wtorek, 13 listopada 2018

O tym jak pokonaliśmy niemiectwo


     Jak już pewnie się większość z nas orientuje, wydłużony nieco weekend spędziłem w Poznaniu u duszpasterza tego bloga, ostatnio zajętego sprawami ważniejszymi i poważniejszymi, ale wciąż z nami, księdza Rafała Krakowiaka. Wizyta moja miała dwie przyczyny. Przede wszystkim dwa lata przerwy to dla mnie okres zbyt długi, by po raz kolejny rezygnować z udziału w owych rekolekcjach, a po drugie bardzo chciałem zobaczyć na własne oczy, jak postepują prace w odbudowywaniu ze zgliszcz kościoła w Ludomach niedaleko Obornik Wielkopolskich. Pisałem tu o tym miejscu już dwukrotnie, dwa i trzy lata temu, dziś więc tylko dla tych, którzy albo nie pamiętają, albo nie mieli zwyczajnie okazji przesyłam link.
     A zatem przyjechałem do Poznania, a następnie do wioski Ludomy, by zajść do tego kościoła i zobaczyć, co jeszcze tam trzeba zrobić by już 10 czerwca 2029 roku ten piękny kościół mógł zostać przez abp. Gądeckiego uroczyście otwarty i poświęcony. A więc informuję, że oni mają tam już nowy sufit, nową posadzkę z ogrzewaniem, całkowicie wymienioną instalację elektryczną, nowe tynki, ławki, wymalowane ściany, chór, za chwilę pojawią się nowe, jak najbardziej prawdziwe organy, a wszystko to wyłącznie - podkreślam: wyłącznie - w oparciu o skromne datki pobożnych ludzi i pracę równie pobożnych budowniczych, zgodnie ze starą, świętą zasadą: „Ile masz?” „Nic. A ty?” „Też nic”. „No to bierzemy się do roboty”.
      Stałem więc tam w środku tej wciąż nieskończonej pracy, kręciłem głową nie wierząc w cud, który tam się dokonał, dziś jednak chciałbym nagle opowiedzieć o czymś, co pozornie wydaje się kompletnie z nim nie związane, a jednak w moim odczuciu nie do odzielenia, nie oderwania, nie do zlekceważenia, gdy chodzi o tę moc przeżycia. Jednak zanim jeszcze obejrzeliśmy kościół w Ludomach, udaliśmy się do znajdującej się w pewnej odległości wioski Wieszczyczyn, skąd pochodzi nasz ksiądz, a tam na miejscowy cmentarz. Odwiedzaliśmy kolejne groby, by w końcu zatrzymać się przy mogile księdza Walentego Marciniaka, proboszcza miejscowego kościoła pod wezwaniem św. Rocha od roku 1945 do samej śmierci w roku 1974, a jednocześnie człowieka, który w ten czy inny sposób dał nam księdza Rafała.
      Opowiedział mi nasz ksiądz historię - tak naprawdę niezwykle krótką - księdza Marciniaka i oto czego się dowiedziałem. Otóż ów dobry, jak słyszę, ksiądz z chwilą wybuchu wojny został przez Niemców aresztowany, by po paroletniej tułaczce z miejsca na miejsce trafić do obozu w Dahau, gdzie został poddany szczególnemu doświadczeniu. Otóż obozowy lekarz zdecydował, że zadaniem księdza Marciniaka będzie to by był on regularnie wystawiany na atak obozowych psów, i by następnie odniesione przez niego rany były poddawane eksperymentalnemu leczeniu przy pomocy różnych maści, w taki sposób, by ostatecznie niemiecka medycyna była w stanie opracować skuteczny środek na powstałe skutkiem tego przykrości. Co Niemiec postanowił, to dostał, a ksiądz Marciniak jakimś niezbadanym cudem dotrwał w swoim cierpieniu aż do wyzwolenia i ostatecznie jak najbardziej wyleczony przy pomocy fantastycznych niemieckich maści wrócił do Polski, by, jak już wspomnielismy objąć parafię w Wieszczyczynie niedaleko Poznania i nauczyć księdza Krakowiaka miłości.
      Co też już wspomnieliśmy, ksiądz Marciniak zmarł w wieku, o ile dobrze pamiętam 70 lat, w roku 1974, tyle że już bez nóg, które zostały mu zostały chwilę przedtem odjęte skutkiem gangreny, która, jak się okazało, ostatecznie pokonała niemiecką medycynę, a ja już się tylko zastanawiam nad zasługami Niemiec i Niemców dla naszego wspólnego powodzenia, które są nie do zlekceważenia. Czemu tak? Otóż pewien mój przyjaciel, znakomity lekarz, zwrócił moją uwagę na fakt, że wiele chorób i dolegliwości, takie jak choćby Alzheimer, noszą nazwy pochodzące od niemieckich nazwisk i że warto by było się zadumać nad tym, czy przypadkiem to nie Niemcy właśnie w historii świata nie wykazywali szczególnej pasji do tego, by nieść pomoc we wszelkich boleściach. Szukam w Internecie informacji w tym temacie i widzę, że faktycznie coś w tym jest. Ale jest jeszcze coś. Kiedy rozejrzymy się wokół siebie, musimy zauważyć, że w grę nie wchodzi tylko medycyna, ale że niemiecka myśl techniczna opanowała wszelkie inne dziedziny naszego życia. No weźmy na przykład słynną markę odzieżową „Puma”. Jak czytam wszystko się zaczęło, kiedy nadzwyczaj oddany sprawie nazista nazwiskiem Rudolf Dassler krótko po wojnie wymyślił, że do produkowanych przez niego butów można by było wkręcać specjalne kolce, by dało się w nich wygodniej i szybciej biegać. Otóż ja się zastanawiam, czy nie było tak, że jeszcze parę lat wcześniej w Dahau, któryś z miejscowych specjalistów nie sprawdzał na polskich księżach, czy oni nie będą szybciej biegać, gdy im się w stopy coś wkręci. Ksiądz Marciniak niestety nam już tego nie powie, więc musimy pozostać z naszymi podejrzeniami.
      Ale też zostanie nam coś jeszcze. Otóż minął właśnie dzień 11 listopada i wszyscy wiemy, co się w tę niedzielę wydarzyło, gdy weźmiemy pod uwagę najnowszą historię Polski. Widzieliśmy to na własne oczy, więc nikt nam nie zarzuci, że coś zmyślamy. Podniosła się nam Polska z ruin minionego trzydziestolecia i wszystko wskazuje na to, że już nie upadnie. A ja dziś też myślę o kościele w Ludomach koło Obornik Wielkopolskich, który powstaje ze zgliszcz, również w jakiś tam sposób dzięki cierpieniu oraz duszpasterskiej pracy księdza Marciniaka, zamordowanego przez pewnego Niemca w roku 1974.
      Nowy piękny kościół w Ludomach powstaje i wszyscy wierzymy, że z końcem wiosny przyszłego roku zostanie w nim odprawiona pierwsza po latach Msza Święta. W imieniu jego budowniczych zachęcam do wsparcia tego niezwykłego dzieła. Wpłaty proszę kierować na konto fundacji Soli Deo pod numerem 79 1020 4027 0000 1102 0483 1014 z dopiskiem „na cele statutowe”.



7 komentarzy:

  1. Niesamowity post, az 'gesty' od informacji i mysli.
    Dziekuje za podanie nr konta - bedzie latwiej wesprzec tych wspanialych ludzi.
    PS mam nadzieje, ze pierwsza Msza Sw. zostanie odprawiona w 2019 (a nie: 2029) roku: do 2019 jeszcze mam szanse w niej uczestniczyc, z rokiem 2029 byloby trudniej choc, jak wiadomo, niezbadane sa wyroki boskiej Opatrznosci

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Gall
      Oczywiście. Już za niecały rok. Nie zauważyłem tej literówki. Przepraszam.

      Usuń
  2. Już co najmniej parę razy na tym blogu (i w jego emanacjach na innych stronach) dzieliłem się obserwacją - kluczem, że jeśli ktoś chce się zastanowić lub cokolwiek sensownego powiedzieć o Chinach, to musi uwzględniać, że myśli lub mówi o wielkich liczbach. O cokolwiek by nie chodziło, jakakolwiek kwestia chińska nie ma sensu poza zagadnieniem wielkich liczb.

    Powołuję to, żeby wskazać, iż po Marszu Niepodległości w Warszawie już nie sposób sensownie mówić o politycznych postawach Polaków, ani nawet o kulturze polskiej bez uwzględnienia wielkich liczb ujawnionych na tym Marszu.

    W szczególności, gdyby środowiska domniemanego faszyzmu były w stanie dysponować tyloma zwolennikami, to sytuacja tzw. antyfaszystów wyglądałaby zupełnie inaczej, a Polska byłaby całkowicie inna, niż naprawdę jest.

    Całe to oskarżanie o wpływy, podkreślam o WPŁYWY, faszystowskie oparte jest więc na kłamstwie. W obliczu tych wielkich liczb nie ma ono nawet pozorów prawdopodobieństwa a oskarżenia Polski mają podstawę tylko w złości i nienawiści samozwańczych a fałszywych oskarżycieli.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak w sierpniu jechałem nad morze przez Ludomy skręciłem z głównej drogi i zajechałem pod ten kościół aby go obejrzeć bo pamiętałem Pana tekst o nim. Był zamknięty. Zajrzałem przez dziurkę od klucza i widziałem ten witraż. Kto na nim jest?
    Arkadiusz Sikorski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wystarczy dwukrotnie kliknąć w zdjęcie i ujrzeć w całej okazałości

      Usuń
    2. @Arkadiusz Sikorski
      Pan Jezus.

      Usuń
  4. Wspaniała wiadomość, że to już za rok.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.