poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Czy Dariusz Szpakowski to emisariusz dobrej zmiany


Ponieważ wczoraj wróciłem bardzo późno, a dziś mam od rana różne zaległości o warszawskich targach napiszę coś osobno jutro, natomiast teraz zaległy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Jak już wspominałem, ponieważ zbankrutowany „Ruch” od długiego już czasu nie płaci wydawcom, Piotr Bachurski postanowił zakończyć z nimi współpracę, co spowodowało, że zarówno „Warszawska”, jak i inne pokrewne wydawnictwa są do nabycia wszędzie, tylko nie tam. Tu można natomiast regularnie czytać moje felietony i krótkie kawałki do „Polski Niepodległej”. Zachęcam.  


      Dziś może zacznę od pewnej dawnej już bardzo refleksji. Otóż kiedy pojawiły się pierwsze jaskółki nadchodzących zmian – dla młodszych czytelników mam informację, że chodzi o lata 1988-1989 –  miałem różnego rodzaju marzenia, jednak tak naprawdę najbardziej przyjemne w dotyku było to, by dwie osoby – nie Kiszczak, Urban i Jaruzelski, ale Włodzimierz Szaranowicz oraz Dariusz Szpakowski – zostały wyrzucone poza nawias tego, co się nazywa przestrzenią publiczną. Czemu padło na tych dwóch gagatków? Nie wiem, jak bym to mógł w odpowiedni sposób naświetlić, rzecz w tym, że właśnie ci dwaj, dla mnie przynajmniej – być może przez swoją nieustanną obecność w owej przestrzeni – stanowili swego rodzaju symbol całego tego nieszczęścia. Oczywiście, gdy chodzi o Kiszczaka, Jaruzelskiego i Urbana, nie miałem żadnych innych marzeń jak to, by oni – zanim podobnie jak Szpakowski i Szaranowicz zejdą mi z oczu – ucieszyli mnie swoim widokiem, jak dyndają na solidnej przydrożnej gałęzi. Jednak choćby największe emocje, jakie mi towarzyszyły owym marzeniom, nie mają się nijak do tego, co czułem, gdy rzecz dotyczyła Szpakowskiego i Szaranowicza.
      Jak pewnie wszyscy się tu doskonale orientujemy, ostatecznie ani Jaruzelski, a tym bardziej Kiszczak czy Urban nie poszli wisieć, to jednak co robi na mnie wrażenie jeszcze większe, jako pozorny drobiazg, to owi dwaj sportowi komentatorzy, Dariusz Szpakowski oraz Włodzimierz Szaranowicz. Problem w tym, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, owa parka, wręcz kwintesencja tego, co dziś możemy wspominać jako PRL-owska propaganda, PRl-owskie kłamstwo, ale również ta najbardziej ponura PRL-owska nędza, nagle zadają szyku, jako pierwsze gwiazdy publicznej telewizji.
        Skąd to moje dzisiejsze poirytowanie? No właśnie stąd. Problem bowiem polega na tym, że w ostatnich dniach media zarządzane przez Dobrą Zmianę urządziły Włodzimierzowi Szaranowiczowi najbardziej uroczystą fetę w związku z tym, że ten postanowił zakończyć swoją karierę sportowego komentatora – swoją drogą, ciekawe, skąd ta nagła decyzja –  i to z czym mamy do czynienia to stek kłamstw próbujących nam wmówić, jaki to z tego trepa był i jest polski patriota. Mało tego: w zgiełku owych uroczystości niemal kompletnie zniknęła osoba Dariusza Szpakowskiego, który w czasach, gdzie wszystko wisiało na ostrzu noża, pozostawał pod stałą opieką Szaranowicza i dzięki owej opiece, doszedł do miejsca, w którym jest dziś.
      Ktoś się zapyta, w czym problem. Co nas mogą obchodzić Szaranowicz i Szpakowski, dwa smutne relikty czasów, które już nigdy nie wrócą? Otóż rzecz w tym, że tak naprawdę to nie o nich się toczy gra. To czy wygramy, czy przegramy zależy od ludzi, którzy z PRL-em mają tyle wspólnego, że poświęcili życie, by go zniszczyć. Jeśli jednak ni stąd ni z owąd okazuje się, że Dobra Zmiana do tej grupy postanowiła dokooptować dwoje przybłędów z czasów pogardy, to ja nie mogę zareagować inaczej jak pytaniem: Czy ja może czegoś nie wiem?




Pozwalam sobie przypomnieć raz jeszcze, że mam tu u siebie znaczną ilość mojej najnowszej książki o języku imperium jako narzędziu nadzwyczaj agresywnej kulturowej ekspansji. Dedykacja w cenie. Zapraszam do kontaktu: k.osiejuk@gmail.com




4 komentarze:

  1. Doprawdy to ciekawe, że napisał Pan o nich akurat teraz. Dosłownie kilka(naście) dni temu oglądając w TVP kolejny żenujący występ polskich piłkarzy, zastanawiałem się, jak to jest możliwe, że już nie lata ale dziesięciolecia mijają, a przy mikrofonie wydarzeń sportowych ciągle oni. I nagle mnie olśniło, oni są tam po to, żeby swoją komentatorską nędzą czynić jakoś strawną nędzę sportową, szczególnie tą w piłce nożnej. I tak to się kręci przez lata.

    Oni obaj, a z młodszego pokolenia Babiarz i potem od 2002 roku jeszcze kolejne nieszczęście, czyli Kurzajewski. Przecież każdy normalny człowiek komentując polskie mecze piłkarskie albo nieudane skoki dawno już rzucałby k...mi na prawo i lewo, bo inaczej się nie da. A taki Szpakowski podnieca się od 30 lat tak, jakby dzisiaj miało być w końcu inaczej i będzie to robił do swojego ostatniego dnia, nigdy w tym nie zawiedzie. I tylko ludzie tego słuchać dawno już nie mogą. Ale muszą. Chyba, że wyłączą głos. Albo przełączą na Eurosport, jeśli się da.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @marcin d.
      Oni są w tym najlepsi. Na odcinku propagandy sprawdzili się wówczas i sprawdzają się dziś.

      Usuń
  2. Swoją drogą takiego zabetonowania rynku komentatorów to mogą nam chyba pozazdrościć wszyscy, nawet w Korei Północnej albo na Kubie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @marcin d.
      Kiedyś myślałem, że sport jest nie do ruszenia, bo to wszystko wojsko inne służby.

      Usuń