poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Zdrowa zmiana, czyli gdy zaboli ząb

     W roku 1996 – wtedy już całą pięcioosobową rodziną – zostaliśmy przez pewną panią zaproszeni do Wielkiej Brytanii. Plan był taki, że prześpimy się w Londynie, następnie na dwa tygodnie udamy się do polskiego ośrodka w walijskim Penrhos, po czym wrócimy do Londynu i tam się jeszcze przez tydzień po tym Londynie pokręcimy. Zajechaliśmy więc do Walii i któregoś dnia, podczas przechadzki po pobliskim Pwllheli,  naszego wówczas sześcioletniego syna bardzo rozbolał ząb. Mam nadzieję, że wszyscy rozumiemy sytuację. Mamy rok 1996, a więc czas, gdy Polska oficjalnie wciąż stanowiła część tak zwanego „bloku wschodniego”, i piątkę biednych Polaków w Wielkiej Brytanii, z małym chłopcem, którego bardzo boli ząb. Szliśmy więc przez to prześliczne Pwllheli z płaczącym dzieckiem i z jednej strony zupełnie naturalnie zaczęliśmy rozglądać się za jakimś dentystą, a z drugiej zastanawiać się, ile nas ten kaprys losu będzie kosztował. W końcu zobaczyliśmy dom z odpowiednią tabliczką, zaszliśmy do środka, znaleźliśmy pana dentystę, powiedzieliśmy, w czym problem, dentysta naszym synem się zajął, ból zęba zlikwidował, a na pytanie, ile się należy, odpowiedział, że nic.
     Przyznaję, że do pewnego momentu sądziłem, że padliśmy ofiarą tak zwanego współczucia dla czegoś, co na dzikim zachodzie nosi nazwę „white trash”, jednak pewien mój do dziś bardzo bliski kolega Brytyjczyk uświadomił mnie, że o żadnym współczuciu mowy nie ma. Dentysta z Pwllheli zachował sie jak najbardziej klasycznie, a więc przyjął dziecko z bólem zęba – no bo głupio nie przyjąć – a na samą myśl, ile to papierkowej roboty ma go ten gest teraz kosztować, uznając, że doprawdy nic na tym nie traci, na wszystko machnął ręką. Kolega mój wyjaśnił, że system opieki medycznej w Wielkiej Brytanii jest tak skonstruowany, że każdy ewentualny pacjent spoza systemu jest traktowany, jako pewien nieunikniony koszt działania owego systemu, i który przez to, że w żaden sposób nie narusza podstawowej równowagi, będzie obsłużony, jak każdy inny. A zatem, owszem, mogłoby się zdarzyć, że ów dentysta albo by nas skasował na parę funtów, albo odesłał z kwitkiem, ale ponieważ dla niego te nasze funty to naprawdę żadna różnica, to jedyne niebezpieczeństwo mogło się sprowadzać do tego, że to był Żyd, dla którego Polacy to znani antysemici, i z tego tytułu on by nam zwyczajnie mógł chcieć dokuczyć. Pomijając jednak to wszystko, reszta była maksymalnie prosta i oczywista.
      Mijały lata, a tamta nauka siedziała w mojej głowie, jak cała owa podróż do Wielkiej Brytanii. W międzyczasie Polska stała się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej, by wjechać na teren Wielkiej Brytanii nie trzeba było się już spowiadać przez odpowiednim urzędnikiem, no a przede wszystkim nasze polskie ubezpieczenie zdrowotne stało się częścią powszechnego ubezpieczenia obowiązującego na terenie Unii. Żona moja, która, jak wiemy jest nauczycielem w szkole, pewnego razu udała się z klasą do Londynu, no i tak się niefortunnie stało, że jedna z uczennic dostała bardzo wysokiej gorączki. Żona zabrała ją do taksówki, zawiozła do najbliższego lekarza... i proszę sobie wyobrazić, że tam wszystko się odbyło dokładnie tak, jak przed laty u dentysty w Pwllheli, z tą różnicą, że badający tę dziewczynkę lekarz do swojej usługi dołączył jeszcze lekarstwo. Wszystko bez żadnych papierów, żadnych dokumentów, żadnych nazwisk, no i bez pieniędzy.
       Ktoś może sobie pomyśleć, że tak wygląda ów system w świecie cywilizowanym, a więc nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale na przykład w Niemczech. Otóż chyba jednak nie. Znów opowiem o mojej żonie. Pewnego razu udała sie ona na szkolną wycieczkę do Kolonii, jednak tym razem sama dostała ciężkiej gorączki. Udała się więc do najbliższej przychodni, a tam, zanim jeszcze dotarła do odpowiedniego lekarza i zdążyła się przedstawić, została odesłana do znajdującego się w budynku bankomatu po równe 50 euro, a następnie do apteki po jakiś paracetamol, czy coś podobnego. Jak ów system działa we Francji, Szwecji, czy we Włoszech, tego nie wiemy. Wiemy już natomiast z pewnością, jak się sprawy mają w Wielkiej Brytanii i w Niemczech. No i w Polsce.
      Ktoś się zapyta, czemu ja o tym piszę. Otóż właśnie ze względu na Polskę. Wpadł mi akurat w rękę stary juz dość numer tygodnika „W Sieci”, a w nim rozmowa z ministrem zdrowia Konstantym Radziwiłłem, w którym ów Radziwiłł opowiada o wielu związanych z ochroną zdrowia sprawach, natomiast w pewnym momencie informuje, że rząd Beaty Szydło w ciągu najbliższych dwóch zamierza całkowicie zrezygnować z tak zwanego obowiązkowego ubezpieczenia zdrowotnego. Według słów ministra, plan jest taki, by – zgodnie zresztą z Konstytucją – każdy Polak miał nieograniczony dostęp do podstawowych usług medycznych. Według informacji przekazanych przez Radziwiłła, dziś w Polsce, z różnych powodów, mieszka około 2,5 mln osób pozostających poza systemem i nie może być tak, by oni nadal byli zdani na to, co los przyniesie. Dodatkowo, zdaniem Radziwiłła, dalsze utrzymywanie dotychczasowego systemu, wraz z jego całą administracyjną obsługą, jest zwyczajnie nieopłacalne i będzie nadal nieopłacalne, nawet jeśli ludziom bez ubezpieczenia każe się płacić ciężkie pieniądze za leczenie i lekarstwa. Wciąż wedle słów ministra, jeśli zlikwidujemy obowiązkową składkę zdrowotną, państwo nie dość, że nie straci, to może wręcz zyska, choćby na tym, że osoby, które się z jakiegoś powodu nie ubezpieczyły, skutkiem braku leczenia, nie ulegną chorobom na tyle ciężkim, że ich utrzymanie przy życiu będzie kosztowało państwo bez porównania więcej, niż by ono zarobło na tych nieszczęsnych składkach.
      Obiecał więc minister Konstanty Radziwiłł, że w roku 2017, czy 2018, Polska udostępni darmowe usługi zdrowotne wszystkim potrzebującym i na tym polskie państwo wyłącznie zarobi. Jak? Różnie. I finansowo i moralnie. I powiem szczerze, że poza programem 500+, nasza władza niczym mnie aż tak nie ucieszyła. Jeśli oni załatwią nam to, czego doświadczyłem w roku 1996 w miasteczku Pwllheli w Walii, będę wiedział, że to, czygo byliśmy świadkiem w roku 2015, to była prawdziwa zmiana i że ona była naprawdę dobra. A co ciekawe, i jedno i drugie, mnie akurat nie dotyczy.

Zapraszam do kupowania moich ksiażek. Pomijając tę o siedmiokilogramowym liściu, której nakład na razie jest wyczerpany, wszystkie mozna zamawiać w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.


       

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz