czwartek, 23 maja 2019

Czy Frans Timmermans i Sylwester Latkowski to tajna broń Dobrej Zmiany?


      Święty Krzysztof mi świadkiem, że naprawdę robię wiele, by zamknąć tu na tym blogu temat pedofilii, no ale proszę mi powiedzieć, jakie mam szanse na dotrzymanie danego sobie słowa, kiedy ledwo co wyleciało mi z pamięci nazwisko tej biednej wariatki, którą ksiądz Jankowski gonił po podwórku i otaczających je piwnicach, a tu wyskakują na nas jak króliki z kapelusza dwaj osobnicy: tak zwany „dziennikarz śledczy” Sylwester Latkowski, oraz sam wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, Frans Timmermans. Latkowskiego nasze niezłomne media eksploatują do porzygania dzień w dzień, w jednym jedynym celu, by ten po raz pięćdziesiąty dziewiąty powiedział, że on ma całą listę wszelkiego typu celebrytów, którzy od lat wykorzystują seksualnie dzieci, no ale on oczywiście nazwisk nie ujawni, bo przecież kto chce, to łatwo sam do tego dojdzie. I to jest z mojego punktu widzenia coś zupełnie niewyobrażalnego. Każdy pierwszy z brzegu ksiądz, zaledwie podejrzewany o to, że gdzieś tam, kiedyś, klepnął w pupę jakieś dziecko, jest natychmiast przedstawiany w mediach z imienia, nazwiska, a często również z twarzy, i wszyscy są przy tym odważni jak jasna cholera. W wypadku wspomnianych celebrytów – wedle zapewnień Latkowskiego, osób stuprocentowo winnych – ani sam Latkowski, ani nasi niezłomni, nie potrafią się zdobyć na nic ponad to jedno ewentualnie zdanie: „Chyba nie muszę przypominać nazwiska tego dziennikarza”.  Przepraszam bardzo, ale to jest moment, kiedy ja już zupełnie na poważnie zaczynam się zastanawiać, czy jego nazwisko to nie Latkowski.
      Drugie zdarzenie, które kazało mi uczepić się tego idiotycznego tematu jak pijany płota, to niezwykle odważne wyznanie wspomnianego Timmermansa, że i on był jako dziecię seksualnie napastowany przez katolickiego księdza. Ową rewelacją ów dziwny człowiek podzielił się z nami wczoraj przy okazji swojej wizyty na zorganizowanym przez Roberta Biedronia wyborczym festynie, a dziś już cała Polska z napięciem czeka na coming out przybywającego dziś do Polski na zaproszenie Grzegorza Schetyny Manfreda Webera, aplikującego na stanowisko nowego przewodniczącego wspomnianej Komisji Europejskiej. Napięcie to jest tym większe, że istnieje mocna obawa, że Manfred Weber w ramach kampanii na rzecz Koalicji Obywatelskiej będzie jednak próbował przebić swojego holenderskiego kolegę popierającego Biedroniową Wiosnę, i ten nam opowie już nie o jednym księdzu, ale o kilku, no i jeszcze swoje przygody opisze w szczegółach. No a dni, które nam pozostaną do wyborczej niedzieli, mogą zostać wypełnione prawdziwą falą kolejnych, za każdym razem coraz ciekawszych, wyznań, i kto wie, czy jako gwóźdź programu po raz kolejny nie przemówi do nas sam pan premier Tusk.
       A w tej sytuacji, chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę Państwa na to, że gdy chodzi o mnie, to ja na temat rzekomej pedofilii w Kościele piszę regularnie od roku 2008. Trudno w to uwierzyć, prawda? Trudno jest naprawdę uwierzyć, że przekręt ten funkcjonuje w publicznej przestrzeni już ponad 10 lat. Jednak jest to jak najbardziej fakt, podobnie jak faktem jest, że owej histerii od samego początku towarzyszy kłamstwo wcale nie mniejsze niż to, z którym mamy do czynienia dziś. Przypomnijmy sobie zdarzenie wcale nie tak stare, bo zaledwie sprzed trzech lat, ale zwróćmy proszę przy tym uwagę na fakt, że ono mogłoby mieć miejsce tak samo dzisiaj, jak i trzy, czy sześć lat wcześniej.
       Oto w ramach wypalania rozpalonym żelastwem pedofilii w Kościele, w polskich i zagranicznych mediach ukazały się trzy teksty. Najpierw w bardzo aktywnym, gdy chodzi o walkę z chrześcijańską cywilizacją, brytyjskim „Guardianie” opublikowano ilustrowany wymownym zdjęciem ukazującym starszego księdza udzielającego komunii jakiemuś spłoszonemu dziecku, tekst zatytułowany „Catholic bishops not obliged to report clerical child abuse, Vatican says” o tym, jak to podobno Watykan wydał instrukcję, w której zachęca biskupów, by ukrywali przypadki pedofilii w Kościele, ponieważ Kościół powinien dbać o reputację. Oczywiście, w reakcji na owo sensacyjne doniesienie, „Gazeta Wyborcza” przetłumaczyła ów tekst i wrzuciła swoją własną już relację, adekwatnie zatytułowaną: „Watykan: Katoliccy biskupi nie mają obowiązku informowania o przypadkach pedofilii”. Żeby nikogo z nas nie pozbawić możliwości zapoznania się ze stanem spraw na linii Kościół – Świat, redakcja „Wyborczej” zrobiła wyjątek i w swoim internetowym wydaniu tekst ów udostępniła za darmo w ramach tak zwanego „bezpłatnego limitu platformy cyfrowej”.
     I oto, w tej samej niemal chwili okazało się, że ów news stanowi bezczelne kłamstwo, a do przekazania owej informacji wyznaczony został Onet. Ten wprawdzie swój tekst zaanonsował na głównej stronie tak samo, jak „Wyborcza”, czyli „Biskupi nie muszą zgłaszać pedofilii”, tyle że na samym końcu umieścił dyskretny znak zapytania, sam kliknięcie jednak prowadziło już bardziej dociekliwych czytelników do właściwego artykułu i tytułu... „Obowiązkiem Kościoła jest zgłaszanie przypadków pedofilii”:
Przedstawiciele Kościoła mają obywatelski, moralny i etyczny obowiązek zgłaszać przypadki pedofilii oraz współpracować ze świeckim wymiarem sprawiedliwości – przypomniał przewodniczący Papieskiej Komisji ds. Ochrony Nieletnich kardynał Sean Patrick O’Malley. […] W wydanym komunikacie, rozpowszechnionym przez Watykan, amerykański hierarcha przypomniał słowa papieża Franciszka o tym, że czyny wykorzystywania dzieci ‘nie mogą być nigdy więcej utrzymywane w tajemnicy’. Następnie oświadczył: ‘My, przewodniczący oraz inni członkowie komisji pragniemy stwierdzić, że nasze zobowiązania wobec prawa cywilnego muszą być oczywiście szanowane, ale niezależnie od nich wszyscy mamy obowiązek moralny i etyczny zgłaszać domniemane przypadki władzom cywilnym, które mają zadanie ochrony naszego społeczeństwa’”.
      Pisząc tamten tekst, przypomniałem sobie wypowiedź jednego z bohaterów afrykańskich wspomnień Roalda Dahla, Mdisho. Otóż wobec zbliżającej się II Wojny Światowej, ów Mdisho powiedział:
Uderzmy pierwsi. Weźmy ich z zaskoczenia, tych Niemców, panie. Pozabijajmy ich wszystkich zanim wojna się zacznie. To jest zawsze najlepszy sposób, panie. Moi przodkowie zawsze atakowali pierwsi Na wojnie nie ma reguł. Liczy się tylko zwycięstwo”.
      Mam wrażenie, że oni to już wiedzą od dawna, a myśmy, mimo tylu złych doświadczeń, nie zdecydowali się, by uderzyć jako pierwsi. I pomyśleć, że tyle było okazji i możliwości. Ktoś powie, że PiS rządził zaledwie chwilę i miał inne rzeczy na głowie. No i zgoda, ja bym jednak chciał wiedzieć, co przez ten cały czas robiły wspomniane niezłomne wcześniej media? Czyżby one uznały, że skoro mają Latkowskiego, to mogą się już zająć na spokojnie Smoleńskiem, Gronkiewicz, Tuskiem, Żydami i Europą? I nawet dziś jedyne na co ich stać, to odważnie wymienić nazwisko Romana Polańskiego.
       Ciekawe, czy kiedy już tę potyczkę będziemy mieli za sobą, a jestem pewien, że po niedzieli wszystko wróci do normy, nie będziemy głupio czekać na kolejny atak, tylko podejmiemy uderzenie wyprzedzające.



Przypominam swój adres mailowy: k.osiejuk@gmail.com. Gdyby ktoś chciał sobie kupić moją najnowszą książkę o języku angielskim jako zabójczej broni Brytyjskiego Imperium, zachęcam do kontaktu. A jeśli komuś się nie chce pisać, może kliknąć w okładkę tuż obok i wyjdzie prawie na to samo.

3 komentarze:

  1. Piękne. Wszystko. Najpierw chciałam wyróżnić 2 akapity, potem 3 i 4, ale się nie da, musiałabym wytłuścić wszystko. Rzekłam i swojego zdania nie zmienię. Pozdrawiam i dużo zdrowia życzę. Ale to jednak muszę wytłuścić, bo świetnie oddaje stan mojego ducha „Uderzmy pierwsi. Weźmy ich z zaskoczenia, tych Niemców, panie. Pozabijajmy ich wszystkich zanim wojna się zacznie. To jest zawsze najlepszy sposób, panie. Moi przodkowie zawsze atakowali pierwsi Na wojnie nie ma reguł. Liczy się tylko zwycięstwo”. Szkoda, że go nie posłuchali.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Jola Plucińska
    Obawiam się, że też nie posłuchają.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja się już nawet nie obawiam. Zero złudzeń. Ale nadzieja we mnie wiecznie zawsze żywa jest, choć powodów do nadziei nie mam zbyt wiele. W najbliższą niedzielę wybieram się do szkoły, by dać upust swoim emocjom, a potem biegiem do Mamy na obiad.

    OdpowiedzUsuń