środa, 5 grudnia 2018

Hans, Kurt i Jurgen, czyli o świecie, który znika w globalnym ociepleniu


      W niedzielę na targach pojawił się Michał - to ten co  w nadzwyczaj profesjonalny sposób nagrywa nasze gadki - i poprosił mnie, bym opowiedział coś o jedynej aktualnie książce, o której jeszcze nie opowiadałem, a mianowicie o „Markach, dolarach, bananach i biustonoszu marki Triumph”. Żeby jakoś zacząć i opowiedzieć przede wszystkim o tym, co to w ogóle za książka, opowiedziałem anegdotę związaną z osobą i twórczością pisarza Stasiuka. Otóż było tak, że podczas targów krakowskich kilka lat temu siedział sobie na stoisku obok ów Stasiuk, a ja, chcąc się zorientować, co on takiego pisze, podszedłem i wziąłem do ręki książkę pod tytułem „Dojczland”, otworzyłem na pierwszej stronie i zacząłem czytać. Sparafrazuję: „Wysiadłem na dworcu kolejowym w Berlinie. Wyszedłem na ulicę i potknąłem się o zarzyganego menela. Poszedłem do swojego hotelu, z nadzieją, że kupię sobie niebieskiego Walkera i wypiję go w swoim pokoju. Niestety mieli tylko czerwonego”. No i to tyle. Rzecz jest w tym, że moja książka, to jest mniej wiecej coś takiego, tyle że w o wiele lepszym guscie, mądrzejszego, bardziej interesującego, no i znacznie lepiej napisanego. No i aby z kolei przybliżyć słuchaczowi, co mam na myśli, przeczytałem do kamery mały kawałek rozdziału właśnie o moim pobycie w Niemczech.
       Póki co, ten film wciąż jeszcze jest w przygotowaniu, więc nie wiem, jak tam ostatecznie owa prezentacja wypadła, natomiast myślę sobie, że to jest faktycznie bardzo dobra książka, a żeby zachęcić Czytelników do jej kupienia, przedstawię tu cały ów rozdział, o tym jak to mi było w owych Niemczech w roku 1980. Proszę posłuchać.

    
      Któregoś dnia, podczas mojego jedynego w czasach PRL-u pobytu na Zachodzie, mój tamtejszy kolega Hans powiedział, że zawiezie mnie do miejscowości Kelsterbach, żeby mi pokazać McDonalda i wziąć do kina na film – w Polsce z niewiadomych do końca powodów  zakazany – „Easy Rider”. Bardzo się tą propozycją ucieszyłem, może nie tyle ze względu na McDonalda, co przez ten film, no i pojechaliśmy.
      Przyznaję od razu, że z McDonalda nie zapamiętałem nic, poza tym, że wówczas sobie pomyślałem, że to jest jednak bardzo drogi interes. Gdy idzie o film, to owszem, było ostro. Poszliśmy do tego kina, siedliśmy sobie na swoich miejscach, zaczął się film, i oczywiście od razu okazało się, że jest zdubbingowany, co prowadzi do tego, że i Dennis Hopper, i Peter Fonda, nie wspominając już o młodym Jacku Nicholsonie, rozmawiają po niemiecku. Ponieważ jednak dla mnie sama świadomość, że wreszcie zobaczę „Swobodnego jeźdźca” była atrakcją wystarczająco dużą by jakoś szczególnie marudzić, nie pyskowałem, natomiast o wiele gorsze było to, że kinowa publiczność miasta Kelsterbach zachowywała się w sposób, jaki dla mnie, przybysza z komunistycznej Polski, był co najmniej szokujący. Otóż oni się zachowywali jakby byli w knajpie. Gadali, żarli coś, pili, palili papierosy, a wszystko to było tak w tej swojej egzotyce niezrozumiałe, że z tego pokazu nie zostało we mnie nic. Po filmie powiedziałem mojemu niemieckiemu dobroczyńcy, że z polskiego punktu widzenia, to co się działo w tym kinie, to był totalny syf, na co on się obraził i od tego czasu nasze stosunki trochę się ochłodziły.
      Kiedy dziś wspominam tamte tygodnie i owego Hansa, myślę sobie, że to musiał być albo jakiś wariat, albo poważny komunista, bo o polityce w ogóle nie rozmawialiśmy, a jego potrzeba by w ciągu tych paru tygodni odkupić wszystkie niemieckie grzechy wobec Polaków robiła naprawdę wrażenie. Pewnie właśnie w ramach owego programu ekspiacji, pojechaliśmy na weekend do którejś z wsi w góry Taunus. Hans był trenerem jakiejś piątoligowej może drużyny piłkarskiej, w dodatku ligi dziecięcej, więc wybraliśmy się tam w towarzystwie tych dzieci – piłkarzy z Frankfurtu nad Menem. Powiem uczciwie, że ja z uwagi na swój zawód, na młodzieży znam się dość dobrze, ale to czego byłem świadkiem tam, na tym niby-obozie piłkarskim, wspominam do dziś. Te dzieci to był taki element, że podejrzewam, iż gdyby oni jakimś cudem trafili do takiego technikum mechanicznego w Pile, czy nawet elitarnego liceum ogólnokształcącego w Działdowie, na drugi dzień zostaliby na osobiste żądanie swoich polskich kolegów relegowani.
      Pamiętam że poszliśmy do jakiejś knajpy, siedzieliśmy tam, grzaliśmy to piwo, a ja patrzyłem, jak każdy z tych młodocianych Szkopów kombinuje co by tu ukraść. Czy to szklankę, czy talerzyk, czy może jakiś nóż. Wszystko jedno. Byleby się zmieściło pod t-shirtem czy w skarpetce.
      Niedaleko akademika, w którym mieszkałem, znajdowała się  knajpa, gdzie kelnerem był pewien Grek – kolega z tego samego akademika. Bardzo miły człowiek. Kiedyś sobie trochę dłużej porozmawialiśmy o świecie i jego problemach, i on mi powiedział, że mi coś pokaże. Zaprowadził mnie do siebie do pokoju, podprowadził pod okno, i pokazał mi jakiegoś Niemca siedzącego po przeciwnej stronie przy biurku. Niemiec sterczał nad rozłożonymi papierami, na uszach miał słuchawki, i zachowywał się, jakby był kompletnie opętany. Skakał, machał rekami, walił pięściami po blacie biurka i – to oczywiście tylko widzieliśmy – coś krzyczał. Ów Grek wyjaśnił mi, że to jest jego znajomy, student czwartego roku medycyny, który nie wytrzymał presji i oszalał. Obecnie uczy się do egzaminów, które pewnie zda, bo jest bardzo zmotywowany. Później uzyska dyplom, uda się na jakąś terapię, dzięki której uda mu się pozbyć złych duchów, no i zostanie pierwszorzędnym niemieckim lekarzem z pierwszorzędną pensją.
       To wszystko co tam Niemczech 30 lat już temu zobaczyłem, od tego czasu nie pozwala mi poważnie traktować poważnie tych zawodzeń, jacy to my Polacy jesteśmy kulturowo i cywilizacyjnie uwstecznieni w stosunku do Zachodu. Inna sprawa, że to był rok 1980. Dziś może faktycznie jesteśmy nieco bliżej. A może dalej? Chyba mi się coś już zaczyna mylić. W każdym razie jesteśmy wciąż w Niemczech.




To ostatnie zdanie oznacza tylko tyle, że kolejny rozdział jest również o Niemczech, bo taki podczas pisania tej książki miałem pomysł, by w ten właśnie sposób płynnie przyechodzić z jednego rozdziału do drugiego. Książka jest do nabycia w księgarni Coryllusa pod adresem https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph/, w sklepie Foto-Mag w Warszawie, ewentualnie tu u mnie. E-mail: k.osiejuk@gmail.com


11 komentarzy:

  1. Stasiuka przeczytałem jakąś nagrodę Nike którą dostałem na andrzejki. Przeczytałem do końca bo chciałem koniecznie się tam czegoś doszukać a to tylko pijackie wizje. Pierwszy raz na zachodzie i to w Niemczech byłem w 88 roku. Uderzyłą mnie czystość ulic (sprzątali Turcy), kosmiczne ceny i taka namacalna obcość. Czystość porównywałem z województwem mazowieckim bo inne regiony potrafiły z tym problemem radzić sobie lepiej. Marki czytałem kilka lat temu i jestem na etapie pożyczania jej innym. Polecam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Chudy Cienki
      Ja się zatrzymałem na pierwszej stronie. Cieszę się, że trafiłem z oceną.

      Usuń
  2. Będzie Pan w sobotę w Tłokini?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @marcin d.
      Nie, no skąd? Za daleko i za drogo.

      Usuń
    2. Szkoda. Myślałem, że będzie okazja chwilę porozmawiać :)

      Usuń
    3. @marcin d.
      Pewnie że szkoda. A gdzie Pan mieszka?

      Usuń
    4. We Wrocławiu. W 2016 byliście ostatni raz na targach tutaj, teraz przerwa, więc okazji nie ma. Może by Pan czasem z pogadanką na temat którejś książki wpadł - taka lekka propozycja :)

      Usuń
    5. @marcin d.
      Bardzo chętnie, pod warunkiem, że nie będę musiał gadać na ulicy.

      Usuń
  3. A ja dysponuję spojrzeniem z drugiej strony. Oto pod koniec lat 80-tych, ale jeszcze za Jaruzela, gościłem we Wrocławiu przyjaciółkę z Austrii. Zaznaczę, że nigdy nic ją z Polską nie łączyło, ani nawet nikogo z jej drzewa genealogicznego, choćby w rozbiory, czy w okupację.

    U siebie była nauczycielką historii w starszych klasach ichniego odpowiednika podstawówki (państwowej). Stąd miała spojrzenie w głąb środowiska uczniowskiego.

    Pewnego dnia, a była piękna wczesna jesień, zabrałem ją na rejs statkiem po Odrze (we Wrocławiu). Okazało się, że na ten sam statek czeka grupka dziatwy szkolnej wraz z dwiema ich nauczycielkami.

    Dziatwa sobie póki co dokazywała. Gdy jednak statek opuścił trap, dziatwa ustawiła się w chichoczącą kolejkę i sprawnie weszła na pokład wg odhaczanej na trapie listy obecności. Nikogo nie brakowało.

    Moja Austriaczka doznała od tego szoku nauczycielskiego: "Taka organizacja! Taka dyscyplina! Co za uczniowie. W Austrii niemożliwe! Czy to jakaś szkoła specjalna, militarna, czy podobnie?"

    No to podszedłem do nauczycielek i okazało się, że jedna nawet sprawnie szprechała, a w dodatku zawołała jedną uczennicę, która dobrze gadała po angielsku. I właśnie ta uczennica, na oko 14 lat, ubrana na czarno podała kapitalny tekst: "W nas w klasie zwykle jest anarchia, ale jak trzeba, to sami się organizujemy. Jakoś tak automatycznie!"


    OdpowiedzUsuń
  4. Nie powiem że to znam na pamięć, ale podobało mi się.
    Przyszedł mi do głowy wredny sequel do tego, co napisał Stasiuk, to znaczy do tej parafrazy, tej właśnie: „Wysiadłem na dworcu kolejowym w Berlinie. Wyszedłem na ulicę i potknąłem się o zarzyganego menela. Poszedłem do swojego hotelu, z nadzieją, że kupię sobie niebieskiego Walkera i wypiję go w swoim pokoju. Niestety mieli tylko czerwonego”
    Sequel: "A że piłem na czczo, po godzinie urwał sie mi film. Obudził mnie jakiś facet, który zklął po polsku potykając o mnie. Leżałem zarzygany na chodniku przed dworcem kolejowym w Berlinie"

    OdpowiedzUsuń