wtorek, 9 kwietnia 2019

Listonoszem w skroń, czyli o szkodliwości niepalenia



       Mimo że, prawdę powiedziawszy, nie ma za bardzo o czym gadać, wypada mi choć parę słów powiedzieć na temat Targów Wydawców Katolickich, które jak co roku przeleciały przez Arkady Kubickiego w Warszawie. Tak naprawdę, one akurat – pomijając doskonałe wręcz do tego celu miejsce – nigdy nie były moimi ulubionymi, jednak przyznać muszę, że tegoroczne akurat należały do najgorszych w ogóle i były niemal tak fatalne, jak pamiętne targi na Stadionie Narodowym, po których ostatecznie postanowiłem do Warszawy w maju już nie przyjeżdżać. A wydawało się, że gorzej już było. Otóż w roku 2016, kiedy to organizacja owych katolickich targów zbiegła się z pierwszymi prawdziwie wolnymi obchodami rocznicy Katastrofy Smoleńskiej i wszyscy ci, na których czekaliśmy z naszymi książkami poszli świętować wolność, doszliśmy do wniosku, że to już koniec, że kiedy wreszcie udało nam się przepędzić tę bandę zdrajców i wszystko zaczyna powoli normalnieć, nic tu już po nas. No ale okazało się, że to tylko złudzenie. Rok 2017 był znów dobry, potem były targi jesienne, dobre zawsze i niezmiennie, no i oto w miniony weekend po raz pierwszy zobaczyłem, jak wyglądają Arkady Kubickiego bez czytelników.
      Owszem, nie jest tak, że tam było zupełnie pusto, albo że my sami nie mieliśmy co robić z czasem. Aż tak źle nie było i raczej nie będzie, niemniej jednak było słabo. Żeby zobrazować sytuację, powiem tylko, że przez te dwa dni zarobiłem tyle samo co jesienią na Targach Historycznych, tyle że wtedy jeszcze moją ostatnią książką były listy od Zyty i to wtedy dopiero Gabriel zaproponował mi, bym przygotował coś na wiosnę. Obawiam się więc, że gdyby nie moja nowa książka, nie zwróciłaby mi się nawet podróż do Warszawy.
      Czemu tak? Nie mam pojęcia. Z tego zresztą, co czytam u Gabriela, on też nie bardzo wie, w czym rzecz. Mógłbym pomyśleć, że to jest coś nie tak z nami, jednak to nie to. Księgarnia pracuje pełną parą i wygląda na to, że, jak zwykle, cena wydania książki zwróci się już na dniach. A trzeba wszystkim wiedzieć, że my nie dostajemy dotacji. Koszta druku pokrywamy solidarnie i ja i Gabriel. A więc musi być jakiś problem z samymi Targami i ich organizatorami. Jaki? Znowu muszę powiedzieć, że nie wiem. Ja wiem, co mi się tam nie podoba, ale czy to samo myślą ludzie, którzy w tym roku się nie pojawili? Może tak, a może chodzi o coś innego. Na miejscu organizatorów jednak puknąłbym się w czoło, zaryzykował podejrzenie, że może nie zaszkodziłoby przeformułować definicję „książki katolickiej”, zbadać jeszcze raz rynek i stworzyć system nie tylko sprzedaży, ale również promocji. Właśnie tak: promocji. Nie jestem bowiem pewien, czy oni długo pociągną albo na jakichś niewydarzonych niby-religijnych sensacjach, lub na handlu opasłymi albumami, które, jeśli ktoś kupuje, to tylko z myślą o prezencie, który będzie duży i kolorowy, a na który trudno nawet znaleźć miejsce na półce. Jeśli już ma istnieć coś takiego jak „książka katolicka”, to za nią musi stać coś, co przynajmniej ma pozory misji.
      Póki co jednak, jak mówię, jest słabo i choć mam nadzieję, że ktoś się tam jednak obudzi, to boję się, że szansę na to są niewielkie. Zwłaszcza gdy scena naprawdę niewielka i zrobiona wyjątkowo „niemistrzowsko”.
     W tej sytuacji poplotkuję troszeczkę, ale najpierw wprowadzenie. Otóż, jak wiemy, ostatnio troszkę dyskutujemy na temat moralnego wymiaru palenia złych książek. Osobiście uważam, że palenie czegokolwiek, poza ogniskiem na grilla, oraz niekiedy śmieci, jest bez sensu, natomiast nie widzę najmniejszego powodu, by z wszystkich śmieci, jakie się wokół nas nazbierają, złe książki miały podlegać jakiejś szczególnej ochronie. Gdy chodzi o mnie, to gdybym tylko lubił się bawić ogniem, to takiego Harrego Pottera, czy którą bądź powieść Kuczoka, czy Mroza, spaliłbym bez mrugnięcia okiem. A niby, czemu nie? Starą gazetę wolno, a Kuczoka nie? Bądźmy poważni.
      Książek jednak nie palę i o ile sobie przypominam, nigdy nie paliłem. Jeśli wpadnę w nastrój to, owszem, wyrzucam do kosza i to tyle. Tu przypominam sobie bardzo zabawną historię jeszcze z PRL-u, kiedy to spędzałem czas u mojego drogiego kumpla Piotra Prońki, który wówczas jeszcze mieszkał wysoko w bloku tu w Katowicach i nagle zauważyłem, że na półce z książkami stoi książka Kosidowskiego „Opowieści biblijne”. Zapytałem go więc: „Piotr. A co u was robi Kosidowski?”. Piotr spojrzał na Kosidowskiego surowo, potem jeszcze surowiej na swoją śliczną żonę Maję i zapytał: „Majeczko, czy ty wiesz, że u nas w domu nie ma miejsca dla Kosidowskiego?” i jednym zdecydowanym ruchem wyrzucił go z 10, a może 12 piętra przez okno.
      Przypomniałem sobie tę historię w niedzielę w Arkadach, kiedy to nagle na naszym stoisku pojawiła się sama i we własnej osobie pani Macierewiczowa, jak gdyby nigdy nic wzięła do ręki moją książkę o angielskim listonoszu i zaczęła ją przeglądać. Następnie mnie zagadnęła o język angielski i zaczęliśmy rozmawiać. Rozmowa była dość długa, bardzo wnikliwa i oczywiście nadzwyczaj uprzejma. Ani ona nie powiedziała kim jest, ani ja nie zasugerowałem jednym choćby słowem, że, owszem, wiem, no i w końcu ona książkę kupiła, pozdrowiła nas grzecznie, my pozdrowiliśmy ją, i sobie poszła.
       A ja sobie myślę, że to dopiero będzie figiel, jak ona przyniesie tę książkę do domu, pokaże panu Antoniemu, a on, jakimś cudem, okaże się mieć świadomość, cóż to takiego ona na ich dom sprowadziła. I wtedy weźmie tę moją książkę do ręki, zapyta: „Haniu! Czy ty wiesz, co to jest?”, a następnie wyrzuci Listonosza przez otwarte okno. A ja już tylko się modlę, żeby on kogoś nie trafił nim w skroń, bo będzie afera na całą Polskę. Ja ciągle oczywiście zaledwie skromnie teoretyzuję, jednak na wszelki wypadek zachęcam do palenia. Może być w kominku.


Gdyby ktoś życzył sobie kupić nabyć moją najnowszą książkę, mój adres k.osiejuk@gmail.com.
Panią, której na zakończenie targów zabrakło pieniędzy i wzięła książkę obiecując, że zapłaci przelewem, proszę o pamięć. 












7 komentarzy:

  1. Dobrze, że napisał Pan nową książkę. Już do mnie jedzie zresztą i po tej zapowiedzi wygląda interesująco. A co z tą drugą książką, bo pamiętam na przełomie roku wspominał Pan o jakiejś jeszcze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @marcin d.
      Drugą mam nadzieję skończyć latem.

      Usuń
  2. Eeeee wydaje mi się, że z tym Macierewiczem to wcale tak nie będzie. Tak książka jest naprawdę dobra. Mówię o pierwszym Listonoszu. Drugiego jeszcze nie zakupiłem, ale zrobię to :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @piter
      Dziękuję za uprzejme słowa, ale myślę że on by się czepiał czegoś innego.

      Usuń

  3. " i to wtedy dopiero Gabriel zaproponował mi, bym przygotował coś na wiosnę."
    To po kiego piszesz, że czytelnicy!!!
    "Na miejscu organizatorów jednak puknąłbym się w czoło,"
    To ty raczej zrób sobie seppuku w czółko. Organizator dostał szmal, a wystawiający ma mieć dobry towar a nie chłam.
    Co ma twoja książka wspólnego z katolicyzmem?
    ps
    No i ten Macierewicz :(

    OdpowiedzUsuń
  4. @roxana
    Tym razem, ponury durniu, zrobię wyjątek i Ci odpowiem. Trochę po to, by pokazać Czytelnikom świat w najróżniejszych jego odmianach, a trochę specjalnie dla Ciebie, żeby wyrazić zdziwienie, że ktoś kto się chwali znajomością łaciny, potrafi być jednocześnie aż tak głupi, by nie rozumieć najprostszego tekstu. Otóż Gabriel jest moim wydawca i po ponad dwóch latach zaproponował bym coś napisał. Ponieważ Czytelnicy nalegali na kolejną część Listonosza, zdecydowałem pójść za ich prośbą.
    Ja wiem, że to jest bardzo trudne, ale jeśli walniesz się solidnie najnowszą książką swojego ulubionego autora w łeb, może dasz radę.

    OdpowiedzUsuń
  5. @roxana
    Moja mama nie żyje. Zmarła z powodu guza mózgu w wieku 65 lat. To że Ty ja postanowiłeś uwzględnić w swoich refleksjach Twoją sprawę załatwia ostatecznie.

    OdpowiedzUsuń