poniedziałek, 24 grudnia 2018

Ucieczka z kliniki w Krainie Grzybów



        Jak już wspominałem we wczorajszej notce, minione tygodnie, choć głównie spędzone na pisaniu drugiej części książki o języku angielskim, w najmniejszym stopniu nie wyłączyły mnie z tak zwanego życia, w związku z tym nie mogę powiedzieć, bym nie wiedział, jak się sprawy mają. A tu nie mogłem przegapić faktu, że oto własnie zmarł  słynny polski ginekolog Romulald Dębski, jak piszą ci co po nim płaczą, wybitny lekarz i humanista. No właśnie - humanista.
        Przeglądam internet w poszukiwaniu informacji na temat tego, co się stało i miedzy innymi znajduję tytuł „Zmarł prof. Romuald Dębski. Wybitnego lekarza znało wiele gwiazd. Teraz go żegnają. ‘Bardzo nam będzie Ciebie brakować’”, a tam zdjecie Profesora tulącego się do Agaty Młynarskiej i cytat: „Dziękuję Ci za to jak wspaniałym człowiekiem byłeś. Mądrym, kochanym lekarzem. Przyjacielem kobiet. Zapamiętam Twój upór w walce z ciemnotą, poczucie humoru, inteligencję, fachowość, luz, dystans, odwagę. Bardzo nam będzie Ciebie brakować. Żegnaj Profesorze...
        Oczywiście owa „ciemnota” musi robić wrażenie. W końcu nie ma to jak lekarz, uparcie walczący z ciemnotą. Ponieważ jednak nie mamy czasu, by się nad tym zatrzymywać, lećmy dalej. A daję słowo, że jest co czytać. Choćby informacje na temat prywatnej kliniki śp. Profesora, dziś już tak osamotnionej, jednak wciąż pod starym adresem http://www.debskiclinic.pl/. To robi wrazenie, prawda? Dębski Clinic. Prawie jak therollingstones.com.   
        No dobra, dajmy mu już spokój. Zmarł człowiek, w dodatku „mądry, kochany lekarz gwiazd”, więc cóż tu więcej gadać. Może zatem zrobię coś, co niektórym z nas się nie podoba, ja jednak jestem pewien, że nie ma lepszego sposobu, by to wydarzenie skomentować. Przypomnę mianowicie swój stary już bardzo tekst sprzed lat. Bardzo proszę.
       
       Miniony tydzień spędziłem u siebie na wsi, z czego dwa dni z kuzynem - a tak naprawdę drugim bratem - który jest dla mnie prawdziwym źródłem wiedzy i inspiracji, jeśli idzie o zagadki życia i niestety również śmierci. Kuzyn mój jest wybitnym polskim ginekologiem, a jednocześnie jednym z czołowych obrońców życia poczętego. Jego pozycja zarówno w tak zwanej branży, jak i w środowiskach antyaborcyjnych, jest szeroko uznana i szanowana, poczynając lokalnie od kontaktu z pacjentkami, a w skali kraju na bezdyskusyjnie eksperckim poziomie.
        Oczywiście, mając dla siebie zaledwie te dwa dni, staraliśmy się ograniczać do tak zwanego czerpania z życia, jednak oczywiście nie udało się uniknąć bieżących tematów, w tym w pewnym sensie sprawy kluczowej, a więc jednego zapłodnienia in vitro, jednej odmowy morderstwa i jednej ponurej zemsty. Odpowiedział mi mój kuzyn szereg niezwykle poruszających historii, z których jedną chciałbym tu powtórzyć.
        Otóż któregoś dnia zgłosiła się do niego kobieta, a on podczas rutynowego badania wykrył u dziecka ciężką, dziś wciąż niestety nieuleczalną, chorobę serca, poinformował ją, że dziecko, jeśli nawet urodzi się żywe, żyć będzie bardzo krótko i prawdopodobnie te miesiące będą dla niego, dla niej i dla całej rodziny bardzo ciężkie. Jednocześnie, tak jak to robił już w życiu wielokrotnie, bardzo mocno, używając całej swojej wiedzy i wrażliwości, przekonywał ją, by była dzielna i urodziła. Bez rezultatu. Kobieta najpierw się kłóciła, potem dostała cholery, w końcu się obraziła i wyszła trzaskając drzwiami.
         Następnym razem kuzyn mój spotkał tę kobietę po ponad dwóch latach. Przyszła do niego ponownie i opowiedziała mu swoją historię. Otóż kiedy od niego tamtego dnia wyszła, udała się prosto do Warszawy, do znanego nam dziś już wszystkim szpitala kierowanego przez słynnego doktora Romualda Dębskiego, by ten zabił jej dziecko. I proszę sobie wyobrazić, że tam, już na miejscu, po tym jak odbyła serię rozmów z pacjentkami, z aborcji zrezygnowała i postanowiła że jednak swoje dziecko urodzi. Cóż zatem takiego ona tam usłyszała? Co jej opowiedziały tamte kobiety? Jedną mianowicie rzecz: że oto w szpitalu dr Dębskiego panuje atmosfera, gdzie współczucie nie istnieje. Tam nie ma ani współczucia, ani litości, ani śladu miłości. Tam kobiety, które się zgłosiły by przerwać ciążę, traktowane są przez wszystkich, zaczynając na lekarzach, a kończąc na pielęgniarkach, jak towar. Tam króluje smutek i wieczna samotność. Nie wiem, co dokładnie one tej kobiecie opowiadały, ale ów obraz musiał być na tyle plastyczny, że ona wzięła nogi za pas i stamtąd zwyczajnie uciekła, a po kilku miesiącach urodziła dziewczynkę. Bardzo biedną i bardzo chorą.
        Opowiedziała owa kobieta mojemu kuzynowi, że ona już wcześniej miała troje synów, którzy pojawienie się siostry potraktowali z największą radością i poświęceniem. A więc przez kolejne miesiące wszyscy trzej ją bezgranicznie kochali, opiekowali się nią, ale co może nie najmniej ważne, jej z pełnym oddaniem służyli. Do tego stopnia, że kiedy już była odpowiednio duża, okazało się, że to ona jest w tej rodzinie szefem. Oczywiście, wciąż będąc dzieckiem bardzo chorym, kursowała stale między domem a szpitalem, niemniej była dzieckiem bardzo szczęśliwym i, jak już wspomniałem, sprawiała, że szczęśliwy był ten dom. Tak opowiadała tę historię mojemu kuzynowi owa kobieta.
         Któregoś dnia, kiedy dziewczynka miała mniej więcej półtora roku, serce jej ostatecznie nie wytrzymało i umarła. Umarła swojej mamie na rękach, przytulona do jej z kolei serca, otoczona miłością swojej rodziny, w tym owych trzech braci, którzy już wtedy świata poza nią nie widzieli. Jak relacjonuje matka, najstarszy syn do dziś mówi, że on by bardzo chciał, by jego siostra była pochowana w domowym ogródku, a nie na odległym cmentarzu.
         I przyszła owa kobieta do mojego kuzyna po dwóch latach, by mu podziękować za to, że w pewnym momencie on, jako jedyny, powiedział jej, że tu tak naprawdę chodzi być może tylko o to, by móc dziecku założyć czapeczkę na głowę i je ochrzcić. Podziękować mu za to, że tak bardzo zadbał o jej córeczkę wtedy, gdy nikt inny tego zrobić nie chciał, albo nie potrafił, i jakoś tam pewnie pomógł jej zachować to życie.
          Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, jak głęboka i wzruszająca jest ta opowieść. Wiem, że tu właściwie niepotrzebne jest jakiekolwiek kolejne słowo. Nie mam wątpliwości, że w tak zwanej dyskusji nad prawną dopuszczalnością aborcji, najpierw obraz tych dzieci, owych trzech chłopców i ich siostry, a następnie ten kolejny, kiedy to dziecko umiera w objęciach swojej matki, musi stanowić argument ostateczny, ja jednak chciałbym dodać coś jeszcze, i tu niestety nie zaznamy już spokoju. Otóż mój kuzyn, człowiek, jak mówię, z pozycją w branży niepodważalną, zna ich obu osobiście: zarówno doktora Romualda Dębskiego, jak i naszego dziś bohatera – doktora Bogdana Chazana i mówi mi z uśmiechem, niemal na jednym oddechu, że Dębski to jest fantastyczny lekarz i kolega, człowiek niezwykle sympatyczny, uczynny, zawsze gotowy do tego, by służyć pomocą. Dębski to zdaniem mojego kuzyna świetny gość. W odróżnieniu od dr Chazana, którego on zna równie dobrze, i niestety czasem aż za dobrze.
         Ktoś się zapewne w tym momencie na mnie oburzy i zapyta, po ciężką cholerę ja to powiedziałem? Po co, kiedy wszystko było już takie proste (i tak piękne), ja to postanowiłem jednym głupim akapitem zepsuć? Otóż ja niczego nie zepsułem. Wszystko co dotychczas się zdarzyło, zdarzyło się naprawdę. Ja ani jednego fragmentu tej historii przez to nie unieważniłem. A że mamy wszyscy w tym momencie kłopot, to dla mnie nawet lepiej. Przynajmniej nie czuję się taki samotny.
         I oto wspomniany tekst. No a dziś stoimy wciąż w obliczy śmierci prawdziwego humanisty, człowieka - jak wszyscy humaniści, a ktoś złośliwy powiedziałby, że również jak wszyscy alkoholicy - nadzwyczaj miłego i serdecznego. A ja już się tylko pytam, czy słyszać ten wrzask?

Przed nami kolejna przerwa. Tym razem świąteczna. Niech Dobry Bóg, który zszedł do nas tu na Ziemię jako biedne, maleńkie dziecko, by nas wyrwać z rąk Złego, wspiera nas wszystkich w naszej drodze do Jego nieskończonego miłosierdzia.


4 komentarze:

  1. że tu tak naprawdę chodzi być może tylko o to, by móc dziecku założyć czapeczkę na głowę i je ochrzcić.

    Ja pamietam, kilka lat temu czytalam w norweskiej prasie artykul lekarki. Dowiedziala sie, ze jej dziecko ma wade i ze umrze zaraz po urodzeniu i occywiscie dostala od razu propozycje zabicia dziecka. Ona jednak postanowila urodzic wlasnie dlatego, by jej dzieci poznaly swojego braciszka i by dac temu dziecku imie. I zaczely sie schody. Sama pisze, ze dzieki temu, ze jest lekarzem, wiedziala gdzie i jak szukac pomocy i wsparcia. System w Norwegii jest tak ustawiony, ze nie ma zadnego planu dla kobiet, ktore chca urodzic chore dziecko. Aborcja - prosze bardzo, ale prowadzenie ciazy, ktora zakonczy sie smiercia, to za drogie.
    Urdozila chlopca, ktory w ramionach mamy, przy tacie i rodzenistwie umarl po 10 godzinach. I ona tez uwaza, ze to bylo piekne i budujace dla calej rodziny.

    OdpowiedzUsuń
  2. A to faktycznie był świetny lekarz i przyjazny, uczynny człowiek. Tylko dotknięty tym szataństwem. I chyba właśnie dlatego niezdolny to zobaczyć, że tak świetnie mu się powodziło i tak dobrym był operatorem - brutalnie odstającym umiejętnościami od reszty ginekologów. Nic tak nie oślepia na Boga jak ziemski sukces.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wzajemnie, życzę wszelkich Łask Bożych.

    OdpowiedzUsuń
  4. Szanowny Panie Krzysztofie.
    Proszę przyjąć zyczenia wszystkiego najlepszego, łask Bożych i radosci z okazji Świąt Bożego Narodzenia, dla Pana i Pana Bliskich. Dziekuję za felietony i nową książkę:-)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.