środa, 6 lipca 2016

Polska, czyli światło, które nigdy nie gasnie

Może ktoś jeszcze pamięta, ale przed wieloma laty wspomniałem tu bardzo dogłębną i surową krytykę książki pod wstrząsającym tytułem „Fredzia Phi-Phi”, którą w dawniejszych jeszcze czasach napisałem i wysłałem do różnych redakcji z prośbą o opublikowanie, jednak bez efektu. Owa „Fredzia Phi-Phi” stanowiła wybuch translatorskiego talentu niejakiej Moniki Adamczyk, która uznawszy, że klasyczny już przekład Ireny Tuwim pod równie klasycznym tytułem „Kubuś Puchatek” wymaga radykalnej reakcji, najpierw wychodziła sobie odpowiednią życzliwość tak zwanych czynników, a potem już siadła przy biurku, no i stało się, co się stało. Jak mówię, całość owego przedsięwzięcia omówiłem, jak sądzę bardzo solidnie w swoim czasie i myślę, że przy jakiejś okazji spróbuję to wszystko powtórzyć w rozszerzonej formie, jednak dziś chciałbym zwrócić uwagę na jeden tylko element szaleństwa owej Adamczyk. Otóż proszę sobie wyobrazić, że jej wersja jest całkowicie pozbawiona zdrobnień. We „Fredzi Phi-Phi” zamiast balonika jest balon, zamiast chmurki chmura, zamiast łapki łapa, norki nora i tak konsekwentnie dalej, włącznie z niedźwiedziem o bardzo małym rozumie.
Czemu tak? Adamczyk tłumaczy wszystko w przedmowie do swojego dzieła. Zauważyła ona mianowicie, że w oryginalnej wersji nie ma zdrobnień i uznała to za celowy zabieg autora, który jej zdaniem nie chciał popaść w głupi infantylizm i stąd ów balon zamiast balonika Ireny Tuwim. Rzecz w tym jednak – i tego akurat Adamczyk najwyraźniej się nie nauczyła – że język angielski w ogóle jest pozbawiony zdrobnień. Pomijając te kilka wyjątków z przyrostkiem –let, jak starlet, droplet, czy ringlet, jeśli Anglicy uznają, że przydałoby się im trochę prawdziwego ciepła, to pomagają sobie przymiotnikiem „little”. Inaczej jest w języku polskim, my wręcz stopniujemy zdrobnienia, jak – by już pozostać przy wcześniejszym przykładzie – w gwieździe, gwiazdce i gwiazdeczce. I taka to uroda nasza, naszej mowy, ale też i naszych serc i naszego charakteru.
Nie wiem, czy było to spowodowane nastrojem, w jaki wpadłem przeżywając ten wybuch patriotycznego uniesienia związanego z występem polskiej drużyny narodowej na stadionach Francji, a potem owym niezwykłym wyznaniem Kuby Błaszczykowskiego, czy może przyszło owo wspomnienie do mnie przypadkiem, ale niemal jak grom z jasnego nieba spadły na mnie słowa wierszyka, który ostatni raz słyszałem może pół wieku temu z ust mojej babci, a potem, z biegiem lat, o nim niemal na śmierć zapomniałem. Proszę posłuchać:

Szło dziecię przez rzeczkę
I niosło bułeczkę.
Dla figielków płochych
Rzuca w wodę trochę.
Rybki to spostrzegły,
Do bułki się zbiegły.
Jak teraz myślicie?
Skąd się wzięło dziecię?
Bóg je wiódł przez rzeczkę,
Bóg mu dał bułeczkę,
Bóg rączką kierował,
Rybki poczęstował.


Mieliśmy tu ostatnio różne nastroje, gdy chodzi o Polskę. Wystarczy wspomnieć to wszystko cośmy sobie musieli powiedzieć na temat naszych talentów, jakie są demonstrowane przy okazji programu „Mam talent”. Przyznam uczciwie, że to właśnie ten nastrój towarzyszy mi w tych dniach przede wszystkim. Nie owa biało-czerwona radość niestety, ale to nieszczęście ze świnią, która się zesrała, a myśmy w tym momencie oszaleli ze szczęścia. A jakby tego było mało, parę dni temu pojawił się ów iluzjonista Ząbek, który odstawił już takie widowisko, że należy się naprawdę zastanowić, czy nie lepiej już nam było zostać przy tej świni. A więc wstyd i owa ponura świadomość, że nic z nas już nie będzie.
No i tu nagle wraca do mnie z tą niezwykłą dokładnością i całą swoją głębią tamta rymowanka sprzed lat, a ja czuję, że jest to światło, które nie zgaśnie nigdy. Chodzi tylko o to, byśmy go nigdy nie stracili z oczu. Choćby nawet oni wszyscy naraz zaczęli dmuchać w ten płomień. Bardzo to jest pokrzepiająca myśl.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje – i nie tylko moje – książki. Bardzo polecam.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz