czwartek, 5 kwietnia 2018

Kim pan jesteś, panie Osiejuk?


     Zabierałem się do tego tekstu parokrotnie, jednak zawsze brakowało mi tego czegoś, co pozwoliłoby go odpowiednio zacząć, tak by jednocześnie mieć i temat i sens, no i ową wiadomość, o którą tak naprawdę zawsze chodzi. I oto stało się tak, że ledwo co opublikowałem notkę o modlitwach przed bankomatem, w którym najlepiej jak potrafię zgnoiłem Tomasza Terlikowskiego za to, że po raz niewiadomo już który kompromituje publicznie naszą Wiarę, na tym drugim portalu, gdzie ludzie przychodzą nie tylko po to, by, tak jak tu, czytać, ale jeszcze po to, by sobie pogadać, pewien komentator poinformował mnie o wynikach eksperymentu, który przeprowadził wykorzystując właśnie ów tekst. Otóż dał on go do przeczytania kilku swoim znajomym – jak sam przyznaje, osobom o wyraźnie prawicowych poglądach – i kazał im zgadnąć, kto jest jego autorem. I proszę sobie wyobrazić, że większość z uczestników testu uznała, że to jest robota któregoś z dziennikarzy „Gazety Wyborczej”.
      Rozumiemy o co chodzi, prawda? Piszę tekst, w którym najpierw szydzę z „Wysokich Obcasów”, następnie krytykuję Tomasza Terlikowskiego i wspierające go polityczne środowisko za to, że próbują coś tak doniosłego jak modlitwę o cud wykorzystywać do najbardziej podłego geszeftu, porównując jednocześnie ów upadek do tego, z czym mamy do czynienia po stronie, która dziś na widok Terlikowskiego już tylko pokłada się ze śmiechu, by na koniec już zupełnie otwarcie napisać, że gdy chodzi o poziom publicznej kompromitacji, nie ma już żadnej różnicy między Michnikiem, Żakowskim, Terlikowskim, czy Gmyzem, a tu natychmiast pojawiają się ludzie, którzy uważają, że skoro ktoś ma czelność źle mówić o Terlikowskim, a więc o kimś, kto broni naszej Wiary przed Szatanem, który, jak się właśnie okazuje, zamieszkał w Watykanie, to ten ktoś niechybnie musi pracować dla „Wyborczej”.  
      Komentator, który przeprowadził wspomniany eksperyment, a następnie z troską poinformował mnie o jego wynikach, wie, że ja nie jestem przedstawicielem „Gazety Wyborczej” On wie też, że ja czepiam się Terlikowskiego z pozycji, których on wprawdzie nie popiera, jednak stara się rozumieć. Jego problemem natomiast jest to, że ja piszę w sposób niewystarczająco przejrzysty, wręcz „hermetyczny”. To znaczy, kiedy krytykuję Platformę Obywatelską, prezydenta Dudę, ewentualnie tygodnik „Newsweek”, to wszystko jest jak najbardziej jasne, natomiast problem powstaje wtedy, kiedy się okazuje, że mam coś przeciwko takiemu na przykład Terlikowskiemu, Rachoniowi, czy Michalkiewiczowi. W takiej sytuacji, moi czytelnicy albo popadają w tak zwany dysonans poznawczy, albo, co się dzieje znacznie częściej, uznają, że mają do czynienia z jakimś prowokatorem z „Gazety Wyborczej”. I to, zdaniem naszego komentatora, stanowi duży problem, bo w ten sposób moje teksty nie dotrą do wielu z tych czytelników, do których dotrzeć powinny, a jak dotrą, to tylko pomieszają im w głowach.
      Jak wspomniałem na początku, do napisania tej notki zabierałem się już wcześniej i cel miałem jeden, by mianowicie poinformować tych wszystkich, którzy wciąż jeszcze nie bardzo wiedzą, co tu się dzieje, że ten blog, przez minione dziesięć okrągłych lat, nigdzie nie spotkał się z taką nienawiścią, jak właśnie ze strony środowisk określających się, jako „patriotyczno-niepodległościowe”. Czym jest tak zwany „hejt” i to w kształcie wręcz modelowym, wiem od samego początku, jednak muszę przyznać, że nie ma takiego socjalisty, komunisty, czy liberała, który byłby w stanie, gdy chodzi o poziom owego szaleństwa, pokonać przeciętnego polskiego patriotę. Ja dziś z godną podziwu regularnością dostaję maile, ale też komentarze pod wybranymi notkami, od parunastu osób, których niemal sensem życia jest obrzucanie mnie i moich bliskich wszelkimi możliwymi obelgami, i z tego co zdołałem spośród tego brudu wyczytać, wiem z cała pewnością, że te maile w żadnym wypadku nie są pisane przez członków Komitetu Obrony Demokracji. Ci, jestem pewien, chętnie by może nawet ze mną podyskutowali, tylko się boją. Te chłopaki z orłami na t-shirtach nie boją się niczego, poza ujawnieniem swojej twarzy. Oni mi życzą wyłącznie gwałtownej i możliwie bolesnej śmierci.
      A zatem, przestańmy, proszę, się oszukiwać. To wcale nie chodzi o to, że moje teksty są zbyt skomplikowane, w dodatku wypełnionę ową nieznośną ironią, która jeszcze bardziej sprawia, że już w ogóle nie wiadomo, kto jest kim. Nic podobnego. Jestem pewien, że każdy kto w ogóle widzi sens, by tu przychodzić i to wszystko czytać, doskonale wie, co ja mam na myśli. I dlatego część z nich uważa mnie za zdrajcę. Takiego samego jak, nie przymierzając, ten, ten i tamten. Gorzej, że ostatnio wszystko zrobiło się już tak wielopoziomowe, że z każdym dniem tych zdrajców jest coraz więcej.

Przypominam, że 11 kwietnia, czyli już za tydzień będę w Kielcach opowiadał o nauce języka angielskigo, i nie tylko. Zapraszam każdego, kto ma te Kielce bardziej pod ręką. Będę ja, będą książki, a jeśli ktoś nie da rady, to może już 14 i 15 uda nam się spotkać w Warszawie na Targach Wydacow Katolickich.



5 komentarzy:

  1. Drogi Toyahu, wg mnie jednym z najbardziej deficytowych towarów na rynku treści jest bez wątpienia umiejętność czytania ze zrozumieniem (umiejętność egzegezy tekstu jest jeszcze rzadsza). Podejrzewam, że praprzyczyną tego jest zarzucenie przez szkołę pytań: co autor miał na myśli.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzień dobry. Ja Pana czytać lubię, choć często mi się nie podoba, co Pan pisze. Proszę - to jest trochę tak, jak z TVP. Lubię oglądać, a wkurza mnie pan Prezes Kurski, jak go widzę codziennie w dzienniku o 19.30. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pan jesteś manipulant i hochsztapler!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Bogumił
      Tak jest. Na takich się mówi po niemiecku "hohschpulant".

      Usuń
  4. Panie Krzysztofie, jest nas więcej niż się Panu wydaje. Część nie ma śmiałości, ale widzą sens i wiedzą co ma Pan na myśli.

    OdpowiedzUsuń