środa, 10 kwietnia 2019

Na ostateczne pożegnanie gimnazjów - pieśń radosna


Jak już wszyscy chyba wiemy, zapowiadany przez KZNP strajk nauczycieli jednak doszedł do skutku i dziś mamy tak zwaną sytuację zero-jedynkową. Albo więc Broniarz z towarzyszami i z tym intelektualnie dramatycznie zgnuśniałym towarzystwem okupującym polskie szkoły doprowadzą do kryzysu, który zdmuchnie ze sceny władzę Prawa i Sprawiedliwości, albo władza skutecznie kryzys przeczeka i przy pierwszej nadarzającej się okazji tym wszystkim, którzy się dali wciągnąć w tę grę, tak dopieprzy, że oni się z tego nie pozbierają. Sposobów jest wiele, wystarczy że poza oczywistym pozbawieniem strajkujących nauczycieli miesięcznej pensji, wspomnę i o takiej, że oni wszyscy, wraz z uczniami – którzy, zwróćmy uwagę, nawet palcem nie kiwnęli, żeby zawalczyć o swoje wtedy, kiedy mieli na to niepowtarzalną szansę – zamiast pojechać na wakację, będą musieli lipiec spędzić na lekcjach. 
Dawałem już temu parokrotnie wyraz w swoich wcześniejszych notkach, dziś tylko potwierdzę swoje stanowisko, że moim zdaniem rząd ma tutaj bardzo starannie opracowany plan, który ma doprowadzić do ostatecznego wyrwania zębów środowisku nauczycielskiemu, które, jak wiele na to wskazuje, nigdy nie przestanie występować przeciwko każdej prawdziwie polskiej władzy i dopóki będzie miało szansę, swoją nienawiść do niej będzie skutecznie realizowało.  Ale powtórzę też, że w awanturze, której jesteśmy świadkami, z najwyższym trudem trzymam sztamę z władzą, a przeciwko strajkującym nauczycielom. To bowiem, co nam w ostatnich dniach pokazał rząd, kłamiąc na temat zarobków nauczycieli w sposób absolutnie wstrząsający, woła o pomstę do nieba. Jest jednak też coś, co sprawia, że tu akurat mam jednego tylko prawdziwego wroga, a więc Broniarza i spółkę. A mam tu na myśli likwidację gimnazjów, przeprowadzoną nadzwyczaj solidnie i skutecznie, przez Dobrą Zmianę, co, w moim rozumieniu rzeczy, stanowi pierwszy i zdecydowanie niezbędny ktrok do tego, by można było liczyć na lepszą przyszłość. Mimo wszystko.
Dziś więc, przy tej ciekawej bardzo okazji, chciałbym przedstawić dawny dość już tekst, napisany przy współpracy z moją żoną tekst na temat szkoły, z którą dziś już się szczęśliwie rozstaliśmy, a z którą wtedy jeszcze musieliśmy się męczyć jak jasna cholera. Bardzo proszę.


      Weekendowa „Rzeczpospolita” opublikowała właśnie tekst poświęcony czemuś, co zostało, dziś już chyba z 10 lat temu, nazwane reformą systemu edukacji, i co wraca do nas z każdym rokiem w postaci nie reformy, lecz jakichś przedziwnych ruchów, które zamiast reformować, powodują tylko kolejne wstrząsy. I stopniową zapaść całego systemu.
      No i oczywiście „Rzeczpospolita”, dokładnie w swoim stylu, odpowiednim do tego typu sytuacji, zamiast zwrócić uwagę na sedno problemu, kieruje nas na stary – i skutecznie wypróbowany – tor rozważań, na temat tego, czy to co się w polskiej szkole dzieje, budzi protesty środowiska, bo nauczyciele, tak jak każda korporacja, dbają tylko o własną kieszeń, czy może za tymi niepokojami stoi zwyczajny lęk o dalszy spadek jakości nauczania? Czy jest tak, jak mówi były szef MEN Edmund Wittbrodt – dziś oczywiście człowiek Platformy Obywatelskiej – że „każde środowisko protestuje, kiedy burzy się porządek, do którego się przyzwyczaiło”, czy może rację ma ów anonimowy nauczyciel z Krakowa, który wyraża obawę, że w nowym systemie uczniowie „zupełnie zbagatelizują naukę tych przedmiotów, których nie wybiorą jako rozszerzonych”? Czy wreszcie, jak alarmują dyrektorzy szkół, zmiana programu nauczania sprawi, że wielu nauczycieli straci pracę, czy może bardziej należy wierzyć jakiemuś Andrzejowi Jasińskiemu z czegoś, co się nazywa Ośrodkiem Rozwoju Edukacji, który zapewnia, że wprawdzie na poziomie ogólnym liczba godzin niektórych przedmiotów się zmniejszy, ale wszystko się wyrówna w ramach późniejszych specjalizacji?
      I tak się toczy ta niby-debata, a tymczasem, jak już wspomniałem na początku, system edukacji systematycznie się rozpada. I to z powodów całkiem niezależnych od tego, co powie któryś z dyrektorów, czy jakiś urzędnik zatrudniony w jednym z tych absurdalnych urzędów tuczących się na polskiej szkole. A początek przecież, trzeba przyznać, nie był całkiem niedorzeczny. Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. I że trzymanie ich dzień w dzień, przez całe lata, w tym środowisku, w dodatku w towarzystwie tych nauczycieli, ich wyłącznie, i to pod każdym możliwym względem, demoralizuje.
      A więc zaproponowany system 6 + 3 + 3 mógł być z pewnością dobrym rozwiązaniem. Jednak sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania. Niestety, wbrew, jak się domyślam, planom jakie mieli autorzy tej reformy, polskie gimnazja nigdy nie miały okazji pełnić owej funkcji pośredniego ogniwa między podstawówką dla małych i liceum dla dużych. Skracać pobyt w szkole dla małych – do 13 roku życia, i przygotować do pobytu w szkole dla dużych – od 16 roku życia.
      Gimnazja przy liceach – tyle że niestety bardzo nieliczne – akurat starają się to robić, i z nienajgorszym skutkiem, co widać po wynikach, ogólnej postawie i stopniu dojrzałości swoich absolwentów. Tyle że są to gimnazja pojedyncze, najczęściej specjalistyczne, a więc przeważnie z oddziałami dwujęzycznymi, do których w dodatku dzieci przyjmowane są na podstawie wewnętrznych egzaminów. No i bardzo dobrze. Myślę zresztą, że tak to właśnie miało, przynajmniej w teorii, wyglądać w całej Polsce: 13-latki będą podlegały edukacji bardziej zbliżonej do tej, jakiej podlegają 18- latki, niż tej, która obejmuje dzieci 7 czy 9-letnie.
      Oczywiście, może też być tak, że kiedy postanowiono wprowadzić gimnazja, akurat nikt nic sobie szczególnego nie myślał, ani tym bardziej nie planował. Mogło się zdarzyć, że gdzieś ktoś coś usłyszał, pomyślał, że właściwie czemu nie, i tyle. Że od samego początku nikt nawet nie brał pod uwagę, że gimnazja zostaną wyodrębnione ze szkół podstawowych, i że one będą pełniły jakąkolwiek inną funkcję poza posiadaniem tej swojej nazwy. A może któryś z tych bałwanów pomyślał, że kiedyś były gimnazja, więc niech i dziś, w nowej Polsce, też będą? Wszystko jest możliwe.
      Nieważne. To co się liczy, to fakt, że one generalnie, co widać po 10 latach od czasu jak się pojawiły, zaczęły gimnazja żyć własnym życiem, stając się czymś całkowicie – zakładam dobrodusznie – niezamierzonym. A więc przede wszystkim przedłużeniem podstawówek, wylęgarnią młodocianych przestępców i polem nieustannego użerania się nauczycieli z uczniami, i odwrotnie. Miałem okazję przed kilkoma laty pracować zarówno w takim, które było przerobioną podstawówką i w takim, które zostało podczepione do liceum. Różnica jest wręcz niewyobrażalna. Oczywiście, dzieci są tylko dziećmi i oczywiście są różne wszędzie. Jednak nigdzie tak jak w tym typowym osiedlowym gimnazjum, nie widać było tak wyraźnie, że to jest dalej ta sama podstawówka, tyle że akurat gdzieś wywiało maluchy. Dlaczego tak się dzieje? To oczywiste. Te szkoły są za duże, bez żadnego oblicza – a przez to wszystkie takie same – i oczywiście obowiązkowe dla wszystkich, bez jakiejkolwiek preselekcji, z identycznym dla wszystkich egzaminem końcowym.
      Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich „podstawówkowe’ nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel.
      I teraz wchodzimy w coś, co zostało nazwane reformą podstawy programowej. Od września 2012 owa fikcja w postaci gimnazjów, które miały stanowić wspomniane przez mnie wcześniej ogniwo na drodze do dorosłości, a stały się bezsensownym i nie służącym niczemu przedłużeniem podstawówki, zamiast ulec poważnej naprawie, została tylko wzmocniona i jakby oficjalnie zatwierdzona. Przypomnę bardzo krótko, o co w tej reformie chodzi. Myśl jest mianowicie taka, że skoro młodzież uzyskuje tak fantastyczne wykształcenie ogólne w podstawówkach i gimnazjach, a nam, w nowych, jakże wymagających czasach, trzeba przede wszystkim specjalistów, prawie całe nauczanie ogólne będzie się odbywało w podstawówkach i gimnazjach, natomiast licea zajmą się niemal już tylko kształceniem wspomnianych fachowców. I znów, oczywiście, być może miałoby to sens, gdyby gimnazja można było uznać za sukces. Bo w teorii wszystko do siebie pasuje: trzy lata kształcenia ogólnego w gimnazjum + rok ogólnego kształcenia w liceum + dwa lata na specjalizację. A więc cztery plus dwa – wszystko wygląda rozsądnie. Tyle że teoretyczne założenia wzięły w łeb pewnie z powodu (oczywiście!) braku pieniędzy na przebudowanie szkół, zmniejszenie ich itd., a więc czegoś, co było pierwszym i być może podstawowym warunkiem sukcesu.
      A więc co będziemy mieli? Dokładnie to co napisałem wyżej, tyle że jeszcze gorzej. Bo w momencie gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umieli liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuć po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw. I proszę mi nie mówić, że ja przesadzam i dramatyzuję. Już jest bardzo źle. Niedawno w tej samej „Rzeczpospolitej”, w której dziś czytam ten kompletnie pusty tekst, nawet nie wiadomo po co i dla kogo, Robert Mazurek rozmawiał z pewną panią doktor z Uniwersytetu Warszawskiego, która ma zajęcia ze studentami dziennikarstwa. I w tej oto rozmowie, skarżyli się właściwie oboje, że ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?
      Oto prawdziwy problem. Pewnie, że nauczyciele boją się, że stracą pracę, czy choćby nawet tylko część etatów. Może akurat my angliści mniej niż fizycy, matematycy, czy poloniści, ale tu też przecież nie jest łatwo. Strach przed kryzysem jest powszechny. I wcale nie dotyczy tylko nauczycieli. Życie jest coraz trudniejsze, koszty utrzymania rosną, przyszłość jest bardzo, bardzo niejasna. Nikt nie jest spokojny. W tej sytuacji, uważam za wyjątkową bezczelność ze strony tych, którzy w tak bezmyślny sposób psują polską szkołę, pokazywanie palcem na nauczycieli i ogłaszanie, że oto mamy kolejną korporację, ze swoimi antyspołecznymi pretensjami. Że polskie państwo stara się wreszcie uczynić ten system wydajnym i i bardziej przystosowanym do nowych wyzwań, a tymczasem grupa leniuchów, dla swoich prywatnych interesów, gotowa jest wysadzić w powietrze tak potrzebną reformę. Oczywiście dobrze się tego typu argumentów słucha, zwłaszcza gdy samemu się jest produktem tego nieszczęsnego systemu. Nie zmieni to jednak faktu, że w rzeczywistości o żadnej reformie mowy nie ma, i że tu wcale nie chodzi o nauczycieli. Oni zresztą akurat, wbrew tej propagandzie, nigdy za wiele nie mieli. Problemem jest polska szkoła, która zwyczajnie umiera.
      Ktoś pewnie mi teraz powie, że łatwo jest mi tak się tu oburzać i tylko krytykować tych co, co by o nich nie mówić, przynajmniej próbują coś robić. A czy ja mam jakieś propozycje? Ale przecież ja je tu przedstawiłem. Niech już zostanie ten system. Niech te gimnazja sobie będą. Tyle że bez podjęcia przez państwo pewnego wysiłku – również finansowego – co do tego, by z gimnazjów zrobić prawdziwe szkoły dla dzieci, które już za chwilę staną się dorosłe, nie ma w ogóle o czym mówić. To już lepiej było tego nie ruszać i zostawić tamtą 8-letnią podstawówkę sprzed lat i cztery lata liceum z fakultetem w dwóch ostatnich klasach. Lub ewentualnie, skoro koniecznie trzeba coś zmieniać, wrócić do tego co mieliśmy w dawnej Polsce, a więc do systemu 6 letnich, lub jeszcze lepiej, 5-letnich – czyli obowiązkowo do 18 roku życia – gimnazjów, zorganizowanych na takiej zasadzie, że będą się mieściły jak najdalej od lokalnych szkół podstawowych. Dziecku, które weszło w 13 rok życia, powie się, że jest już dużym chłopcem – dziewczynkom akurat mówić tego nie będzie trzeba, bo one same dobrze to wiedzą – a teraz marsz do gimnazjum, do nauki! No ale żeby to skutecznie przeprowadzić, trzeba wiedzieć, po co się to robi i z jaką perspektywą. A więc trzeba mieć na sercu polską szkołę i polskiego ucznia… no i może przede wszystkim samą Polskę.
      No właśnie. Polskę. Za cokolwiek się wziąć, na końcu i tak pojawia się Polska. A więc znów odbyliśmy sobie taką akademicką pogawędkę, wywołującą najwyżej wzruszenie ramion.

Na szczęście już nie. Dziś już nie. Na szczęście.



7 komentarzy:

  1. @toyah

    "... powiedziała w TVN24 dyrektorka Specjalnego Ośrodka dla Dzieci NIEWIDOMYCH (!!!) w Owińskach koło Poznania, nie odbył się tak egzamin z historii i WOS-u. Trwa obecnie egzamin z języka polskiego. Rozpoczął się on chwilę później niż powinien, ale będzie odpowiednio wydłużony."

    Od środowisk nauczycielskich spodziewam się oświadczeń potępiających nauczycieli tych niewidomych dzieci w Owińskach.

    Uzasadnienie:
    - Panie, panie, nie sikaj pan do basenu! - krzyczy ratownik.
    - A bo co, wszyscy sikają!
    - Ale nie z trampoliny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zapomniałem podać źródło informacji:

      https://wiadomosci.wp.pl/egzamin-gimnazjalny-i-strajk-nauczycieli-problemy-w-trzech-szkolach-6368812798179457a

      Usuń
    2. @orjan
      Poznań i Gdańsk.

      Usuń
  2. Nie wiem dlaczego zakłada Pan, że ten strajk to strajk to strajk ZNP. Strajkuje również oświatowa Solidarność, do której ja należę. Rząd PIS był tym rządem, z którym wiązałam nadzieję nie tylko co do podwyżek, ale i docenienia nauczycieli. Stało się jednak zupełnie inaczej...Z drugiej strony - środowisko nauczycieli sam strajk budzi moje mieszane uczucia. Jak zobaczyłam wczoraj grupę podpisującą się pod poparciem dla partii Biedronia, to odechciało mi się strajkowania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Ewa

      Podwyżka zawsze jest utęskniona. Jednak ta promocja Biedronia należy do materiału dowodowego za twierdzeniem, że kwestie płacowe nie są prawdziwym przedmiotem tego strajku.

      Elementarz organizacyjny strajku socjalnego wyłącza dopuszczanie w nim promocji politycznej. Nauczyciele powinni zaś pamiętać o losie Kreona, któremu tez się wydawało, że wszystko może:

      https://www.youtube.com/watch?v=gPFm3wv7ER0




      Usuń
    2. @orjan
      Moje rachunki wskazują, że za tym strajkiem stoją nauczyciele, dla których to, czy będą mieli za ten czas zapłacone czy nie, jest bez znaczenia.

      Usuń
  3. Moja siostra uczy chemii, ale i z matmy potrafi przygotować dzieciaki do matury. Jest niezwykle skuteczna. Przetestowana na najbliżej rodzinie i jest oczywiście łamistrajkiem. Ma gdzieś środowiskowy ostracyzm, bo to do niej dzieci się garną. Gdyby w mojej pracy związki zawodowe domagałyby się tysiaka podwyżki, to nawet zawodowy negocjator nie dałby rady. Te żądania są nie do spełnienia i chyba o to komuchowi broniarzowi chodzi. Ale to jest oczywiste. Prawdziwemu nauczycielowi nigdy nie będzie po drodze z panem B.

    OdpowiedzUsuń