piątek, 12 kwietnia 2019

Czy prawicowa cenzura to cenzura dobra


Jak już wspominałem, „Warszawska Gazeta” została wycofana z kiosków „Ruchu” ze względu na zadłużenie, jakie owa przez lata gnuśności wypracowała w stosunku do biznesu red. Bachurskiego. W tej sytuacji, jak się domyślam, znaczna część Polski została odcięta od owego tygodnika, a przy okazji moich felietonów, w związku z tym postaram się swoje kolejne teksty publikować tu już w piątek. Dziś sprawa dość nietypowa, bo odpowiedź na pretensje Czytelnika, a przy okazji dość poonura refleksja ogólna. Zapraszam.       


       W styczniu tego roku minęło 6 lat, jak regularnie co tydzień zamieszczam w „Warszawskiej Gazecie” swój felieton. Od roku 2013 wiele się zmieniło, gdy chodzi o mnie jednak, jedna rzecz pozostała bez zmian. Otóż ja niezmiennie wyznaję ową zasadę, wyrażona kiedyś przez Wojciecha Młynarskiego: „Tu się, psia nędza, nikt nie oszczędza”. Mało tego. Ja ani przez moment nie pomyślałem, że ponieważ to co piszę może się komuś nie spodobać, to ja tym razem może spuszczę z tonu.
       Jak ta moja postawa jest odbierana? Doświadczenie mi podpowiada, że źle nie jest. Owszem, od czasu do czasu słyszę, że część Czytelników poczuła się rozczarowana tym, czy owym, jednak generalnie większych pretensji nie słyszę, a z różnych kontaktów osobistychdomniemuję, że są też osoby, które na kolejny mój felieton czekają z życzliwością.
        Jest przy tym wszystkim coś, co uważam za rzecz absloutnie unikalną w polskiej przestrzeni medialnej. Otóż pan Piotr Bachurski nigdy, ani jednym słowem, nie zasugerował, bym którykolwiek z moich tekstów wycofał, lub bym w nim zmienił choćby jedno słowo... przepraszam... RAZ się zdarzyło, że zostałem ZAPYTANY, czy ze względów procesowych ZECHCIAŁBYM zmienić jedno słowo. A przecież nie mam wątpliwości, że punktów, w których red. Bachurski z chęcią by się ze mną pospierał, jest bardzo dużo. A mimo to, jak mówię, on nigdy nie zażądał ode mnie, bym się zamknął. O czym to świadczy? O tym mianowicie, że „Warszawska Gazeta” jest wydawnictwem prawdziwie wolnym i niezależnym.
         Bywa też odwrotnie. Aż nazbyt często czytam w „Warszawskiej Gazecie” teksty, których z przeróżnych względów nie lubię. Raz tylko byłem tak oburzony, że napisałem polemikę, którą naturalnie Bachurski mi opublikował. Poza tym, nigdy nawet nie pisnąłem, zakładając, że mnie nic do tego. A już nawet do głowy mi nie przyszło, by zaapelować do Piotra Bachurskiego: „Czy autorzy takich określeń powinni zaszczycać grono komentatorów Państwa Tygodnika, którego jestem sympatykiem?
        A z taką właśnie kwestią zwrócił się do Redakcji czytelnik, któremu  nie spodobał się mój felieton o dwóch post-peerelowskich redaktorach sportowych, Włodzimierzu Szaranowiczu oraz Dariuszu Szpakowskim. O co poszło? Oczywiście wspomniany Czytelnik zastrzega, że „bez wątpienia każdy ma niezbywalne prawo do wyrażania sympatii lub antypatii wobec osób funkcjonujących w przestrzeni publicznej, w tym i dziennikarzy”, jednak już dalej pokazuje wyraźnie, że owo „każdy” dotyczy tylko tych, którzy mają poglądy, które mu nie przeszkadzają.
         Osobiście tego rodzaju postawę uważam za najgorszą; znacznie gorszą niż to, gdybym ja nagle oszalał i napisał felieton sugerujący, że Lech Wałęsa to wielki polski bohater. W takiej bowiem sytuacji, to byłby tylko głupi pogląd, który każdy mógłby bezlitośnie wyszydzić. Owo zdanie jednak o „zaszczycaniu grona komentatorów”, to powód do niepokoju. Jeśli bowiem część z nas zaczyna tęsknić za porządną prawicowo-konserwatywną cenzurą, to chyba czas szeroko otworzyć oczy i uszy.


Moja nowa książka schodzi nad podziw dobrze. W ciągu paru tygodni sprzedaliśmy niemal 100 egzemplarzy i nic nie wskazuje na to, by się to miało zatrzymać. Przypominam przy tym, że mam u siebie kilkanaście egzemplarzy i tej, ale też paru innych tytułów, a zatem gdyby ktoś był zainteresowany zakupem wraz z osobistą dedykacją, zapraszam do kontaktu: k.osiejuk@gmail.com.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz