czwartek, 25 kwietnia 2013

O fałszu nie do zniesienia, z nadzieją na upragnione światło

Miałem już nie pisać o wódzie, bo raz że ktoś mnie zacznie podejrzewać o to, że ja pije więcej, niż piję, a od czasu, jak któregoś dnia wpadłem na moją koleżankę Ginewrę cały śmierdzący piwem, szczególnie mi zależy, by tu nie było żadnych nieporozumień, a dwa, że wydaje mi się, że wszystko, co miałem do powiedzenia na temat uzależnień i relacji między nimi, a tak zwaną „dupą”, w jakiej się znajduje człowiek uzależniony, już powiedziałem. Więc po co się dalej popisywać?
Stało się jednak tak, że, jak już wspominałem parę dni temu, kupiłem mojej żonie i jednemu z dzieci tygodniki „Sieci” i „Do Rzeczy”, i nie ma dnia, bym nie przeczytał czegoś jeszcze bardziej szczególnego, niż to, co mi się zdarzyło przeczytać dzień wcześniej. I oto trafiłem na tekst Piotra Skwiecińskiego o Aleksandrze Kwaśniewskim, a dokładnie o tym, jak to on chlał, kiedy był jeszcze prezydentem, no a później też, czyli mniej więcej zawsze. I jaki to wstyd i żenada dla kogoś, komu przyszło odgrywać rolę osoby publicznej.
Samego tekstu nie przeczytałem, bo mi się nie chciało, i ograniczyłem się tylko do leadu, a więc: „Kwaśniewski, czyli historia się powtarza, jako farsa. Wszystko wskazuje na to, że obserwujemy koniec Aleksandra Kwaśniewskiego. Koniec tyleż widowiskowy, co pouczający. A zarazem – nieco żenujący”. Obejrzałem sobie natomiast cztery zdjęcia, ilustrujące artykuł Skwiecińskiego. Dwa z nich przedstawiają Kwaśniewskiego nawalonego, jedno Kwaśniewskiego nawalonego być może, natomiast czwarte najprawdopodobniej trzeźwego Skwiecińskiego.
Problem jaki mam, pisząc ten tekst, jest taki, że ja używam słowa „najprawdopodobniej” bardzo świadomie. Rzecz bowiem w tym, że ja tak naprawdę nie wiem, czy na tym zdjęciu Skwieciński jest trzeźwy, czy może równie pijany, jak Kwaśniewski, tyle że to jest zdjęcie pozowane, więc diabli wiedzą, co się tam działo przed i po?
Zanim ktoś mnie spyta, czemu ja się znowu dopieprzam do ludzi, tym razem w osobie Bogu ducha winnego Skwiecińskiego, podzielę się pewnym kompleksem, który, jak idzie o tego człowieka, prześladuje mnie od kilku lat, a dokładnie od jesieni roku 2008. Jesienią owego roku udałem się mianowicie do Warszawy na tak zwane „3 Urodziny Salonu”. Wielokrotnie opowiadałem najróżniejsze przygody, które mi się podczas tego wieczoru przytrafiły, natomiast na temat jednej z nich milczałem, jak zaklęty. Otóż chodzi o to, że w pewnym momencie wpadłem na Piotra Skwiecińskiego we własnej osobie, który był pijany jak bela. On nie był pijany w taki sposób, że coś tam pokrzykiwał, poklepywał ludzi po plecach, i śmiał się głośniej, niż wypada. On był pijany tak, jak są pijani ludzie, którym pozostaje już tylko bardzo się starać, by się nie wyrzygać. On był pijany tak, jak mnie się zdarzyło jeden raz w życiu, tyle że byłem wówczas kompletnie sam i na szczęście nikt mnie nie widział.
A więc przeszedł obok mnie Skwieciński, pijany jak bela, taki biedny i skoncentrowany wyłącznie na tym, by się nie wywalić, a ja sobie myślałem, co za czort go opętał? Czemu on się tak fatalnie wystawił? Czemu on nie wziął pod uwagę tego, że jest w końcu osobą publiczną, i to go do czegoś zobowiązuje? Choćby do tego, by zadbać o to, by po latach ktoś, kto jest mu osobą całkowicie obcą, nie musiał go kojarzyć wyłącznie z kimś, kto się zawsze musi nawalić. A tak się niestety stało. Ja dziś widzę zdjęcie Skwiecińskiego pod tekstem poświęconym Kwaśniewskiemu i jego nodze i widzę go dokładnie w tym stanie, co przed pięcioma laty. Walczącego z siłami biologii, fizyki i przyrody, i walkę tę na całej linii przegrywającego.
A więc powstaje pytanie, czemu ja się znęcam nad Skwiecińskim, który – co jest bardzo prawdopodobne – ma na sumieniu tylko tyle, że lubi sobie golnąć? I to ja, a więc ktoś, dla kogo flaszka stanowi w pewnym sensie wręcz obsesję. Otóż, jak idzie o mnie, niech Skwieciński będzie sobie zwykłym pijaczkiem, człowiekiem o bardzo słabej głowie, ciężkim alkoholikiem, względnie kimś, kto się nie potrafi oprzeć – tak jak ja – miłej atmosferze. To co mnie dziś dręczy, to fakt, że on będąc jednym z wymienionych wyżej typów, a jednocześnie osobą publiczną, postanawia nagle napisać tekst wyśmiewający chlanie prezydenta Kwaśniewskiego. Przepraszam bardzo, ale to już jest wyjątkowa bezczelność. Zwłaszcza w sytuacji, gdy ja widziałem Kwaśniewskiego setki razy, w tym pijanego razy trzy, natomiast Skwiecińskiego tylko raz, i to właśnie ten jeden raz.
Ale to też nie jest największy problem. To że Skwieciński, sam nie dbając w ogóle o dobrą opinię, zarzuca dokładnie to samo innym. U nich to jest, zwłaszcza ostatnio, wręcz plaga. On jest zaledwie jednym z dziennikarzy, w dodatku dziennikarzem, któremu w tej walce szczurów przypadło miejsce po stronie tak zwanej opozycji, gdzie wszystkiego jest mniej, i w znacznie gorszej jakości. To, co mnie wręcz niszczy wewnętrznie, to to, że on jest tak naprawdę zaledwie przykładem czegoś znacznie szerszego. Mam tu na myśli coś, co można określić bardzo wulgarnym zawołaniem: „A chuj tam!” Fakt, że ta obelżywość dobiegła nas ze strony tak zwanych „naszych”, jest wyjątkowo upokarzający.

Bardzo proszę wszystkich, którzy czytają te teksty i znajdują w nich czy to pocieszenie, czy codzienną inspirację do walki, o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. A ja mogę tylko obiecać, że te pieniądze nie pójdą na wódkę. Niestety, te czasy jeszcze wciąż daleko przed nami. Dziękuję.

9 komentarzy:

  1. Utrzymując się w klimacie:

    Pozdrowienia dla p. premiera z okazji wiadomego uniewinnienia:

    http://www.youtube.com/watch?v=-UABeezFdak

    oraz dla uniewinnionej:

    http://www.youtube.com/watch?v=8OfagR1wBiA

    OdpowiedzUsuń
  2. @orjan
    Tym bardziej, nie powinnismy znać litości.

    OdpowiedzUsuń
  3. @toyah

    Eeee - tam. Postkomuchy podrzuciły Tuskiemu szczura w postaci uniewinnionej. Niech teraz świeci oczami w tuskobusie.

    Przypuszczalnie jest to część lansu dla konkurencji antytuskiej.

    OdpowiedzUsuń
  4. @orjan
    Przyznam, ze też sobie tak w pierwszej chwili pomyślałem. W końcu, to jest trochę wstyd, nie?
    Z drugiej strony, jak długo mozna sie nurzać w tym absurdzie?

    OdpowiedzUsuń
  5. Może być też tak, że System tak bardzo rozpalił "miłość do wodza", że teraz aby go wymienić muszą się napracować by go elektoratowi obrzydzić. Jak się ludzi oszukało do imentu to teraz oni będą się też do imentu tego oszustwa trzymać. Jak się wszystkim dookoła opowiadało, że Tusk i PO to sam pierwyj sort i najlepsi z najlepszych, jak się tłumaczyło każde ich plugastwo, jak się w sprawie Smoleńska stanęło przeciwko Polsce to teraz bardzo trudno się z tego wykręcić. Z wiary w komunę chyba się łatwiej wytłumaczyć bo coś tam i dobre bywało. A tu jest wiara w Orliki tylko.

    OdpowiedzUsuń
  6. @crimsonking
    Te Orliki to faktycznie jest coś. W życiu bym się nie spodziewał, że takie egówno może zafunkcjonować, jako symbol sukcesu. Ile razy myslę o tych boiskach, to dochodzę do wniosku, że pora kitować.

    OdpowiedzUsuń
  7. Innego sensu to tu nie ma. Pani S. nie była zbyt samobójczo rozmowna, a jej wcześniejsze wpływy musiały już erodować. W najlepszym przypadku musi przejść kwarantannę i nawet na ambasadora się tymczasem nie nadaje. Niby wolna, a winna. W sumie, tylko z nią kłopot.

    Nawet nie ma się jak pijarowo jej pozbyć, bo prokuratura jest podobno niezawisła i kasację wniesie według własnych zawisłości.
    Nie wniesie, źle ("Tusk zakazał"). Wniesie, jeszcze gorzej, bo trzeba będzie sprawę reanimować a do wyborów coraz bliżej ...

    Tylko LSD się w pełni cieszy. Elementary my dear Watson.

    OdpowiedzUsuń
  8. @toyah

    Ile razy myslę o tych boiskach, to dochodzę do wniosku, że pora kitować.

    O, ty człowieku małej wiary! W krety nie wierzysz?

    OdpowiedzUsuń
  9. @orjan
    Oczywiście, że wierzę, tyle że jak długo można się utrzmywać w tym obłędzie.

    OdpowiedzUsuń