czwartek, 17 stycznia 2013

Uwaga, Diabeł!


Starsza Toyahówna, o czym być może już tu wspominałem, niemal wszystkie swoje wolne wieczory spędza w towarzystwie związanym z tak zwanym Duszpasterstwem Akademickim działającym przy tak zwanej lokalnie „Krypcie”, natomiast jak idzie o kościół, to modli się albo tam, albo – ostatnio – u nowo świeżo tu sprowadzonych Dominikanów. Czy mi się to podoba? Owszem, podoba mi się bardzo, bo uważam, że spędzanie czasu blisko Kościoła jest rzeczą dobrą niejako z automatu. Poza tym jednak, mam już tu same zastrzeżenia i obawy. Przede wszystkim nie podoba mi się, że znaczna część nowych znajomych mojej córki, w tym sam ksiądz duszpasterz, to Ślązacy, i to nie Ślązacy tacy, co uważają, że śląskość to piękna rzecz, że rolada z kluskami i modrą kapustą to najlepsze danie na świecie, a śląska mowa to pieśń słowika, ale ten ich szczególny gatunek, dla którego niedawna niespodziewana śmierć Michała Smolorza, to najsmutniejsze wydarzenie od czasu niedawnej przegranej Ruchu Autonomii Śląska w wyborach w Bytomiu, a kiedy Polacy grają w piłkę z Niemcami, to oni zachowują pełną neutralność.
To jest pierwszy z powodów, dla którego to że ona tam chadza, wprawia mnie w nastrój różny. Drugi to ten związany już z Dominikanami, i o nich będzie już więcej może za chwilę, natomiast jeszcze zanim przejdę do rzeczy, wspomnę tylko, że ja, kiedy byłem w jej wieku, również w tym Duszpasterstwie bywałem, kiedy tylko była ku temu okazja, tyle że wtedy akurat nie istniał ani problem Śląska, ani Dominikanów, a i jak sądzę, towarzystwo też było znacznie wybitniejsze. No i mimo że tu mogę się mylić, to jest to również jeden z powodów, dla którego, ile razy ona tam idzie, myślę sobie, że kiedy ja to robiłem, to wszystko miało znacznie większy sens.
Na msze nie chodzę ani do Dominikanów, ani nawet do Krypty. Dlaczego nie do Dominikanów, wyjaśniałem to zarówno tu na blogu, jak i choćby w swoim „Elemenarzu”, jak idzie o Kryptę, to mam tych powodów kilka, ale wydają mi się one na tyle nieistotne, że nie będę się w nie wgłębiał. Nie, i już. Jak idzie o mnie, to ja chodzę wyłącznie do Kościoła Garnizonowego, który mamy tuż pod naszym nosem, i tak właśnie jest mi niezwykle dobrze.
Starsza Toyahówna nie lubi naszego kościoła. Ona nie lubi go przede wszystkim przez to, że jej zdaniem tu nie ma tej atmosfery, którą ona znajduje w Krypcie, ale też z jej punktu widzenia, służący tutaj księża nie są nawet w stanie równać się z księżmi, do których ona się przyzwyczaiła chodząc do Krypty. I oto w ostatnich tygodniach doszło do wydarzenia, które wszystko – i to nie tylko u nas w domu, ale i w całym mieście – może przewrócić do góry nogami. Otóż, o czym chyba przy jakiejś okazji wspominałem, parę tygodni temu biskup polowy (ten od Komorowskiego), z godziny wręcz na godzinę, odwołał naszego dotychczasowego księdza proboszcza. To wszystko odbyło się w takim tempie i tak poza wszelkimi, nawet i kościelnymi, standardami, żeśmy wszyscy zwyczajnie zdębieli. No ale ponieważ jesteśmy ludźmi Wiary i Kościoła, o nic nie pytaliśmy i nic nie mówiliśmy. Na jego miejsce, w tymczasowym zastępstwie, przyszedł skromny i bardzo sympatyczny ksiądz, no a po nim już prawdziwy, nowy proboszcz.
Jak wspomniałem, kiedy byłem w wieku mojej córki, przez wiele lat uczęszczałem do Duszpasterstwa Akademickiego. W sumie poznałem pięciu księży akademickich, zaczynając i kończąc na księże Stanisławie, z których każdy był absolutnie wybitnym kaznodzieją i człowiekiem, a ostatni – myślę, ze najgorszy z nich – ks. Stanisław Puchała jest dziś wielkim i wspaniałym proboszczem Katedry Chrystusa Króla. A proszę pamiętać, że owe czasy były czasami, kiedy to wszelkiego typu wybitność nie była nawet w połowie tak cenna jak jest dziś. Wtedy, wybitni byli wszyscy. Niewykluczone, że nawet biskup Pieronek, a już z całą pewnością nieżyjący już dziś biskup Życiński. Oni też byli jak trzeba.
Ksiądz, który jak grom z jasnego nieba pojawił się w naszym kościele, to zjawisko, jakiego ja nie miałem okazji oglądać w całym swoim życiu. To jest ksiądz o tak potężnej kaznodziejskiej sile, że wszyscy moi dotychczasowi księża nie są w stanie się nawet do tego co on pokazał zbliżyć. Mowy nie ma. Kiedy on odprawiał tu swoją pierwszą mszę, sądziłem, że on potrzebował się pokazać, i stąd to wszystko. Jednak w minioną niedzielę było jeszcze lepiej i jeszcze mocniej. Jak mówię – widziałem wiele, ale czegoś takiego w życiu.
I proszę sobie wyobrazić, że mnie to wcale, ale to wcale nie ucieszyło. Przede wszystkim, ja sobie pomyślałem, że on jest zwyczajnie za dobry. Że jeśli ktoś jest dobry, to jest dobry, ale jeśli ktoś jest aż tak dobry, to ja bym poprosił jednak o chwilę przerwy na zastanowienie się. To była moja pierwsza myśl. Druga natomiast była taka, że kiedy o nim dowie się miasto, nasz skromny, nikomu już poza tymi starszymi już bardzo ludźmi niepotrzebny, Kościół Garnizonowy przeżyje prawdziwe oblężenie. Kiedy o tym, jak tu jest, dowiedzą się wszyscy ci, którzy do kościoła chodzą przed wszystkim po to, by otrzymać jakość, machną rękę na wszystko to co obok nich, i zaczną chodzić tutaj. A kiedy ten ksiądz to zobaczy… no to wtedy będziemy mieli problem. Bo ja podejrzewam, że on i tak już dziś swoje wie – on to musi wiedzieć – ale wtedy on może tego zwyczajnie nie wytrzymać. Bo kiedy ten kościół zacznie przeżywać swoje dni, jego proboszcz będzie miał tylko dwa wyjścia: albo zrobi wszystko, by ludzie go jeszcze bardziej kochali, albo zrobi wszystko, by go zaczęli nienawidzić. A to po to, by w efekcie oni go przestali kochać, a zaczęli zwyczajnie szanować. Może być nawet bardzo. I boję się, że on jednak na to nie wpadnie. I to będzie jego koniec.
Nie będę opowiadał o naszym nowym księdzu. Nie powiem nawet, jak się nazywa. Natomiast bardzo chętnie powiem, skąd mi przyszło do głowy, by o nim dziś pisać. I co mnie tak zainspirowało. Otóż, podobnie jak wielu z nas, mocno się przejąłem wiadomością o tym, że najsłynniejszy gdański kaznodzieja, dominikanin Jacek Krzysztofowicz zakochał się w jakiejś kobiecie, stracił wiarę i odszedł z Kościoła. Wszystko niemal w jednej chwili. Jego wybór, jego sprawa, no i jego nieszczęście. To co mnie jednak zastanawia, to to co dziś słyszę o tym Krzysztofowiczu. On przez minione 25 lat trzymał cały pobożny Gdańsk w pozycji klęczącej i na baczność. Słyszę, że kościele, gdzie on stacjonował, odprawiał w każdą niedzielę ostatnią wieczorną mszę, na której gromadził tłumy coraz to większe i większe. Wraz z rosnącą tych mszy sławą. I trwało tak długo aż wreszcie przyszedł Szatan i go sobie wziął jak swego.
I już przypomina mi się jedna rozmowa, jaką swego czasu miałem z panią Toyahową. Wróciliśmy z którejś z mszy w naszym garnizonowym kościele, gdzie wszystko było do bani. Ludzie spali, ksiądz robił wrażenie jakby nie dość że był skacowany i przeżarty, to jeszcze akurat doszedł do wniosku, że jemu się w ogóle tego wszystkiego już szczerze nie chce, a moja żona powiedziała, że kiedy ksiądz jest tak beznadziejny, to wtedy ludzie muszą się bardziej starać. I odwrotnie – kiedy przed sobą mają jakiegoś mistrza ruletki, to wiedzą, że nic tu po nich. Mogą się najwyżej napawać jego sprytem. A więc, w sumie, lepiej już próbować brać sprawy w swoje ręce.
Jak idzie o naszego nowego proboszcza, póki co wszystko wskazuje na to, że całość należy do niego. On stara się jak może. Opowiada nam o tym, jak bardzo ważne jest to, byśmy mieli świadomość, że wszystko w naszych rękach. Że jesteśmy sokołami Jezusa Chrystusa, że jesteśmy Jego rycerzami, i że to jest prawdziwe szlachectwo, które zobowiązuje. A ja już tylko mam nadzieje, że kiedy tam się zrobi naprawdę gorąco, on nas wszystkich tak opieprzy, że się nie pozbieramy. A ci, co tam i tak nie mają czego szukać, zwyczajnie się rozpierzchną. Myślę też, że by nie zaszkodziło, gdyby on ten numer wykonał po pijanemu. Choćby po to, by nikomu nie przyszło do głowy sądzić, że on nie jest człowiekiem. Takim jak każdy z nas.

Bardzo proszę o nas nie zapominać. Dziękuję.

22 komentarze:

  1. Ciekawy wywiad z przeorem Dominikanów z Łodzi na temat odejścia o. Jacka:

    http://www.tvn24.pl/dominikaninowi-nie-wypada-powiedziec-odszedlem-z-zakonu-z-kobieta,300202,s.html

    Jak widać, relatywizm wcale nie jest tak powszechny u Dominikanów, jak można by sądzić po niektórych wypowiedziach pojedynczych zakonników... :)

    Osobiście (wychowałam się w Gdańsku)chodziłam czasem do Dominikanów na mszę na 21.00 - szczerze mówiąc, ja tam tych kazań o. Krzysztofowicza nie lubiłam, chociaż parę pamiętam do dziś. Np. bardzo ciekawa wydała mi się myśl, że przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, tylko obojętność. Często miałam jednak wrażenie, że o. Jacek w swoich kazaniach starał się tak przedstawić tekst Ewangelii, żeby "obniżać poprzeczkę" - żeby to, co wydaje się w Słowie Bożym trudne i wymagające, dało się zrozumieć jako łatwe. Mówił bardzo pięknie i ciekawie, ale w mojej opinii ta wielka "głębia i mądrość" kazań opierała się jednak przede wszystkim na mówieniu ludziom tego, co chcą usłyszeć.

    Nie lubiłam chodzić na wieczorną mszę w Gdańsku, jednak wprost uwielbiam wieczorne msze u Dominikanów w Krakowie! Nie ma w nich śladów tego "obniżania poprzeczki", na które jestem wyczulona, kazania wydają mi się właśnie bardzo ortodoksyjne. A kościół także pęka w szwach i to zdecydowanie bardziej niż w Gdańsku. A przekaz ideologiczny jest zdecydowanie odmienny.

    Jest za to jedna rzecz, która łączyła znanych mi Dominikanów z Krakowa z o. Krzysztofowiczem z Gdańska. Polegała ona nie na tym, co mówili, ale jak mówili. Taka zmora dzisiejszych czasów - opakowanie liczy się bardziej niż wnętrze. Dominikanie umieją tę wadę współczesnych ludzi obrócić na korzyść Kościoła. Zakonnicy św. Dominika są po prostu dobrymi mówcami - mają właściwą dykcję i odpowiedni ton głosu, potrafią swoje myśli przekazywać w sposób jasny, zrozumiały i przekonujący. Msza studencka w Krakowie ma również niezwykle udaną pod względem artystycznym, pełną prostoty oprawę - chór a capella, który naprawdę umie śpiewać (mimo że składa się ze zwyczajnych studentów), procesja ze wniesieniem krzyża i świecami. Z kolei podczas Rorat kościół jest cały ciemny, natomiast mnóstwo studentów przychodzi ze świecami, które zapala się poprzez "podawanie sobie ognia" - oczywiście ogień pochodzi od ołtarza; chyba od wielkiej świecy maryjnej stojącej przy ołtarzu, aczkolwiek nie dam sobie za to ręki uciąć, bo zazwyczaj chowałam się za filarem. Po zapaleniu wszystkich świec w kościele robi się dwa razy jaśniej. Żadnych gitar, żadnego "niewiadomoco", tylko ciemny kościół, śpiew po łacinie i symbolika światła płynącego od ołtarza, które wierni przekazują sobie nawzajem. A ileś koleżanek opowiadało mi, jakie to te Roraty u Dominikanów są niesamowite, bo tam "wszyscy palą świece". I do Dominikanów walą tłumy. Czy to jeszcze zwykły marketing, czy może już charyzmat zakonu kaznodziejskiego? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. @Autor:"że najsłynniejszy gdański kaznodzieja, dominikanin Jacek Krzysztofowicz zakochał się w jakiejś kobiecie, stracił wiarę i odszedł z Kościoła."

    Eee, aż tak? Można zakochać się w kobiecie i złamać śluby, ale z tego niekoniecznie wynika że stracił wiarę. To chyba twierdzenie na wyrost. Tak gdybam, bo być może rzeczywiście P.Krzysztofowicz ogłosił, że "stracił wiarę", ale dopóki nie przeczytam jego słów, to nie uwierzę (taki niedowiarek ze mnie)

    OdpowiedzUsuń
  3. Z jego oświadczenia wynika, że nadal wierzy w Boga, jednak jest to Bóg, który nie troszczy się o człowieka i którego nie trzeba słuchać - zarówno z posłuszeństwa wobec Boga, jak i z liczenia na jego wsparcie należy "wyrosnąć". Jako osobisty wzór do naśladowania podaje postawę syna marnotrawnego, który jednak nie decyduje się na powrót do domu, tylko samodzielnie "wychodzi na prostą" i żyje szczęśliwie i spokojnie w oddaleniu od ojca. Dążenie do bliskości Boga (zwłaszcza w zakonie, ale nie tylko) porównuje do odwracania się od życia i wpatrywania się w pustkę. Czy to jest postawa człowieka wierzącego? Człowieka wierzącego może tak - ale raczej nie jest to postawa wierzącego chrześcijanina.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Gosia Czachor
    Ja Ci powiem, że osobiście bardzo się boję i księży i kościołów i mszy, które stają się nagle sławne, czy, jak to się czasami określa, kultowe. Ja się staję w jednej chwili bardzo czujny, kiedy ktoś mi opowiada, że oto gdzieś jest msza, czy ksiądz jakich świat nie widział. Może to wynika z tego, że tego typu emocje mam już dawno za sobą, a może z tego, że mnie zawsze bardziej wzruszała podłość i nędza, niż wszelka wspaniałość. Dlatego, przy całym szacunku, kiedy mi opowiadasz o tym. jak to wszystko fantastycznie jest zorganizowane w tym Krakowie, to od razu sztywnieję. Ksiądz, o którym wspomniałem, ten z mojego kościoła, jest autentycznie wyjątkowy. Te msze, przez to, że to on je odprawia. wyglądają jak jakieś misteria. No a ja, zamiast się cieszyć, zaczynam się martwić. Długo by o tym gadać.

    OdpowiedzUsuń
  5. @hes2
    Z tego co on wygłosił, rozumiem, że on wiarę stracił.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Gosia Czachor:"Z jego oświadczenia wynika, że nadal wierzy w Boga, jednak jest to Bóg, który nie troszczy się o człowieka"

    Może o każdego, pojedyńczego człowieka się nie troszczy, ale o Ludzkość to jak najbardziej. Z fragmentów zrozumiałem, że uważa, że popełnił błąd wstępując do zakonu i "stracił" 25 lat swojego życia. To w żaden sposób nie upoważnia do stwierdzenia, że stał się ateistą bądź deistą.
    Nie każdy nadaje się do życia zakonnego.

    OdpowiedzUsuń
  7. @hes2
    Rozumiem, że z Twojego punktu widzenia wszystko jest okay. Człowiek uznał, że się nie nadaje do życia zakonnego i postąpił zgodnie z sumieniem. A więc szafa gra. Ja bym jednak miał trochę pretensji do Pana Boga, że tak się zaangażował w dbanie o ludzkość, że już Mu zabrakło czasu dla Krzysztofowicza. W sumie więc zmaścił, co nie? A niby taki wszechmocny.

    OdpowiedzUsuń
  8. @ toyah

    Hm, myślę, że księża otoczeni uwielbieniem są narażeni na bardzo silne pokusy pychy i próżnej chwały. Myślę jednak, że to zagrożenie dotyczy jednak przede wszystkim ich samych, ich rozwoju duchowego, a nie wiernych ich otaczających. Wierni znajdą się w niebezpieczeństwie wtedy, jeśli w księdzu-krasomówcy zaczną widzieć guru, tj. zaufają jemu, a nie Bogu i Kościołowi. Albo jeśli uwierzą, że ksiądz, który lepiej mówi niż inni, jednocześnie lepiej wierzy. Myślę, że mogło tak trochę być w przypadku o. Krzysztofowicza - nieraz u jego zwolenników wyczuwałam postawę "z tym Kościołem wiele rzeczy jest nie tak, ale o. Jacek jest rewelacyjny". Zresztą nawet teraz - to bezustanne podkreślanie, że był on wielkim autorytetem głównie dla gdańskiej inteligencji. Tak jakby chciano zaznaczyć, że to nie był zwykły, ciemny ksiądz dla ciemnego ludu, ale inteligentny, wykształcony duszpasterz dla inteligentnych, wykształconych ludzi. Widać w tym wszystkim jakieś takie podskórne przekonanie o pewnej odmienności i jednocześnie wyższości nauczania o. Jacka od przeciętnego nauczania kościelnego. Może nadinterpretuję gazetowe artykuły, ale opieram się też w tym momencie na obserwacjach z prawdziwego życia - byli ludzie, dla których autorytet o. Krzysztofowicza znaczył więcej niż autorytet Kościoła. Nie tyle słuchało się o. Jacka, dlatego że był w Kościele, co tolerowało się Kościół, bo o. Jacek do niego należał. Myślę, że takie sytuacje są bardzo ryzykowne i obawiam się, że o. Krzysztofowicz swoim odejściem pociągnie za sobą sporo innych osób.

    Zgadzam się też, że "nie wszystko złoto, co się świeci" i że Bóg ceni to, co skromne i niepozorne. Ale przecież zdolność mówienia płomiennych kazań towarzyszyła nieraz wielkim świętym - mieli dar poruszania serc. Święty Paweł na pewno mówił w poruszający i przekonujący sposób - a Kościół jest dzisiaj w podobnej sytuacji, sytuacji misyjnej. Kościołowi potrzeba dobrych mówców. Tylko właśnie - oni sami muszą pewnie troszczyć się bardzo o pokorę, a ich słuchacze pamiętać, że wierzą w Boga, nie w księdza :)

    OdpowiedzUsuń
  9. @ hes2

    Ja nie twierdzę, że o. Jacek jest niewierzący - mówi przecież, że wierzy w Boga. Twierdzę po prostu, że jego obecne poglądy w wielu znaczących punktach rozmijają się z chrześcijaństwem - i to nie tylko z katolicyzmem, ale i z chrześcijaństwem w ogólności. Różnią się w paru istotnych miejscach z nauczaniem Jezusa zawartym w Ewangeliach. Jezus twierdził, że Bóg jest naszym Ojcem - bycie dziećmi Bożymi to jedno z zupełnie kluczowych chrześcijańskich pojęć. Jezus nauczał nas, żebyśmy żyli w bliskości z Bogiem - o. Jacek zachęca do odrzucenia tej bliskości na wzór syna marnotrawnego, który nie wraca do ojca. Jezus wreszcie wymagał od ludzi, żeby pracowali nad sobą i dążyli do dobra nawet za cenę cierpienia - o. Jacek wierzy w Boga, który na wszystkie ludzkie zachowania, nieważne czy dobre, czy złe, patrzy z życzliwą obojętnością (mówię cały czas o tym, co mówił w mowie pożegnalnej, tj. odnoszę się do jego poglądów, a nie zachowań!).

    Właśnie to jest ten przeskok pomiędzy chrześcijaństwem a poglądami o. Krzysztofowicza. Chrześcijanin wierzy, że Bóg naprawdę kocha człowieka - ta miłość przejawia się także tym, że jako kochający rodzic albo dobry przyjaciel mówi: Stary, opanuj się! To, co robisz, jest złe! I że się o nas troszczy. A o. Krzysztofowicz wierzy, że Bóg kocha człowieka tak trochę "na niby": pomóc, nie pomoże, ostrzec, nie ostrzeże, za to będzie mu odpowiadało wszystko, co człowiek robi, nieważne, jak wielką krzywdę czyni sobie i innym. Sorry, ale tak się zachowują tylko najbardziej obojętni, patologiczni rodzice i fałszywi przyjaciele!

    Żeby nie było wątpliwości - ja nie twierdzę w tym momencie, że o. Jacek jest złym człowiekiem, albo że sam fakt wystąpienia z kapłaństwa musi się wiązać z utratą wiary. Ja po prostu wnioskuję na podstawie jego wypowiedzi, że jego wystąpieniu z zakonu towarzyszy odrzucenie ewangelicznej wizji Boga.

    Wiarę w katolickim rozumieniu definiuje się jako a) uznanie dogmatów i b) duchowe przylgnięcie do Boga. Z wypowiedzi o. Krzysztofowicza (zakładam jego szczerość) wynika, że rezygnuje i z jednego, i z drugiego. W związku z tym, można uznać, że "stracił wiarę" w katolickim rozumieniu tego sformułowania. A śmiem twierdzić, że i w ogólnie chrześcijańskim - właśnie dlatego, że neguje prawdy uznawane przez chrześcijan wszystkich wyznań.

    OdpowiedzUsuń
  10. @All

    Wydaje mi sie po przeczytaniu tego oswiadczenia,ze on wiary nie stracil,on jej nigdy nie mial.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Toyah, @hes2
    sparafrazuję:
    "...popełnił błąd wstępując do zakonu i "stracił" 25 lat swojego życia..."
    na:
    "popełnił błąd poślubiając kobietę i "stracił" 25 lat swojego życia"
    i teraz to naprawia "poślubiając" inną...
    Nic więcej nie dodam.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Gosia:"Ja nie twierdzę, że o. Jacek jest niewierzący"

    Piszę tak, ponieważ Autor bloga sformułował tak ostry zarzut. A inni posuwają się nawet dalej, twierdząc, że nigdy nie był "naprawdę" wierzący.

    @Autor:"Rozumiem, że z Twojego punktu widzenia wszystko jest okay."

    Nie, nie jest OK, ale twierdzenie że stał się niewierzącym jest za daleko idące i wydaje mi się że nie daje właściwego opisu rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
  13. @ hes2

    Po prostu wszystko zależy od tego, co się rozumie przez określenia "wierzący" i "niewierzący" - w moim odczuciu tak jakby przeszedł z chrześcijaństwa na new age.

    OdpowiedzUsuń
  14. Gdyby przyjąć wersję że on się pomylił z tym zakonem i zmarnował 25 lat, to by oznaczało że b. wolno myśli.
    Żeby 25 lat strawić na takim dylemacie?
    Bardziej sensownie brzmi to co mówi ten w tvn, facet porzucił życie zakonne bo się zakochał - proste jak budowa cepa. Afekt i tyle.

    Ciekawe też jak to tvn podłapuje temat.
    Że ów człowiek stoi w prawdzie i w obliczu trudnej sytuacji bla bla bla, że może warto "zrewidować" zasady, reguły itp.
    To tak jak najbardziej przejęta celibatem i pochylona nad losem ciemiężonych księży jest Gazeta Wyborcza.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Gosia Czachor
    Ładnie go określiłaś. Ten stan, kiedy to zaczynamy ufać księdzu, a nie Kosciołowi. A ja sie obawiam, że zbyt często tym wybitnym księżom sytuacja taka bardzo imponuje.

    OdpowiedzUsuń
  16. @Komentator
    Kompletnie nie rozumiem, dlaczego uznałeś za konieczne go tak bronić. Ale nie muszę, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  17. Na marginesie tego tematu i dyskusji przypomnę ostatnią scenę z "Adwokata diabła", w której pojawia się Al Pacino jako Szatan i z przebiegłym uśmiechem oznajmia "Vanity - definitely my favourite sin. Ha ha" ("Pycha to mój ulubiony grzech."). Zresztą na YT jest wszystko... http://www.youtube.com/watch?v=3M68wcB6L0s

    OdpowiedzUsuń
  18. o.Jacek był moim pierwszym duszpasterzem i paradoksalnie jak dominikanin świadomie lub nie zdystansował mnie od tzw "kultowości" krakowskich dominikanów. Kiedyś uczestnicząc w kameralnej Eucharystii celebrowanej przez niego ukazał istotę Najświętszej Ofiary.

    A teraz taka myśl, nie wiem jak to było u niego, całkiem możliwe, że wyszedł na pustynię i po prostu nie dał rady... Ten Gdańsk to jakaś mroczna sprawa bo tam z Amber Gold też miał jakieś problemy.

    Dominikanie to w ogóle mają moim zdaniem faryzejsko fanklubowy problem... doskonale to widać było na pielgrzymce gdy centrum mszy była Homilia a nie Przeistoczenie.
    To tylko dotknięcie problemu...

    Nawiasem mówiąc dziś jestem w zupełnie innym miejscu w Kościele, ale paradoksalnie zaprowadził mnie tam też o. Jacek Dominikanin. i jego współbracia.

    OdpowiedzUsuń
  19. @filozof grecki
    Fantastyczny film. Przerażający. Tak straszny, że mam podejrzenie, że zakończenie zostało wymuszone przez producenta.

    OdpowiedzUsuń
  20. @jimminen
    Może to i on ukazał Ci tę tajemnicę, a może Ty ją sam dojrzałeś, a on się tylko podczepił? Tak by wszyscy byli zadowoleni. Tego wiedzieć nie będziemy.

    OdpowiedzUsuń
  21. A mnie ten zakonnik dominikanin bardzo pasuje do calej ukladanki zwanej planem rozbicia Kosciola od wewnatrz. Wieloletni prowincjal dominikanow, kontrowersyjny o. Zieba, czlonek jakichs przybudowek masonskich, zrobil swoje - zasial ziarno, a teraz ten siew przynosi plon obfity. Jak slusznie zauwazyl toyah dominikanie sa jacys dziwni, stali sie sekta. Wlasnie. Widocznie otrzymali indoktrynacje wewnetrzna, rozmiekczanie sumien, dziwne pojecie wiary w Boga itp i teraz to przynosi owoce.

    OdpowiedzUsuń
  22. I jeszcze zapomnialam dodac - to co zrobil ten dominikanin to cos znacznie gorszego niz wystapienie z zakonu i ozenek. To publiczne ZGORSZENIE, bo przeciez byl to czlowiek majacy wplyw na wielu ludzi przez wiele lat, wiele kazan, wiele nawrocen, wielu "fanow", wielu ludzi mu zaufalo, a teraz on sobie ma to wszystko w nosie i pokazuje swoim zyciem ze nie wierzy w Boga i ze to co glosil wiele lat nie ma sensu. I o to tu w tym wszystkim chodzi - zeby ludzie odchodzili od Kosciola, przestawali wierzyc.

    OdpowiedzUsuń