środa, 12 sierpnia 2015

O zerach, po których nic nikomu

Ponieważ upały tak mnie osłabiły, że nie jestem w stanie myśleć nawet o perspektywach, jakie się rozciągają przed Marcinem Kędryną, proponuję poczytać sobie tekst stanowiący jeden z rozdziałów mojej książki „o bananach”. Swoją drogą, bardzo przewrotnie w temacie ostatnich dni.

Możliwe że widziałem go już wcześniej – kto wie czy nie w tych pieprzonych Niemczech dziesięć lat wcześniej – ale jak idzie o prawdziwe, świadome przeżycie, to ananas w mojej świadomości pojawił się dopiero wtedy, gdy w Katowicach otwarto sklep Future 2, która to nazwa wbrew pozorom, a z pewnością zgodnie z lokalną tradycją, czytana była po niemiecku.
Tam było wszystko... No, może przesadzam. Może nie wszystko. Ananasy natomiast były z całą pewnością. Ananasy, kokosy, i to dokładnie takie same jak ten z filmu „Nocny Kowboj”, który biednemu Ratso wypadł z okna. A trzeba pamiętać, że to był zaledwie początek. To coś bowiem szybko padło i zostało przejęte przez dzieci starego Wiatra, czy może jego kumpla Pastusiaka, w postaci tak zwanego Empiku, natomiast w rożnych innych miejscach zaczęły się pojawiać – wprawdzie jeszcze bez galerianek, ale już robiące jak najbardziej solidne wrażenie – klasyczne już galerie handlowe, gdzie taki kokos z Future Zwei to był naprawdę żart. I z tego właśnie zaciągu powstał też potężny sklep o nazwie Geant.
Był rok 2000 i wtedy jeszcze, chyba siłą rozpędu po słodkich latach PRL-u, powodziło nam się zupełnie nie najgorzej. W ogóle, z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że tamten właśnie rok miał swoją moc symboliczną. Ja na przykład zacząłem wtedy pracować w szkole i niemal pierwszą rzeczą jaką poznałem, to była karta kredytowa Citi Banku. Do pokoju nauczycielskiego weszli ci wystrojeni akwizytorzy i wszystkim nauczycielom dali po jednej karcie ze zdjęciem i jakimiś paroma tysiącami w środku. A potem wszystko już poszło szybko. I to nawet niekoniecznie jak idzie o Citi Bank.
A zatem, był rok 2000, któryś z weekendów, wzięliśmy dzieci i, jak przystało na nowoczesną rodzinę, udaliśmy się na zakupy do wspomnianego Geanta. Pamiętam że kupiliśmy wtedy strasznie dużo najróżniejszego towaru, za naprawdę ciężkie pieniądze, no i w momencie kiedy już po zapłaceniu za ten wózek opuszczaliśmy kasę, podeszli do nas sklepowi ochroniarze... i nas wszystkich najzwyczajniej w świecie aresztowali. Oczywiście żona moja, osoba która do dziś żyje na tym poziomie obywatelskiego napięcia, że gdy tylko w którymś ze sklepów zapiszczy jej bramka, robi na cały sklep taką awanturę, że skutkiem tego znają ją już wszystkie agencje ochroniarskie w mieście, postawiła się dzielnie ochronie postawić... niestety na próżno. Zostaliśmy otoczeni, bez słowa wyjaśnienia zaprowadzeni na zaplecze sklepu i zamknięci w jakiejś klitce z kamerą pod sufitem.
Pytaliśmy się oczywiście, przekrzykując płacz dzieci, o co chodzi, ale wciąż dostawaliśmy jedną odpowiedź: „Dowiedzą się państwo w stosownym czasie”. No i wreszcie, po dłuższym oczekiwaniu, do celi przyszedł jakiś umyślny, przyniósł paczkę kredek i poinformował nas, że oto któreś z naszych dzieci naderwało folię, w którą kredki były zapakowane, i że w związku z tym mamy zapłacić 11 złotych i sobie te kredki zabrać.
Poszliśmy więc do kasy, kupiliśmy te kredki, żona moja je natychmiast – jak to ona – demonstracyjnie wyrzuciła do kosza, wróciliśmy do domu, a ja – pamiętając jeszcze z dawnych czasów zwyczaj, że z wszelkimi pretensjami idzie się prosto do Komitetu Wojewodzkiego PZPR i korzystając ze swoich wrodzonych umiejętności literackich – napisałem ładny list do „Gazety Wyborczej”. „Gazeta Wyborcza” zareagowała natychmiast. Zadzwoniła do nas jakaś kobieta, umówiła się z nami na spotkanie, myśmy jej wszystko opowiedzieli, no i z tego zrobiła się afera o skali porównywalnej chyba tylko z wtedy jeszcze zaledwie się rodzącą aferą Rywina.
Po pewnym czasie dostaliśmy telefon z dyrekcji Geanta i zaproszono nas na spotkanie. Poleźliśmy tam we dwójkę, obok nas siedziała przedstawicielka „Wyborczej”, przed nami jakiś Francuz, tłumaczka i ktoś jeszcze, no i Francuz – nie wdając się w szczegóły – zapytał nas, co chcemy za to, że nas tak potraktowano. Dziś sobie myślę, że to cośmy wtedy zrobili, zwłaszcza biorąc pod uwagę lata, które nastały, stanowiło błąd największy. Było jednak tak, że mając przed sobą tego Francuza, który z trudem ukrywał pogardę dla grupki biednych Polaków, którzy chcą go naciągnąć na jakieś grosze, właściwie równocześnie wymyśliliśmy, że nie weźmiemy od niego ani grosza. I kiedy Francuz zapytał nas, co chcemy, ja mu powiedziałem, że on chyba oszalał sądząc, że ja będę za niego myślał. Niech sam kombinuje. On wtedy wyjął czek, napisał na nim jedynkę z trzema zerami i podsunął mi go pod nos. Wtedy powiedziałem mu, że nawet jeśli on tam zacznie dopisywać kolejne zera, to nic z tego nie będzie, bo, jak to powiedział – inna sprawa, że mocno bez sensu – Mickey Rourke w filmie „Rok Smoka” pewnemu Chińczykowi, nas Polakow nie da się przekupić. No i proszę sobie wyobrazić, że on mnie wtedy zapytał, ile ja sobie tych zer życzę.
To właśnie wtedy nawaliłem. Zamiast mu coś tam rzucić, ja mu powiedziałem, żeby sobie ten czek wsadził i kombinował dalej. No i on wreszcie zapytał, czy może dzieci by coś chciały. Zabawkę, albo coś podobnego. No i tak się więc ostatecznie stało, że któregoś dnia, pojawił się u nas w domu specjalny kurier i przyniósł naszym dzieciom ogromne pudła z zabawkami plus dla każdego osobisty list z przeprosinami od firmy Geant. Trochę głupio, przyznaję, przynajmniej jednak mam satysfakcję, że on do dziś, kiedy jest tak nudno, że już nie ma o czym gadać, wspomina ten swój pobyt w Polsce, gdzie spotkał bardzo dziwnych Polaków. Polaków, dla których honor znaczył więcej niż jego portfel.
Geanta dziś już nie ma. Na jego miejscu jest coś co się nazywa Real. My już jednak tam bywamy bardzo rzadko. Czasem tylko wybierzemy się na krótko, by kupić flaszkę po mocno okazyjnej cenie, słoik indyjskiego sosu – też taniej niż choćby w takim Tesco – lub ciasteczka dla psa. I tylko sobie czasem myślę, że szkoda że mój ojciec nie dożył tych czasów. On, jako ostatni na tym świecie prawdziwy liberał, byłby zachwycony. Przynajmniej na początku. Tyle dobrego, że papieża doczekał.

Z informacji, jakie dostaję od Coryllusa, wiem, że nakład książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” , z której pochodzi powyższy tekst, jest już niemal na wyczerpaniu. Dodruk póki co nie jest planowany. Proszę więc nie tracić okazji. Ta i inne moje książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz