czwartek, 27 grudnia 2018

Simple Twist of Fate


      Tak jak sobie to zresztą wcześniej wyobrażałem, moje dzieci sprawiły mi pod choinkę najnowszy winyl Boba Dylana zatytułowany „More Blood, More Tracks”. Zanim jednak przejdę do spraw naprawdę fascynujących, opowiem historię tych nagrań. Otóż w roku 1975 Bob Dylan wydał być może najważniejszą płytę w całej swojej karierze, zatytułowaną „Blood On The Tracks”, a wraz z tą płytą, właściwie jednocześnie, na rynku pojawił się bootleg zatytułowany „Blood On The Tapes - New York Acetates”, który przez wielu uznany został za „prawdziwe Blood On The Tracks”. W czym rzecz? Otóż nagrał Dylan swój album w Nowym Jorku, jednak w momencie gdy nagranie było już gotowe, za radą swojego brata, postanowił większość piosenek nagrać ponownie w zaprzyjaźnionym studio w Minnessocie, a nad ostatecznym kształtem tych nagrań czuwał ów drugi Dylan, oraz jego koledzy lokalni muzycy. Płyta się ukazała, została w jednej chwili uznana za dzieło najwyższej jakości, być może najlepsze w dotychczasowej karierze artysty, a tymczasem na czarnym rynku krążyły w najlepsze oryginalne taśmy.
      Od tego czasu świat posunął się dramatycznie do przodu, tamten bootleg zniknął z powierzchni ziemi, a i w ogóle płyty winylowe zostały zastąpione przez płyty kompaktowe, po pewnym czasie kompaktowe zostały wyparte przez wracające w chwale winyle, a sam Dylan zestarzał się i, jak się wydaje, już nigdy nie osiągnął poziomu geniuszu, jaki udało mu się zamieścić na tych parunastu zapisanych ścieżkach. Ale pojawił się też Internet, no i wraz z nim dzieło zostało dokończone. Oto dziś już ponad 10 temu znalazłem w Sieci owe nagrania wydane jako „Blood On The Tapes”, zanim one stamtąd zostały usunięte, ściągnąłem je sobie w postaci plików mp3, no i naturalnie przerzuciłem wszystko na płytkę CD. Po jakimś czasie postanowiłem, że skoro to jest tak dobre, zrobię z tego porządny bootleg, z okładką i całą odpowiednią oprawą i wystawię na ebayu. No i się zaczęło.
       Oczywiście bałem się, że ebay, czy bardziej może ludzie Dylana, zorientują się, co się dzieje, tę aukcję mi zwyczajnie usuną, jednak nic takiego się nie stało, a mój bootleg schodził jak ciepłe bułeczki. Tymczasem stało się coś, co wszystko to ustawiło w odpowiedniej perspektywie. Oto do Katowic przyjechali Jimmy Page i Robert Plant, ja jakimś cudem zdobyłem profesjonalny zapis ich koncertu w Spodku i, podobnie jak to miało wcześniej miejsce z Dylanem, pomyślałem, że zrobię z tego porządny bootleg i wystawię go na ebayu. Wystarczyło parę godzin, bym otrzymał od ebaya informację, że moja aukcja została usunięta i jeśli tylko spróbuję ją uruchomić ponownie, to mnie wyrzucą stamtąd na zbity pysk. W tej sytuacji grzecznie się podporządkowałem i pozostałem przy „Blood On The Tapes”.
       Nie wiem, ile tego sprzedałem, ale naprawdę bardzo dużo. Przez tę dziesięć lat do dziś po kilka egzemplarzy miesięcznie… Przepraszam, nie do końca do dziś. Oto właśnie okazało się, że Bob Dylan postanowił po latach wydać oryginalne wersje tamtych piosenek. Kiedy się o tym dowiedziałem, pomyślałem sobie, że to już w takim razie koniec tej przygody, i właśnie teraz, proszę sobie wyobrazić, dostałem pod choinkę od swoich dzieci ów winyl i, jak się okazuje, żadna z owych świeżo-wydanych ścieżek nie pokrywa się z tym, co znajduje się na moim bootlegu. Przygotowując swoją nową płytę - ciekawe swoją drogą, że pod wiele mówiącym nadtytułem „Bootleg Series” - Dylan bardzo mocno zadbał, by wersje tam się znajdujące były inne od tych, których można słuchać na moim bootlegu. Z tego co wiadomo powszechnie, w trakcie sesji nagraniowych Dylan bardzo niechętnie podchodził do powtarzania kolejnych ścieżek. Bywało tak, że jeśli któraś z piosenek wymagała ponownego podejścia, on wolał o niej zapomnieć, niż po raz drugi się z nią męczyć. A więc, siłą rzeczy tych wersji aż tak wiele nie było. I tu, jak się okazuje, na nowym oficjalnym bootlegu Dylana, każda ścieżka - z jednym wyjątkiem, choć i tu nie związanym z tym, co ja przed wielu laty znalazłem w Sieci - jest absolutnie oryginalna.
       Rozmawiałem jakiś czas temu z pewnym znajomym, którego uważam za eksperta, gdy chodzi o sprawy o których my tu dziś rozmawiamy i on mi powiedział, że on nie widzi takiej możliwości, by  Bob Dylan przez dziesięć lat nie zorientował się, że na ebayu jakiś Polak handluje jego nagraniami. A skoro się zorientował, to musiał tę moją produkcję potraktować, jako tzw. oficjalny bootleg i go zaakceptować.
       Siedzę więc sobie pisząc ten tekst, słucham tych nowych ścieżek oraz nowej krwi i z prawdziwą radością stwierdzam, że to jest jeszcze coś nowszego, i w żaden sposób gorszego, a potem zaglądam do poczty i znajduję informację, że właśnie ktoś z Finlandii kupił moje nowojorskie acetaty. Z radością i dumą.
Ewentualnie tu: k.osiejuk@gmail.com.

A tu, piosenka:






2 komentarze:

  1. A ja tak cicho od siebie dodam, że bardzo imponuje mi ta niesamowita konsekwencja w miłości do muzyki. Mnie jej zabrakło z prozaicznych powodów. Jestem pod wrażeniem. Tym bardziej, że Boba Dylana nie słuchałam od bardzo dawna. Myślę, że wrócę, ale to będzie tylko youtube

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.