyznawcy owsiakowej sekty. Miłego dnia życzę, proszę się trzymać, a z nienawiścią proszę walczyć spokojem. To zawsze działa.

      Usuń
  3. @toyah

    Ja nie wiem, jakim słowem to określić, bo uwagę zwraca przecież jakaś krańcowość reakcji.

    Ludzie sobie w internecie różnie życzą, wyśmiewają się, czy jeden drugiego hejtują. Jednak coraz częściej następuje już jakieś odczłowieczanie drugiego, że wada jego odmiennego poglądu waży wobec niego, przecież nieznajomego, aż tak fatalnie i ostatecznie jak obrzezanie u osoby z łapanki.
    A przecież czyjś pogląd w jakiejś tam sprawie, nawet wspólnie z aktywnym stosowaniem tego poglądu, to jeszcze nie cały ten człowiek!

    Oprócz tego pojawiają się życzenia anihilacji. To już nie są konwersacyjne wykrzykniki w rodzaju "a niech cię szlag", "obyś zdechł", itd., które funkcjonują jako wentyl obniżający chwilowe emocje. Teraz spotykamy ponure i zawzięte życzenia śmierci.
    To jest doprowadzenie się samemu do takiego uczucia GŁODU do jakiego doprowadzali się wojownicy zuluscy, którzy wbijając włócznię wykrzykiwali "ngidla!" (ja jem!) i jedli, aż zjedli wszystkich naprzeciwko.
    To, co obserwujemy nie jest podobne do malajskiego amoku, w którym szaleństwo nie jest kontrolowane. To jest właśnie jak u tych Zulusów, że jest przez przywódców, za ich przykładem, dokładnie ukierunkowane i jest częścią zarówno taktyki, jak i tworzy obyczaj.

    Wydaje mi się, że to ciągle umyka uwadze publicznej.

    OdpowiedzUsuń