niedziela, 7 sierpnia 2016

Gdy Niemcom zaczyna coś śmierdzieć

      Nie będzie mnie przez dwa dni, bo jadę na wakacje, a zatem aż do wtorku zostawiam Was z moim ostatnim felietonem do „Warszawskiej Gazety”. Sprawa zdecydowanie zasługuje na osobny, dłuższy tekst, no ale to może innym razem.

      Przyznaję, że kiedy rząd Beaty Szydło wprowadził w życie program 500+, przez myśl mi nie przyszło, że te 500, 1000, czy kilka tysięcy złotych, zmienią życie nasze życie w taki sposób, że owa zmiana kompletnie też zmieni całe społeczeństwo. A zatem, kiedy media podawały nam kolejne liczby, myślałem raczej o ogólnym standardzie życia, o tych dzieciach, którym trzeba kupić tornistry, o bogatszych obiadach, o remoncie, na który będziemy sobie mogli wreszcie pozwolić, a więc o tym, co się zamyka w czterech ścianach naszych domów. Natomiast, jak mówię, nawet do głowy mi nie przyszło myśleć o Polsce, którą mamy za oknem.
      Żyję już na tym świecie ponad 60 lat i wydaje mi się, że wiem znakomicie, jakie skojarzenia może nieść ze sobą hasło „wczasy”. Jeszcze dawno temu, kiedy Wojciech Młynarski śpiewał swój słynny przebój „Jesteśmy na wczasach”, oczami wyobraźni widziałem tych wszystkich ludzi, którzy mieli nam przez kolejne lata demonstrować, w jaki sposób wypoczywa nasza Polska. Kolejne lata już tylko potwierdzały ów obraz – obraz Polski wypoczywającej, czy to w owych „góralskich lasach”, czy „gdzieś w nadmorskiej wakacyjnej miejscowości” i powiem uczciwie, że, czy to jeszcze w czasach studenckich, czy dużo, dużo później, starałem się bardzo, by moje ścieżki, broń Boże, się nie skrzyżowały ze ścieżkami owych „wakacjowiczów”.
     Nie zmienia to faktu, że doskonale wiedziałem, kim są ludzie, których mam się wystrzegać. Gdyby ktoś jednak nie do końca się orientował, o kogo chodzi, polecam najnowszy numer tygodnika „Newsweek”, gdzie wreszcie, po tych wszystkich latach, przedstawiono nam to, z czym mieliśmy do czynienia rok w rok od dnia, kiedy zaczęliśmy się orientować w zastanym świecie. Ale jeszcze coś. Tam właśnie, w owym okładkowym tekście, poświęconym owej „białej nędzy”, która za otrzymane od rządu Beaty Szydło postanowiła sobie poużywać na nadmorskich plażach, możemy wreszcie się zapoznać z porządnym socjologicznym opisem owego zjawiska, które towarzyszy nam od lat 60., przez pamiętny schyłek komunizmu, całe lata 90. wyznaczone sukcesem owego słynnego kapitalistycznego skoku, aż po dzień dzisiejszy, kiedy to, jak nagle się dowiadujemy, pisowska hołota, za pisowskie pieniądze, żre te frytki, sra pod siebie, no a przy okazji niszczy estetyczny wymiar tego, co tak pięknie w swojej słynnej piosence opisał Wojciech Młynarski, a co ową niezwykłą klamrą domknęła jego córka Agata, opisując na Facebooku ów dziki tłum z tymi smutnymi pięćsetkami w ręku na deptaku Władysławowa.
     Oto zatem najnowsza historia Polski w wydaniu pop. Najpierw mieliśmy ów przaśny gomułkowski komunizm tak znakomicie opiewany przez Młynarskiego, potem wybuch społecznej rewolucji, zakończony długimi latami prosperity, wreszcie rząd Prawa i Sprawiedliwości z ową, po raz pierwszy od lat, obietnicą, że oto będzie można wyjechać na wakacje, a na końcu owej nitki, Niemiec, dyskretnie otwierający okno swojego gabinetu, żeby coś zrobić z tym smrodem.

Książki są jak zawsze do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Serdecznie zachęcam.
      


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz