piątek, 17 kwietnia 2015

Baba, pies i mózg, czyli o nieskończonej wyobraźni prezydenta Komorowskiego

Przedstawiam kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Mam wielką nadzieję, że jego przesłanie zdąży przed tymi durniami od Korwina, którzy najwidoczniej nie zamierzają spocząć dopóki tego wszystkiego ostatecznie nie rozpieprzą.

Ponieważ wśród czytelników „Warszawskiej Gazety” większość to osoby poważne i niechętnie oddające się czynnościom niepotrzebnym, tu akurat, jak sądzę, nazwisko niejakiego Łukasza Jakóbiaka musi pozostawać nieznane. Podobnie jak nieznany jest prowadzony przez niego na youtubie show sprowadzający się do rozmów z celebrytami. Otóż jest tak, że ów Jakóbiak do najnowszego ze swoich programów zaprosił samego Bronisława Komorowskiego, z którym przeprowadził kilkunastominutową rozmowę, której, jak sądzę, jedynym celem było pokazanie Komorowskiego, jako sympatycznego głupka, takiego, jakim zapewne jest każdy z sympatyków wspomnianego programu.
Jak wiele z kampanijnych gestów wykonywanych ostatnio przez sztab Bronisława Komorowskiego, i ten został, właściwie przez wszystkich komentatorów, potraktowany jako ciężka wpadka, a sam program i jego autor trafiły na równie pochyłą z tego prostego powodu, że najnowsza polityczno-medialna historia kraju nie zna chyba aż tak żenującego przykładu propagandowej manipulacji, gdzie wszystko od początku do końca jest tak zawstydzające, że jedyną reakcją będzie już tylko oblać się rumieńcem i wejść pod stół.
Ja jednak zwróciłem uwagę na coś, co musi stanowić wyczyn nawet w przypadku tak już kompletnie sprawdzonym i opisanym, jak przypadek Bronisława Komorowskiego. Oto w pewnym momencie rozmowy – przypomnijmy, że, jak się domyślamy, precyzyjnie przygotowanej i prowadzonej wedle bardzo precyzyjnego kampanijnego planu – ów Jakóbiak zwraca się do kandydata z prośbą, by wymienił trzy rzeczy, które ten by zabrał ze sobą na bezludną wyspę, i na to, wydawałoby się dające tyle możliwości, pytanie Bronisław Komorowski odpowiada, co następuje: „No wie pan, wbrew pozorom nie wziąłbym książki, bo mam dużą wyobraźnię, natomiast jako harcerz, wziąłbym rzeczy praktyczne, które pozwoliłyby mi przeżyć”. A więc? – pyta, zdecydowanie w tej szczególnej sytuacji niepolitycznie, Jakóbiak, na co Komorowski odpowiada: „Pewnie jednak towarzyszkę życia”. I w tym momencie, zamiast uznać, że w przypadku akurat Prezydenta, owa „towarzyszka” starczy nie tylko za trzy, ale i dziesięć rzeczy, które nasz gajowy mógłby wziąć ze sobą na bezludną wyspę, Jakóbiak naciska głupio, informując, że mamy przecież jeszcze trochę miejsca. Prezydent myśli, myśli, myśli… i wreszcie odpowiada: „To może psa”. Jeszcze coś? Owszem: „Wspomnienia”.
Może wyjaśnię nieco bliżej, w czym rzecz. Pada pytanie, znane od pewnie już setek lat, o tę nudną jak jasna cholera bezludną wyspę, a z nim – zwłaszcza w sytuacji kampanii wyborczej – pytanie, gdzie można już tylko robić wrażenie. Bez najmniejszego wysiłku. I oto Pierwszy Obywatel Prezydent Komorowski odpowiada: „Gdybym znalazł się na bezludnej wyspie nie wziąłbym książki, bo mam dużą wyobraźnię, natomiast, jako harcerz, zabrałbym ze sobą same najbardziej praktyczne przedmioty, które by mi pozwoliły przeżyć, a więc babę, psa i mózg”. A i to dopiero po wielokrotnych naciskach ze strony zaprzyjaźnionego dziennikarza.
Przepraszam bardzo, ale jeśli ten człowiek zostanie prezydentem po raz drugi, spod tego wstydu się nie wygrzebiemy do dnia, w którym zgaśnie słońce.

Jutro i pojutrze jestem w Warszawie na targach. Wszystkim przypominam: Arkady Kubickiego, stoisko nr 11. Ponieważ wyjeżdżam z samego rana, pewnie dzisiejszy tekst poleży tu aż do poniedziałku. Na szczęście jest napisany ładnie, mocno, a przesłanie też solidne. Jest więc o czym myśleć.

1 komentarz:

  1. @Toyah
    Sala sądowa uwłaczała godności Głowy, atelier tego cudoka było jak znalazł.
    "Towarzyszka życia". Nie wydaje Ci się ten zwrot niepokojąco nienaturalny?? Zresztą tam zaraz pojawia się ten pies i to jest moim zdaniem ten trop.

    OdpowiedzUsuń