piątek, 18 maja 2018

O Temidzie z bielmem na oku


        W momencie gdy już prawie zamykałem wczorajszy dzień, dotarła do mnie wiadomość, że decyzją Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach placowi im. Wilhelma Szewczyka w Katowicach, w ramach niedawnych procesów dekomunizacyjnych przemianowanemu na plac im. Marii i Lecha Kaczyńskich przywrócona zostaje jego oryginalna nazwa, a to z tego między innymi powodu, że zdaniem pani sędzi, Wilhelm Szewczyk w żaden sposób nie może być traktowany jako symbol komunizmu. Pisałem tu o wspomnianym Szewczyku jeszcze w zeszłym roku, przedstawiając czytelnikom, którzy mieli szczęście o nim wczesniej nie słyszeć, historię tego ciekawego człowieka, no ale ponieważ słowa lubią ulegać zapomnieniu, pozwolę sobie przytoczyć tamtą relację raz jeszcze. Otóż mówimy o człowieku, który
      Po ukończeniu liceum w Rybniku przeniósł się do Katowic. Działał w Obozie Narodowo-Radykalnym. Postulował wyeliminowanie Żydów z życia kulturalnego i gospodarczego. Literaturę i prasę żydowską uznawał za jedną z najgroźniejszych broni ‘żydowskiego państwa eksterytorialnego’. Podczas II wojny światowej został wcielony do Wehrmachtu. W latach 1941–1942 znajdował się na froncie zachodnim, w Normandii i wschodnim w Rosji. W sierpniu 1941 został ranny pod Smoleńskiem. Po leczeniu w Turyngii skierowany na front do Alzacji. Jak sam twierdził, za demonstrowaną postawę pacyfistyczną oraz krytykę Hitlera miał zostać aresztowany, wydalony z oddziału, a w 1942 osadzony w więzieniu w Katowicach. Stamtąd miał zbiec do Generalnego Gubernatorstwa podczas przepustki, gdzie – jak utrzymywał – uczestniczył w tajnym nauczaniu do 1945. Będąc w wojsku niemieckim, prezentował jednak jednoznacznie propolską postawę, m.in. korespondując w tej kwestii z gauleiterem Fritzem Brachtem.
      Po wojnie wrócił do Katowic i włączył się w tworzenie propagandy komunistycznej. W latach 1947–1948 był członkiem PPR, a następnie, od 1948 należał do PZPR. Redagował materiały propagandowe dla tutejszego komitetu wojewódzkiego PZPR. W 1953 był wśród grona 53 członków krakowskiego Związku Literatów Polskich, którzy poparli komunistyczne represje wobec duchowieństwa katolickiego w Polsce. Wspierał działania propagandy komunistycznej w trakcie głośnego procesu księży kurii krakowskiej. Jednym z przykładów jego propagandowego zaangażowania jest wydana w latach 60. książka ‘Z teczki wspomnień PPR’. Propagował w niej marksizm i leninizm oraz zmiany ustrojowe Polski. Żołnierzy Armii Krajowej nazwał wrogiem w cywilu, który popełnił ‘najohydniejsze zbrodnie’ na działaczach komunistycznych. Polska, według tej publikacji, kierowana była ‘nieomylną busolą mądrości doświadczonej – nauki marksizmu-leninizmu’. Od 1971 był członkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, w latach 1980–1981 członkiem jego egzekutywy.Wilhelm Szewczyk był także wielokrotnym posłem na Sejm PRL – pełnił tę funkcję aż 6 kadencji (II, III, V, VI, VII i VIII kadencja), zasiadał w Sejmie od 1957 z przerwą w latach 1965–1969 aż do roku 1980”.
      No i dziś, jak słyszymy, sąd w Gliwicach uznał za stosowne wydać Wilhelmowi Szewczykowi świadectwo moralności.
      Wbrew temu jednak, czego czytający tę notkę mogą się spodziewać, to o czym chce opowiedzieć nie dotyczy Wilhelma Szewczyka, ale pewnego sędziego, no i w ogóle sędziów. Otóż, o czym tu już parokrotnie miałem okazję wspominać, był czas kiedy praktycznie cała moja zawodowa działalność była związana z pracą w katowickim EMPiK-u, gdzie prowadziłem kursy języka angielskiego. Tak się złożyło, że niemal wszystkie będące pod moją opieką wówczas grupy to byli albo policjanci, albo sędziowie, prokuratorzy, czy adwokaci, albo wreszcie funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei, a więc w ten czy inny sposób wymiar sprawiedliwości. Wszystko się układało jak najlepiej pod każdym względem do czasu gdy nagle strzeliło mi coś do głowy, by założyć konto na Facebooku i tam zareklamować swój blog. Nie minęły dwa tygodniego, jak niemal z dnia na dzień straciłem praktycznie wszystkie swoje lekcję, a wszystko pod pretekstem, że „uczniowie są niezadowoleni i żądają zmiany lektora”. I to był moment, kiedy – co z pewnością pamiętają starsi czytelnicy – wyladowałem praktycznie na bruku.
      Jak już wspominałem, miałem już okazję o tym pisać, jest jednak coś, co, jak sądzę, nie zostało opowiedziane. Otóż wspomniana grupa prawników liczyła jakieś 12, a może 14 osób, ławki zaaranżowane były w tak zwaną podkowę, a dokładnie naprzeciwko mnie siedziała pewna pani prokurator oraz sędzia z Gliwic właśnie. Gdyby ktoś był ciekawy, skąd tak dobrze zapamiętalem te Gliwice, to już wyjaśniam, że po latach miałem okazję tego mojego ucznia oglądać w telewizji TVN24, jak przed kamerą komentował różnego rodzaju prowadzone przez gliwicki właśnie sąd sprawy. Pamiętam też tych dwoje, bo do penego momentu oni byli nastawieni do prowadzonych przeze mnie lekcji wyjątkowo entuzjastycznie. Nie będę tu wchodził w szczegóły, bo raz że każdy nauczyciel wie, jak tego typu „szkolny” entuzjazm wygląda, a reszta się może tego domyślić. I oto, proszę sobie wyobrazić jakis tydzień po tym, jak uruchomił swój profil na Facebooku, w zachowaniu owych dwojga uczniów nastąpiła wręcz dramatyczna zmiana. Ja ich dalej miałem dokładnie naprzeciwko siebie, tyle że na ich twarzach, zamiast dotychczasowych  rozanielonych spojrzeń, nie widziałem już nic poza zimną wrogością, a z ich ust nie wychodziło nic poza chamskimi złośliwościami. I to była moja ostatnia lekcja z ta grupą, bo przed kolejną usłyszałem, że uczniowie poprosiła o zmianę lektora.
     Niestety, nie pamiętam nazwiska tamtego sędziego z Gliwic, jednak tak naprawdę ono dla nas dziś nie ma najmniejszego znaczenia, zwłaszcza, że, jak czytam, w składzie, który wydał decyzję przywracającą dobre imię Wilhelmowi Szewczykowi zasiadały same panie. Rzecz polega na czymś zupełnie innym. Otóż, kiedy przeglądałem listy z nazwiskami owych gliwickich sędziów, czy to z Sądu Administracyjnego, czy Sądu Rejonowego, czy też wreszcie Sądu Okręgowego, w nadziei, że znajdę tam nazwisko, które przypomni mi „mojego” sędziego, uderzyło mnie, że tam tych nazwisk są setki. Dosłownie setki. I oto nagle znalazłem też jeszcze coś, mianowicie taką informację:
      W związku z zapytaniami odnoszącymi się do kandydowania przez Panią Teresę Kurcyusz - Furmanik, sędziego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, do Krajowej Rady Sądownictwa informuje się, że zgłoszenie tej  kandydatury jest wynikiem osobistej decyzji Pani Sędzi. W procesie zgłaszania tej kandydatury i wyrażania dla niej poparcia organy Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach (Zgromadzenie Ogólne Sędziów, Kolegium oraz Prezes Sądu)  nie brały udziału”.
       Ponieważ tak się składa, że ja sędzię Teresę Kurcyusz jeszcze w dawnych dobrych czasach miałem okazję poznać i o niej akurat mam wyłącznie dobre zdanie, zadumałem się nad tym dziwnym komunikatem, który sędziowie z Gliwic uznali za stosowne w specjalnym trybie ogłosić, no a potem już tylko gapiłem się w te setki nazwisk i nagle sobie uświadomiłem, że jeśli tam są jakieś wyjątki, to oni, aby nas o tym poinformować, z całą pewnością nie powstrzymają się od wydania w tej sprawie odpowiedniego komunikatu. Tymczasem więc, pozostajemy tam w tłumie setek nazwisk i kiedy je czytamy, musimy nagle dojść do wniosku, że to jest faktycznie bardzo ściśle zdefiniowana kasta, do której ani my, ani nikt inny nie ma żadnego dostępu. No może poza świętą pamięcią o Wilhelmie Szewczyku. Oczywiście, możemy sobie nieco w tej sprawie popyskować, ale choć przykro mi to mówić, ratunku nie widzę.
      Oczywiście, życzę ministrowi Ziobro wszystkiego dobrego, ale powtarzam: ratunku nie widzę.

Jak to mam zwyczaj zaznaczać w tym miejscu, moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Serdecznie zachęcam.


1 komentarz:

  1. Sądzę,że idealnym podsumowaniem Pana felietonu,skierowanym do "kasty",byłoby krótkie stwierdzenie-wszyscy won !

    OdpowiedzUsuń