czwartek, 29 stycznia 2015

Co księża wiedzą o życiu, co życie wie o nich?

Być może niektórzy z nas mieli kiedyś okazję uczestniczyć w jednym z wielu sporów na temat rzekomej niekompetencji księży, gdy idzie o całą sferę życia definiowaną przez życie rodzinne, kiedy to jedna strona debaty prezentuje opinię, że księża nie są w stanie pouczać nas w kwestii małżeństwa, czy wychowywania dzieci, bo jako osoby z zasady samotne o jednym i o drugim nie mają najmniejszego pojęcia, druga natomiast twierdzi, że choć oni rzeczywiście nie mają tu doświadczenia osobistego, na temat rodziny we wszystkich jej odcieniach wiedzą znacznie więcej od nas, choćby tylko dzięki opowieściom, jakie słyszą w konfesjonale od mężów, żon, dzieci, szwagrów i zięciów. Jeśli weźmiemy księdza z odpowiednią historią, to co on wie o życiu w ogóle, może przerastać nasze najbardziej szalone wyobrażenia. Jego wiedza o życiu – i to wcale niekoniecznie tylko rodzinnym – może być tak wielka, że z nim nie mogą konkurować nawet najbardziej wzięci psychoterapeuci, choćby z tego względu, że oni przez połowę swoich sesji muszą się przedzierać przez najbardziej wymyślne kłamstwa. Księża stoją zawsze wobec czystej prawdy.
Oczywiście, jak się pewnie czytelnicy tego bloga już zdążyli zorientować, ja tu zdecydowanie trzymam sztamę z księżmi. A moja sympatia do nich jest tak duża, że czasem naprawdę nie jestem w stanie pojąć, jak wobec owego zalewu autentycznego życia właśnie, oni w swojej większości jeszcze nie zwariowali i nie rzucili w diabły tej cholernej sutanny.
Jakiś czas temu w jednym ze swoich tu komentarzy zaprzyjaźniony z nami ksiądz Don Paddington zasugerował, że jest bardzo możliwe, iż wszyscy ci księża, o których media nas raz na jakiś czas informują, że przy tej czy innej okazji postanowili rozstać się ze swoim powołaniem, zrobili to niekoniecznie nawet przez jakiś brudny romans, czy tym bardziej niewinną utratę wiary, by już zupełnie nie wspominać o takich bałwaństwach jak to, że ten czy ów jakoby nie wytrzymał tego, jak to współczesny Kościół się podobno fatalnie zdemoralizował, ale przez to, że oni nie potrafili dłużej znieść owej błahości grzechu, której musieli wysłuchiwać przez całe lata, niemal każdego dnia. I przyznaję, że jest to wyjaśnienie, które do mnie przemawia. Ja jednak mam też inną hipotezę. Kto wie bowiem, czy nie było wręcz przeciwnie, a więc czy nie jest możliwe, że oni przestali być księżmi, bo nie mogli dłużej znieść świadomości tego, jak strasznie skomplikowane potrafi być to życie, które oni mają niemal za progiem, a w tym skomplikowaniu niepojęte, i jak bardzo oni sami bywają wobec niego bezradni.
Oczywiście wszyscy wiemy, że jest wielu księży, którzy nawet jeśli kiedyś się tym wszystkim potrafili przejmować, w pewnym momencie nie wytrzymali owego ciśnienia i choćby tę godzinę w konfesjonale wykorzystują głównie na to, by sobie podrzemać. Ja jednak dziś myślę o tych wszystkich bohaterskich kapłanach, którzy porzucili swojego ojca, matkę, brata, siostrę, a czasem i ukochaną, by dziś na co dzień zmierzać się z tą często najstraszniejszą nędza życia, czy to podczas codziennego udzielania Komunii, czy w czasie spowiedzi, czy zwykłych spotkań z parafianami i biorą to wszystko na klatę. I daję słowo, że wiem, o czym mówię. Sam mam już niemal 60 lat, z czego parędziesiąt przepracowałem bezpośrednio wśród ludzi i powiem szczerze, że nawet jeśli oni nie mieli nigdy większego powodu, by się przede mną w jakikolwiek sposób odsłaniać, to ich życie zawsze było jakoś ze mną. I mam tu zarówno w głowie szkołę, jak i tych wszystkich z nich, z którymi spotykałem się prywatnie. Ale nie tylko ich. Wystarczy opowiedzieć o tych wszystkich kompletnie anonimowych maturzystach, których prace każdego maja od ponad już 10 lata rok w rok czytam dla pieniędzy i w których odbija się pojedyncze życie każdego z nich. Również wtedy, gdy się widzi, jak niektórzy z nich bardzo się starają, by wszystko było na błysk, a nagle się okazuje, że tam nie ma niestety nic. Maj potrafi być naprawdę okrutnym miesiącem.
Skąd mi dziś przyszło do głowy, by się użalać nad tymi księżmi, często głupimi, gnuśnymi i podłymi? Stąd mianowicie, że w tych dniach dużo myślę o papieżu Franciszku, ostatnio w kwestii jego, jak donoszą media, spotkania z jakimś hiszpańskim transseksualistą, który go bardzo prosił o chwilę rozmowy, i najwyraźniej tylko po to, by powiedzieć Papieżowi, że gdyby miał wybierać życie, które dostał od losu, to by go nie przyjął; czy z tym księdzem-staruszkiem, który pod koniec swojego tak strasznie poplątanego życia też pojawił się w Watykanie, najwidoczniej po to tylko, by móc umrzeć w zgodzie z ludźmi i z Bogiem. Myślę o tym Franciszku i na myśl mi przychodzi Jezus, który gromadząc wokół siebie te wszystkie ludzkie odpady – bo nie oszukujmy się, tam nie pachniało kwiatami – by za nich ostatecznie umrzeć w najgorszych mękach, musiał mieć bardzo twardą skórę.
Pomódlmy się więc czasem za nich wszystkich, również za tych, co nie dali rady. Bo kiedy upadali, wcale nie mieli łatwo.

Podobnie jak wczoraj, informuję, że kończymy sprzedaż mojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym liściu”. Idą już ostatnie egzemplarze, cena wciąż wynosi zaledwie 15 zł. plus opłata pocztowa, a dodruk póki co nie jest planowany. Zamówienia można składać klikając w okładkę tuż obok.

2 komentarze:

  1. Hm...
    Zastanawiałem się jakim cudem tutejszy proboszcz znosi co tydzień obecność w Domu Bożym takiej rzeszy zwyrodnialców.
    - A to jest sukces jego codziennej pracy. Choćby tylko fakt, że ta tłuszcza pości w Piątki. Gdyby nie Kościół i praca duszpasterzy, to te istoty jadały by w Piątki świeże mięsko - ludzkie!
    Tutejszy proboszcz o tym wie i trwa z satysfakcją na posterunku.
    I za to szanuję posługę duchownych.

    OdpowiedzUsuń
  2. @banita
    Niestety nie wiem, o czym mówisz. O jakim proboszczu, o którym kościele, o jakiej tłuszczy i jakich zwyrodnialcach. Nie wiem kim jesteś, jak żyjesz, co myslisz o świecie. Krótko mówiąc, z Twojego komentarza nie wynika nic. Nawet nie umiem zgadnąć, czemu "piątki" napisałeś z dużej litery.

    OdpowiedzUsuń