czwartek, 10 marca 2016

O kościele do którego wrócił Pan Jezus

Może ktoś jeszcze pamięta tekst sprzed ponad już roku, w którym opowiedziałem o pewnym kościele w Ludomach niedaleko Poznania, opuszczonym, zrujnowanym i niemal całkowicie zapomnianym przez wiernych, z wyjątkiem pewnego człowieka i grupki miejscowych dzieci, którzy, mimo że tam już nie było Pana Jezusa, tylko krzyż, parę ławek i ledwo trzymający się kupy konfesjonał, postawić ów kościół na nogi, tak, by kiedy któregoś dnia świat sobie o nim przypomni, on mógł powitać wiernych w miarę godnie. I oto wczoraj dotarła do nas radosna nowina, że dzięki decyzji arcybiskupa Gądeckiego ów kościół znów stanie się kościołem. Z tej okazji przypominam tamtą notkę i proszę wszystkich: Chwalmy Pana, bo jest wielki.

Każdy z nas, kto ma dzieci, czy to swoje własne, czy w rodzinie, zna ten problem doskonale. Myślę zresztą, że tu nawet i to nie jest potrzebne. Wystarczy minimalny zmysł obserwacji, by zauważyć, że od czasu, gdy wszyscyśmy śpiewali „Już za kilka dni, za dni parę, wezmę plecak swój i gitarę” świat się zmienił wręcz nie do poznania, a z nim nasze dzieci, a z nimi często i my sami. I daję słowo, że wcale niekoniecznie chodzi mi o to, że nawet my tutaj dziś znaczną część wolnego czasu spędzamy przed komputerem, czy to nawet, że mój syn swojego najbliższego kolegi, który mieszka parę ulic dalej, nie widział od paru lat, z tego prostego powodu, że im wystarczy Facebook. To oczywiście też, ale przede wszystkim mam na myśli to wszystko, co tak pięknie zostało usymbolizowane owym „plecakiem i gitarą”. A więc, mówiąc ogólnie, tak zwaną sztukę życia.
Jak wiemy, końcówkę zeszłego tygodnia spędziłem w Poznaniu, a dokładniej rzecz biorąc w Kiekrzu u księdza Krakowiaka. Nie będę opisywał tego pobytu bardziej dokładnie, bo raz, że nie sądzę, by to wielu z nas interesowało, a dwa, że słowa, nawet i tak giętkie, jak moje, oddać tego nie zdołają, jednak chciałem opowiedzieć króciutko pewną przygodę, która zrobiła na mnie takie wrażenie, że zaniemówiłem i trochę mnie to trzyma do dziś.
Otóż pojechaliśmy w sobotę do pewnej wioski pod Poznaniem, gdzie ksiądz chciał mi pokazać były kościół. Pisząc „były kościół”, nie mam oczywiście na myśli tego, z czym możemy się spotkać choćby w Pradze, ale pozornie normalny, stary kościół z czerwonej cegły, taki, jakich tam jest cała masa, a więc kościół z witrażami, ołtarzem, krzyżem, ławkami, chórem, a nawet konfesjonałem zsuniętym gdzieś pod ścianę, tyle że bez Pana Jezusa. A skoro bez Pana Jezusa, to kościół, do którego na przykład można wejść, nie zdejmując czapki.
Ja akurat czapkę zdjąłem, bo mam taki odruch, natomiast ludzie, których spotkaliśmy w środku, owszem, nie zawracali tu sobie niepotrzebnie głowy. Co to byli za ludzie? Otóż pewien znajomy księdza plus czterech chłopaków, takich najbardziej klasycznych wiejskich chłopaków w wieku określanym pogardliwie, jak „gimbaza”, w wełnianych czapkach na głowach i tanich kurtkach na grzbietach. To była sobota rano, piękny, ni to zimowy, ni to wiosenny dzień, pierwszy dzień poznańskich ferii, no a ów znajomy księdzu pan i tych czterech miejscowych chłopaków spędzali czas w opuszczonym przez Pana Jezusa kościele i go myli. Właśnie tak – oni tam przyszli, by myć ten dziwny kościół; nawet nie sprzątać go, bo tam nie było co sprzątać, ale go myć z wieloletniej skorupy brudu.
Wyjaśnił mi ksiądz Krakowiak, że od czasu, jak wiele już lat temu w wiosce pobudowano nowy kościół, stary stał się niepotrzebny i po pewnym czasie, siłami natury, zaczął przypominać owe opuszczone, poniemieckie kościoły ewangelickie, których tam, na zachodnich ziemiach, jest naprawdę niemało. Rzecz jednak w tym, że ten tu akurat, z tego co wiadomo księdzu, jest jedynym takim kościołem katolickim. Jedynym katolickim kościołem, w którym nie ma Pana Jezusa. A widok ów jest tak bolesny, że nie uszedł on uwadze pewnego lokalnego mieszkańca, który jakiś czas temu nie wytrzymał, zwrócił się do proboszcza, by mu pozwolił ten kościół doprowadzić do porządku, pozwolenie otrzymał, ściągnął tych czterech chłopaków, no i oni w piątkę klęczą tam z tym szmatami, szczotkami, wiadrami i pucują tę podłogę. Na razie podłogę.
Ja wiem, że aby pojąć wielkość tego obrazu, trzeba by go mieć przed oczyma, ale postaram się to, co widziałem, opisać. Przypomnę więc : mamy piękny, ciepły, bezchmurny, sobotni poranek, pierwszy dzień ferii szkolnych, ten brudny jak jasna cholera kościół i tych czterech wiejskich gimnazjalistów skrobiących na kolanach tę podłogę. Oni nie uczcili tego poranka, zasiadając do swoich komputerów, by zobaczyć, co słychać na fejsie, ani nie jadąc do miasta, by się posnuć po jednej z poznańskich galerii, oni nawet nie uznali za stosowne wyspać się do południa, bo to przecież wreszcie dzień, w którym nie trzeba iść do szkoły. Oni wstali z samego rana, założyli te stare kurtki, jakieś dziurawe dżinsy, czapki z pomponem i poszli myć podłogę w kościele, z którego zabrano Pana Jezusa, a skoro Pana Jezusa, to i każdego z nas. Bardzo mocny ten widok. Daję słowo, że bardzo mocny.
Pan, który nam opowiadał, jak tam przed nimi jest jeszcze dużo pracy, pokazał na malutki kwadrat podłogi, częściowo już umyty. Mały fragment, wciąż cały oblepiony brudem tych lat, ale już trochę jaśniejszy od reszty. A ja sobie myślę, że te ferie się skończą, trzeba będzie wracać do szkoły, zostaną za to soboty i coraz dłuższe dni. Mam naprawdę wielką nadzieję, że kiedy przyjdzie lato, ci chłopcy dadzą radę wyjechać choćby na parę dni normalnych wakacji. Życzę im tego z całego serca.

Tak jak wtedy przed rokiem, tak i dziś w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, ale też tu na tym blogu, można kliknąć w którąś z moich książek i już. Polecam gorąco.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz