środa, 28 stycznia 2015

O prostowaniu księdza - od nowa

I znów, podobnie jak zaledwie przedwczoraj, plany blogowe miałem inne, jednak w swoim dzisiejszym tekście Gabriel napisał zdanie, które mnie zainspirowało do tego stopnia, że wszystko wzięło w łeb i przesunęło o przynajmniej jeden kolejny dzień. Otóż w pewnym momencie, wspominając kaźń, jaką z rąk naszych współczesnych uczonych w Piśmie musiał przeżyć arcybiskup Wielgus, i odnosząc się bezpośrednio do takich mędrców naszego Kościoła jak Tomasz Terlikowski, pisze Gabriel co następuje:
„Początkowo żaden z głosów krytycznych wobec ich postawy nie przedostawał się do obiegu publicznego, bo (o ile pamiętam) nie było jeszcze blogów”.
A ja zmuszony jestem tę informację uzupełnić o coś, co moim zdaniem powinno być powiedziane. Otóż, owszem, żaden z głosów krytycznych wobec owej czarnej postawy nie przedostał się do obiegu publicznego, tyle że powody tego były takie jak zawsze, a nie to, że blogów jeszcze nie było. Były jak najbardziej. Między innymi i ten. I to na nim dnia 6 kwietnia 2008 roku ukazał się poniższy tekst. W moim najgłębszym przekonaniu dziś nie mniej aktualny, niż wówczas. Nawet tytuł pozostaje adekwatny. Serdecznie zachęcam:

Właśnie wybrzmiewa kolejny etap niszczenia arcybiskupa Wielgusa. Znów padły najróżniejsze słowa, a w nich głównie głosy moralnego sprzeciwu i żądania kary dla księdza renegata. Więc i ja chciałbym dorzucić moje trzy grosze.
Jeszcze w czasach studenckich, dawno, dawno temu, za starej zamierzchłej komunistycznej władzy zaproponowano mi współpracę.
Nie byłem ani działaczem Solidarności, ani w ogóle żadnym działaczem, nie walczyłem, nie roznosiłem ulotek, raz strajkowałem. Cichutko nienawidziłem systemu i tyle. Nie byłem na to przygotowany, więc wiedziałem tylko tyle, że odmówię i że w związku z tym stanie się coś złego. I odmówiłem. Oficer zrobił się niemiły, służbowy, powiedział, że mam nikomu o naszej rozmowie nie mówić i won! Poza tym nie stało się nic.
Przez długi czas myślałem o tej mojej przygodzie. Przede wszystkim uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że esbek właściwie ani razu nie wspomniał bezpośrednio o donoszeniu, o szpiegowaniu, o tzw. współpracy. Jedyne konkrety, to parę bardzo interesujących dla studenta w PRL-u ofert i zdanie: “Może by pan tak czasem wpadł, to pogadamy”. A więc zgadzając się, wiele nie ryzykowałem. Zawsze mogłem sobie powiedzieć, że nic złego nie robię. Po prostu wpadam od czasu do czasu do znajomego na kawę i papierosa. A jak esbecja myśli, że coś z tego ma, to ich problem. Ja jestem sprytny.
Druga rzecz to to, że nie stało się, jak już wspomniałem, nic. Nawet nie dostałem w pysk. A więc, odmawiając też nie byłem bohaterem. Oczywiście biorę pod uwagę, że ja akurat mogłem nie być w ogóle dla komunistów wartościowy. Oni na pewno woleli prof. Geremka, księdza Malińskiego, reżysera Piwowskiego, ministra Boniego, może nawet red. Miecugowa (kto może wiedzieć?), a nie kogoś kto jest nikim.
Choć myślę, że to nie do końca tak – oni potrzebowali każdego na każdym tzw. “odcinku”. I właśnie dlatego, że byłem nikim i odmówiłem przysługi, co by im szkodziło, żeby mi pokazać, jak się należy prowadzić? Nie należałem do pracowitych i dobrych studentów, każdy egzamin był dla mnie dużym wysiłkiem. Pies z kulawą nogą by się nie zdziwił, gdybym nagle wyleciał z roku. A wówczas, kto by się za mną ujął? Radio Wolna Europa? Proszę nie żartować.
Ale właśnie dlatego, że mam to doświadczenie i wiem, jak łatwo można było się zgodzić i jak łatwo można było odmówić, to dziś, kiedy dokonuje się kolejna porcja linczu na arcybiskupie Wielgusie, nie mam żadnego powodu, żeby go usprawiedliwiać. Pleść bzdury o tym, jak to niejednoznaczne były czasy. Jak to esbecja potrafiła zastraszać. Jak to niebezpiecznie było odmówić. Bo skoro ja mogłem się postawić, to taki ważny ksiądz, jak Stanisław Wielgus, i wielu innych księży, tym bardziej. Esbek mógł bez mrugnięcia powieką kogoś zamordować, jeśli tylko system miał w tym interes i mu pozwolił to zrobić, ale sądzę, że służby nie miały żadnego interesu, żeby korzystać z usług kapusi zmuszonych i przerażonych. Zwłaszcza, że chętnych konformistów w każdym środowisku było na kopy. W tym takich Wielgusów.
Ale również wiem, że nie trzeba było być szczególnym bydlakiem, żeby się zgodzić na współpracę. Bo liczyła się jeśli nie szczera chęć, to jedynie pierwszy krok. Później już nic nie miało takiego znaczenia. I tego też nie mówię, aby bronić Arcybiskupa i innych. Chcę przez to powiedzieć ni mniej ni więcej, tylko to, że różnego rodzaju szubrawców, którzy za najdrobniejszą przysługę gotowi byli sprzedać własną matkę były legiony. Najróżniejszych drobnych kombinatorów, którzy swoją podłość usprawiedliwiali bezczelnym: “To ja nimi kręcę, a nie oni mną”.
I to mnie prowadzi do sedna. Bo w tym, co piszę, w ogóle nie chodzi o to, kto był bohaterem, kogo zmuszono, a kto okazał się kanalią. Chcę jedynie zaprotestować przeciwko sytuacji, w której akurat arcybiskup Stanisław Wielgus i inni księża są dla opinii publicznej pierwszym celem moralnego ataku. Banda sprzedajnych dziennikarzy, których twarze musimy dzień w dzień oglądać na ekranach telewizorów i którzy potrafią całymi godzinami zapluwać się argumentami, dlaczego akurat oni powinni stać ponad lustracją. Gromada zakłamanych polityków, którzy gotowi są żyły z siebie wypruć, byle nie dać się zlustrować. Profesorowie uniwersytetów, którzy na słowo “lustracja” dostają ciężkiej wysypki. Sędziowie, adwokaci, prokuratorzy do specjalnych zadań. Wreszcie sam Trybunał Konstytucyjny, który swoim autorytetem całe to podłe krętactwo tylko autoryzuje.
Wszyscy oni ni stąd ni z owąd ujrzeli księdza - kapusia i postanowili przeprowadzić porządną lustrację. A z nimi razem, wszelkiej maści socjaliści, którzy wręcz nie potrafią zdzierżyć sytuacji, w której polski Kościół jest tak straszliwie niemoralny.
I oto ta banda byłych agentów i tchórzy, w ten czy inny sposób, albo osobiście, albo przez wynajętych pośredników, postanowiła doprowadzić arcybiskupa Wielgusa pod pręgierz historii. A jak już arcybiskupa Wielgusa, to i innych księży. Za współpracę, za pedofilię, za homoseksualizm, za pazerność, za oszustwa, za wyłudzenia. Za wszystko. Księży. Pozostały świat jest pod całkowitą moralną ochroną. Prezydent Clinton palił, ale się nie zaciągał, zdradzał, ale za to grał na saksofonie, no a poza tym, co z tego? Marek Piwowski bezwstydnie donosił, no ale to artysta i na dodatek zdolny. No a poza tym nakręcił wspaniały film o córce marszałka Kerna. Cohn-Bendit, czy jak mu tam, dziś bryluje pod życzliwym okiem pani rektor na salonach Uniwersytetu Warszawskiego. I jeszcze nauczyciele z Uniwersytetu Śląskiego; coś tam było, no ale przecież wiemy, jakie to czasy. A Jaruzelski? Jerzy Urban...
I w tej sytuacji, nagle, na pierwszy plan wychodzą nasi rodzimi katolicy: i autentyczni i koncesjonowani. Zamiast powiedzieć: przepraszam, ale tym razem nie z wami, wychodzą głupkowato przed tłum i, bardzo zatroskani kondycją moralną naszego Kościoła, każą się mi przejmować postawą księży wskazanych przez media i opinię publiczną.

Powyższy tekst, podobnie jak wiele innych, równie poważnych, można przeczytać w mojej książce „O siedmiokilogramowym liściu”, do nabycia na stronie coryllus.pl, a jak komuś szkoda czasu na szukanie wystarczy kliknąć w okładkę tu obok. Szczerze zachęcam. 15 złotych plus przesyłka i naprawdę ostatnie już egzemplarze.

5 komentarzy:

  1. Zgadzam się z oceną całości zagadnienia.
    Natomiast co do werbunku większość jest prawdziwa i jest pan usprawiedliwiony, tylko...
    Jak pan słusznie zauważył był pan nikim i próba werbunku przeprowadzona była raczej z nudów i dla treningu.
    Ja przypomnę, że cały wywiad zagraniczny był w rękach fachowców z Moskwy. Wobec braku podziemia niepodległościowego jedynym, za to zapiekłym wrogiem wewnętrznym był Kościół Katolicki i proszę pana wobec księży i kleryków stosowane były o wiele bardziej wyrafinowane metody werbunku poprzedzone gruntownym rozpoznaniem figuranta, a często brutalna kombinacją operacyjną. Na kierunku "kościół" rabotali najlepsi fachowcy SB. Zapewniam pana, że to co się panu w kontaktach z SB przydarzyło ma niewiele wspólnego z właściwą pracą SB.

    OdpowiedzUsuń
  2. @banita
    Przecież ja to wiem. Na nich bardziej naciskali, a my z kolei byliśmy bardziej bezbronni. Tym bardziej uważam, że takiemu księdzu było równie łatwo odmówić, jak i się na współpracę zgodzić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele powierzono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12, 48)

    OdpowiedzUsuń
  4. @Jacek Dydyński
    A jak Ty się w tym mieścisz? Sumienie czyste?

    OdpowiedzUsuń
  5. @toyah
    Sam (ze względu na swój wiek) nie byłem poddany takiej "próbie" (za co dziękuję Bogu), dlatego tym bardziej staram się nie oceniać. Dla mnie, przykrą sprawą jest, że wśród księży były przypadki współpracy z SB. Szczególnie, że to na Nich, jako pasterzach spoczywa wielka odpowiedzialność. Dźwigania takiego krzyża się podjęli. Od nas należy im się szacunek i modlitwa.
    Przy tej okazji przypomniał mi się też tekst Don Paddingtona o "Ks. Rzeźniewskim i innych..."
    Warto zobaczyć jak zachowywali się duchowni wobec zaborcy pruskiego, który chciał przejąć władzę nad Kościołem na terenach tego zaboru. I jakie konsekwencje miały ich wybory.
    Co do drugiego pytania, to "Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim sędzią" (1 Kor 4,4).

    OdpowiedzUsuń