sobota, 9 lipca 2016

Dzieci z zapałkami - reaktywacja

Tak się złożyło, że wbrew wczorajszej obietnicy jestem tu i dziś. Hanka poszła do kosmetyczki i fryzjera, żona podobnie, garnitur, koszula i krawat wiszą bezpiecznie, buty kupione – mogę więc spokojnie sobie siąść, napić się kawy i zająć głupstwami… no może niekoniecznie głupstwami, bo, jak wiemy, ślub ślubem, a żyć trzeba.
Otóż, jak wszyscy wiemy, wczorajszy dzień minął nam na dyskusjach, w jaki sposób „lekcja”, jakiej Polsce udzielił prezydent Obama zmusi do refleksji rząd, prezydenta i tę część społeczeństwa, która twardo i jakże nieroztropnie stoi za tym cholernym PiS-em i ani jej w głowie usiąść i się zastanowić. Słowo „lekcja” zresztą pojawiało się wczoraj niejednokrotnie. „Lekcja” i „wstyd”. „Jak odebrali panowie lekcję, której nam udzieliły Stany Zjednoczone”; „Czy czuł pan wstyd, kiedy prezydent Obama udzielał nam lekcji?”; „Cały świat był świadkiem lekcji, jaką Polsce udzielił prezydent Stanów Zjednoczonych”.
Oczywiście, najprościej byłoby tu wzruszyć ramionami i kpiąco odpowiedzieć, że jeśli prezydent Obama faktycznie chciał udzielić nam lekcji, to może lepiej by było, gdyby się zajął, już nie mówię, że strzelaniną między policją, a czarnymi snajperami w Dallas, ale choćby najnowszym skandalem, którego ponurymi bohaterami są szef FBI i Hillary Clinton. My tu jednak nie jesteśmy od tego, by szukać rozwiązań prostych, a zatem ja bym chciał krótko bardzo zwrócić uwagę na sposób, w jaki stanowiska polskich władz bronili wczoraj ich prominentni przedstawiciele. Oni nie dość, że nie uznali za stosowne zasugerować Obamie, żeby się zajął sobą i oskarżeniami, jakie w samej Ameryce kierowane są pod jego adresem i dotyczą jak najbardziej łamania Konstytucji, to nie potrafili jednym prostym słowem wyjaśnić bardziej naiwnej części publiczności, w czym rzecz. To bowiem ów festiwal bezradnego krętactwa, jaki miałem okazję wczoraj obserwować, a nie tych parę nic nieznaczących słów Obamy, był czymś, przez co musiałem się autentycznie czerwienić. Głupio to mówić, ale wygląda na to, że po raz kolejny się potwierdza nasza obawa, że oni nie dość, że mają to wszystko głęboko w nosie, to – co gorsza – nawet nie za bardzo wiedzą, o co w tym chodzi.
Minione miesiące, od pierwszego dnia, gdy zbliżający się szczyt NATO w Warszawie zaczął się stawać tematem dnia, środowiska związane ze starym reżimem za swój główny cel postawiły doprowadzenie do tego, by albo ów szczyt został przeniesiony do innego kraju, albo żeby prezydent Obama go zbojkotował, albo żeby Polska została z niego wykluczona, albo żeby jego głównym tematem stała się sprawa Trybunału Konstytucyjnego. I kiedy na koniec z tych wszystkich marzeń nie zostaje praktycznie nic, poza owymi 90 sekundami komentarza Obamy, w dodatku tak ułożonymi, żeby broń Boże nikt mu nie zarzucił, że się wtrąca w nie swoje sprawy, ta banda frustratów przybiega do nas z wywieszonymi jęzorami i pyta: „No i co? Nie wstyd wam teraz?” A my, zamiast roześmiać się im w twarz, zachowujemy się, jakbyśmy właśnie zostali przyłapani na kradzieży. Powtórzę raz jeszcze, wygląda na to, że spełniają się nasze najgorsze podejrzenia, oni nie dość, że mają wszystko w nosie, to nawet nie za bardzo wiedzą, co się dzieje.
Pamiętam, jak jeszcze w roku 2008 prezydent Lech Kaczyński zapragnął, by kolejne Święto Niepodległości uczcić wielkim balem, na którym pojawią się najważniejsi politycy z całego świata. Kiedy ci sami ludzie, którzy dziś próbowali doprowadzić do porażki szczytu NATO, dowiedzieli się, co się kroi, przeprowadzili wobec Polski absolutnie wyjątkową akcję defamacyjną, mającą na celu storpedowanie owego balu. Ja to pamiętam do dziś. To codzienne szydzenie z prezydenta, który pojawi się na swoim głupim balu i będzie tańczył ze swoim głupim bratem, bo nikt inny tam nie przyjdzie. Pamiętam tę atmosferę, no i oczywiście i pamiętam radość, jaka wokół wybuchła, kiedy okazało się, że najbardziej utytułowani goście nie przyjechali. Napisałem wówczas tekst zatytułowany „O możnych tego świata i dzieciach z zapałkami”, w którym wyraziłem ból i złość z powodu tego, co się stało. Od tego czasu minęło osiem lat i jak widzimy, ta banda zdrajców radzi sobie znakomicie, a my zamiast im zwyczajnie nakłaść po pysku, chowamy się po kątach i udajemy, że nas nie ma. Bardzo źle. Poczytajmy sobie może tamten tekst.


Jeszcze trochę o rocznicy, dobrze? Zwłaszcza, że rocznica będzie pewnie jedynie pretekstem. Wczoraj - oprócz wspomnianego już jednego fragmentu wystąpienia Premiera i jednego fragmentu wystąpienia jednego dziennikarza - zanotowałem dwie jeszcze wypowiedzi, które, moim zdaniem, zasługują wyłącznie na reakcję, którą Anglicy opisują słowami ‘kick in the eye', a Polacy jeszcze bardziej mięsistym ‘kopem w ryj'. Niestety mamy w tej kwestii bardzo ograniczone możliwości, ponadto wszyscy jesteśmy bardzo kulturalni, a gesty honorowe odeszły już dawno w mroki historii. W tej sytuacji, pozostaje albo cichutko sobie chlipać, albo swoimi żalami dzielić się z tymi, którzy nas zrozumieją.
W telewizji TVN24, redaktor Morozowski, podsumowując rok pracy rządu Donalda Tuska, stwierdził, ze jemu osobiście bardzo zaimponował sposób w jaki premier Tusk „rozprowadza" Prezydenta. Morozowskiemu chodzi o to, że Premierowi najpierw niezwykle skutecznie udało się zorganizować bojkot prezydenckiej gali w Teatrze Narodowym, a kiedy już wszyscy zobaczyli nędzę tej rocznicowej uroczystości, te puste miejsca na publiczności, ten wieśniacki program artystyczny, Tusk pojechał do Paryża i pięknie wszystko pozałatwiał.
To był pierwszy ze wspominanych ekscesów. Gdzieś w okolicach Morozowskiego, pojawiła się kobieta o nazwisku Szumowska - reżyser filmowy - by opowiadać o swojej artystycznej wizji. Ponieważ dzień był świąteczny, spytano tę panią Szumowska, jak on widzi politykę. Usłyszeliśmy, że polityka Szumowskiej nie interesuje zupełnie. Owszem, jakiś czas temu, przez jakieś dwa lata, ona była bardzo polityką poruszona i nawet ją to co się w Polsce dzieje, bardzo denerwowało, ale teraz to ona stoi kompletnie z boku. Redaktor przepytujący panią artystkę, zadawał prowokacyjne pytania, że niby ten rząd jest nudny i w sumie nic nie robi, ale pani Szumowska niezmiennie odpowiadała, że może - owszem - i tak jest, ale ona pozostaje niezainteresowana. Pełny spokój.
Zapamiętałem jakoś te dwie wypowiedzi, ponieważ, w zupełnie przedziwny sposób, udało mi się w nich dostrzec pełną symbiozę między tymi, którzy obecnie kreują intelektualne i patriotyczne ambicje społeczeństwa, a tym właśnie społeczeństwem. Morozowski wygłosił komunikat, który stanowił bezczelnie jednoznaczne poparcie dla działań, które w normalnych warunkach musiałby zostać uznane za zdradę stanu, a przedstawicielka opinii publicznej - prawdopodobnie w pełnej zgodzie z oczekiwaniami Morozowskiego i reprezentowanego przez niego obozu zdrady narodowej - oświadczyła, że ona się sprawami Kraju nie interesuje.
Dlaczego zdecydowałem się na używanie aż tak mocnych słów pod adresem ludzi, którzy nie robią nic innego, jak tylko przedstawiają swoje poglądy? Przede wszystkim ze względu na szczere przekonanie, że zło, jakie nas otacza zasługuje na najmocniejsze słowa pogardy, a jeśli te słowa tak rzadko padają, to tylko dlatego, że do tego zła zostaliśmy w bardzo perfidny sposób przyzwyczajeni. Polska przeżywa 90-tą rocznicę odzyskania, po setkach lat niewoli, niepodległości. Rocznicę tego cudu, który gdyby się nie zdarzył, bylibyśmy dziś, jak pisze Zdzisław Krasnodębski, być może „grupą etniczną podobną do Serbów łużyckich - ledwie tolerowaną mniejszością pokazywaną na festiwalach folklorystycznych". Lech Kaczyński, jako prezydent wszystkich Polaków, pragnąc uczcić tę rocznicę, organizuje uroczystą galę z udziałem reprezentantów całego współczesnego świata. Polityczni przeciwnicy Prezydenta, żeby go poniżyć i wykpić, podejmują wielotygodniowe starania, żeby sukces gali maksymalnie osłabić, a kiedy im się to przedsięwzięcie częściowo udaje, poważny przedstawiciel mediów bije w zachwycie brawo, bo z jego punktu widzenia było bardzo śmiesznie obserwować, jak Polska jest ośmieszana.
A przecież to już nie pierwszy raz. Pamiętamy wszyscy bardzo dobrze, jak prezydent Kaczyński planował urządzić piękne i podniosłe uroczystości mordu katyńskiego i niestety musiał całe przedsięwzięcie odwołać, bo bojkot zorganizowany przez jego politycznych przeciwników sięgnął tak głęboko, że istniała obawa kompromitacji. Pamiętamy, jak z udziału w uroczystościach wycofywali się po kolei czołowi przedstawiciele świata polityki, kultury i sztuki, bo wiedzieli, że jeśli nie wykażą solidarności ze swoimi mocodawcami, utracą zbyt wiele. A wszystko tylko po to, by nielubiany prezydent za dużo sobie nie myślał.
Właśnie na DVD ukazał się film Martina Scorsese o Rolling Stonesach. Jest tam taka scena, gdy na koncercie Stonesów pojawia się prezydent Clinton... z Kwaśniewskim. Clinton przedstawia Kwaśniewskiego Jaggerowi, że oto prezydent Kwaśniewski z Polski. Ja Kwaśniewskiego nie znoszę. Moja nienawiść do Kwaśniewskiego jest, że tak powiem wypita z mlekiem matki. Nie chodzi o to, że on był moim zdaniem złym prezydentem, że dla mnie wygląda jak świnia, nie o to, że wygląda jak czerwona świnia, nawet nie o to chodzi, że jest pijakiem. Ja go nienawidzę, bo jest dla mnie komuchem, oraz przedstawicielem zbrodniczego systemu, osobiście - jak podejrzewam - odpowiedzialnym za wiele bardzo złych rzeczy. Jednak ostatnią rzeczą, na jakiej by mi zależało to to, by podczas tej prezentacji Kwaśniewski na przykład się przewrócił i żeby to zostało zapisane na taśmie filmowej przed całym światem.
A my dziś mamy sytuację taka, że dla swoich najniższych i najbardziej parszywych instynktów, cała grupa niezwykle wpływowych osób ze świata polityki i mediów aż przebiera nogami, by wystawić nasz kraj na pośmiewisko świata. Mało tego. Oni zajmują się zaspokajaniem tych swoich emocji i są przy tym z siebie okropnie dumni. Część z nich wręcz przyznaje, ze tak, to prawda, niech ten kraj spłonie, bo tylko tego rodzaju katharsis może umożliwić prawdziwą odbudowę. A głupi ludzie patrzą na to wszystko i albo biją brawo, albo - w najlepszym wypadku - wzruszają ramionami i oświadczają, ze oni się już polityką nie interesują. Kiedyś, jak im kazano, to - owszem - mieli coś do powiedzenia, ale dziś? Jest fajnie.
A co z tymi, którzy dbają, którym zależy, którzy wiedzą, że to nasza Polska i że jesteśmy tym Narodem? Co z tymi, którzy wychodzą z domu, biorą ze sobą dzieci i udają się albo do kościoła, albo na miejscowe uroczystości? Im z kolei specjaliści od nazywania rzeczy po nowemu wyjaśnią, że oni tak tylko dlatego, że była ładna pogoda. Że gdyby było zimno i padał deszcz, pies z kulawą nogą nie zainteresowałaby się co się tam za oknem dzieje. I ten ‘kartofel' musiałby sam się tam zabawiać ze swoją Polską i z tym swoim babsztylem. Bo ktoś, kto nawet nie zasługuje na to, by jechać z wizytą do Japonii, ale zwyczajnie do Azji - w ogóle nigdy nie zasługuje na nic dobrego.
Więc jeśli mnie ktoś spyta, czemu ja się tak denerwuję, albo czemu się nie zastanowię, jak ta moja miłość do Kaczorów zrujnowała moje umiejętności oceny, czemu nie popatrzę, jak to Kaczyński sam się wprowadza w ten stan, w którym już go tylko wszyscy nienawidzą, to ja mam jedną odpowiedź. Ja się nad moimi umiejętnościami obserwacji i wyciągania wniosków zastanowię, kiedy w tej debacie będę miał naprzeciwko siebie ludzi prawdziwie zatroskanych. Patriotów i Polaków. A nie z jednej strony bezpośrednich - nie tylko ideologicznych i intelektualnych - spadkobierców tych, o których można przeczytać w Piśmie Świętym, jak to nawet setki lat im nie wystarczyły, żeby się najzwyczajniej w świecie zasymilować. A z drugiej, kompletnie ogłupiałych widzów, którzy czując potęgę tych swoich potężnych opiekunów, zrezygnowali z tego, z czego tradycyjnie rezygnować nigdy nie było wolno.

I tyle. Wszyscy ciągle poza domem, ale ja już powiedziałem wszystko co chciałem, więc może tylko zachęcę do kupowania książek pod adresem www.coryllus.pl i pójdę poodkurzać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz