środa, 30 stycznia 2013

Co komu po kim, czyli Pawłowicz rulez!

W tym roku ja i pani Toyahowa będziemy obchodzić 30 rocznicę naszego małżeństwa. Mówiąc o małżeństwie, nie mam na myśli czegoś, co łączy choćby pewnego mojego kolegę z Kolonii i kobietę, z którą on od wielu już lat mieszka pod jednym dachem i z którą wspólnie wychowują dwie bardzo sympatyczne nastolatki. Oni wprawdzie tworzą wzorową rodzinę, on o niej mówi „moja żona”, ona jego nazywa swoim „mężem”, te dziewczynki zwracają się do nich „mamo” i „tato”, tyle że oni akurat nigdy nie wzięli ani kościelnego, ani nawet cywilnego ślubu, i nic nie wskazuje na to, że go kiedykolwiek wezmą. Bo tak jak jest, jest im bardzo dobrze.
Mówiąc, że w tym roku ja i moja żona będziemy obchodzić 30 rocznicę naszego małżeństwa, chcę powiedzieć, że w czerwcu tego roku, w pierwszy dzień lata, minie 30 lat od dnia, kiedy to nasz związek został pobłogosławiony w krasiczyńskim kościele, a my sobie obiecaliśmy przed Bogiem parę rzeczy, które powszechnie uważane są za ważne dla osób, które planują tworzyć poważną rodzinę.
Czasem się zastanawiam, jakie korzyści z tego, że jesteśmy małżeństwem i rodziną – w tym właśnie cywilno-religijnym sensie mamy my sami i świat, i powiem uczciwie, że nie bardzo umiem sobie na to pytanie odpowiedzieć. Zacznę może od świata. Mogłoby się wydawać, że świat z nas ma same korzyści. Moja żona jest nauczycielką i dzięki jej pracy mnóstwo wykształconej przez nią młodzieży odnosi dziś sukcesy, tymi sukcesami dzieli się z innymi, i w ten sposób ten świat upiększa. Na przykład. Ja piszę te teksty i wydaję książki, które wielu ludziom sprawiają dużo radości i w ten sposób przez tę ich radość świat staje się lepszy. Na przykład. Nasze dzieci, dobrze przez nas wychowane i wykształcone również sobą ten świat zarażają i sprawiają, że to tu jest lepiej. Oczywiście, ja zdaję sobie sprawę z tego, że jest dużo osób, które uważają, że my, wręcz przeciwnie, ów nasz świat wyłącznie sobą oszpecamy… no ale miałem podać dobre przykłady, więc je podałem. Tyle że to właśnie też pokazuje, jak trudno jest znaleźć dla naszego istnienia jakiekolwiek wytłumaczenie.
Teraz z kolei – nasze własne korzyści. Tu już akurat trudno znaleźć cokolwiek jednoznacznie pozytywnego. W końcu, jaka może być gwarancja, że nasza rodzina i nasze życie rodzinne przynosi nam więcej korzyści, niż mojemu kumplowi z Kolonii i jego bliskim ich niby-rodzina i ten ich niby-związek. Można by wręcz powiedzieć, że z tego małżeństwa i z faktu posiadania dzieci są same zmartwienia. Każdy kto żyje w związku małżeńskim i ma na wychowaniu dzieci, z całą pewnością wie, o czym mówię. W rezultacie, jeśli się tak nad tym wszystkim porządnie zastanowić, jedyna korzyść z tego, że myśmy się tu pojawili, to taka, że w jakimś tam drobnym procencie, poczynając i rodząc nasze dzieci, dołożyliśmy się do tego, by ten świat trwał. I tylko tyle. A i to tylko przy założeniu, że uznamy ten świat za jakąś obiektywną wartość.
Mam nadzieję, że jestem dobrze rozumiany. Ja nie mówię o tym, że ludzie, którzy nie mają dzieci, nie przynoszą światu żadnych korzyści. Ależ przynoszą jak najbardziej. Przecież sam wspomniałem o mojej żonie-nauczycielce, czy o swoich książkach. Tyle że ja mówię o naszych zasługach nie jako pojedynczych osób – bo takich jest wszędzie mnóstwo i każdy tu w większym lub mniejszym stopniu ma swoje zasługi – ale jako związku małżeńskiego. A tu sytuacja naprawdę nie jest taka prosta.
Załóżmy że ja jestem fantastycznym artystą malarzem i zwracam się do swojego państwa o jakąś dotację, albo ulgę podatkową, albo diabli wiedzą co jeszcze. Na to państwo mnie pyta, a niby to z jakiej racji oni mi mają tu się mną zajmować, na co ja im odpowiadam, że jestem fantastycznym i uznanym na świecie malarzem, i dzięki temu mojemu talentowi w jakiś sposób państwo też na mnie korzysta. Oni mi każą napisać podanie i czekać.
Co by jednak się stało, gdybym ja przyszedł do państwa i poprosił je o to, by ono zechciało zrobić mi jakąś szczególną przysługę, państwo by mnie zapytało, a z jakiej to racji ja się domagam szczególnego traktowania, na co ja bym odpowiedział, że ponieważ pewien mój kolega malarz dostał niedawno bardzo duże stypendium, ja też bym chciał. W końcu, w czym ja od niego jestem gorszy? Oczywiście, jest możliwe, że w tym momencie oni by już mnie dawno przepędzili, ale załóżmy, że ta rozmowa by jednak nadal trwała i przedstawiciel państwa wytłumaczyłby mi, że jak idzie o mojego znajomego artystę, oni sobie wykalkulowali, że jeśli oni będą pakować w niego pieniądze, im się ta inwestycja jakoś zwróci, co do mnie jednak takiej pewności nie mają.
W tym momencie z tego labiryntu wiodą dwie drogi. Jedna jest taka, że ja już nie mam żadnego argumentu, a druga daje mi pewną szansę. Otóż chwytam się tej brzytwy i mówię, że właśnie się ożeniłem i zakładam rodzinę. Urzędnik w tym momencie zaczyna coś liczyć i pyta: „Dzieci są?” Na to ja: „Nie ma”. On wtedy: „A będą?”, na co ja pytam „A bo co?” Na co on: „Podatki i budżet”, więc ja odpowiadam: „Się zobaczy”. No i słyszę, że w tej sytuacji oni mnie proszą, bym się znów pokazał aż te dzieci się już urodzą, na dziś natomiast on mi może zaoferować jakieś tam wsparcie na urządzenie się i zakup łóżka.
W tym momencie do jego gabinetu wchodzi dwóch przytulonych do siebie gejów i chce wiedzieć, co ten co tu był przed chwilą dostał. Urzędnik mu wyjaśnia, że on mu dał na łóżko, na co geje mówią, że oni też nie mają łóżka, a by im się bardzo przydało…
I w tym momencie pojawiają się znów dwie drogi z tego labiryntu. Pierwsza jest taka, że urzędnik gejów przepędza, jako naciągaczy, i ta droga, jako mało inspirująca, nas już nie interesuje. Jest jednak droga druga i tam się nagle okazuje, że urzędnik jest urzędnikiem bardzo nowoczesnym i patrzącym na świat w sposób prawdziwie otwarty i im jednak na to łóżko daje. I oto nagle okazuje się, że ów nowożeniec nie zdążył jednak całkiem wyjść, usłyszał co się stało i uznał, że jemu się należy więcej niż gejom. Bo oni dostali na przyjemności, a on na przyjemności i pracę dla kraju i świata…
I teraz dla wszystkich tych, którzy po wysłuchaniu paru najnowszych wystąpień poseł Pawłowicz na temat relacji między obywatelem a państwem, dostali cholery i zapragnęli ją ukrzyżować, ja mam pytanie: jak by oni postąpili na miejscu tego urzędnika i dlaczego tak, a nie inaczej. A jak już mi odpowiedzą na to pytanie, to ja mam następne: a jeśli następnym gościem wspomnianego urzędu będzie nie para gejów, ale jakiś menel, któremu zabrakło na flaszkę i powie, że jemu łóżko niepotrzebne, bo kiedy chce podupcyć to mu wystarczą krzaki za miastem, natomiast by się chętnie napił. No i pytanie: jaki argument stoi za tym, żeby mu na tę flaszkę nie dać? Mówię o argumencie, który broń Boże nie obrazi jego menelskiej wrażliwości.

Wszystko to co się ostatnio dzieje – a więc i ten blog i ta książka i tych kilka lekcji pozwala się jakoś utrzymać na powierzchni. Udało się sprzedać tyle książek, że pokryliśmy pełne koszta jej wydania. Mam nadzieje, ze o dziś uda się już tylko zarabiać. Do kolejnej – o zespołach. Póki co, bardzo jednak proszę o pamięć i pozostaję nieskończenie wdzięczny za każde wsparcie. Ono jest bezcenne. I to wbrew temu, co się wydaje tej bandzie zawistników.

11 komentarzy:

  1. @toyah

    Ja bym nieco podniósł poprzeczkę wprowadzając kwestię liczby mnogiej do zagadnień językowych w okolicach art. 18 Konstytucji RP rozciągliwych podobno niczym lekki obyczaj.

    A oto poprzeczka:

    Przychodzi, powiedzmy, do urzędnika słownie pięciu gejów i wesoło żądają państwowego zatwierdzenia ich pięcioosobowego związku partnerskiego.

    Urzędnika przecież nie może obchodzić spiżowe pytanie: kto kawo jebiot?

    Na jakim więc zatrutym gruncie nietolerancji wykiełkowało w odrzuconych projektach ograniczenie związków partnerskich do ich koncepcji monogamicznej? Już dlatego należało te projekty bezwzględnie odrzucić, a środowiska LBGT*/ powinny być wdzięczne p. prof. Pawłowicz, że odważnie środowiska te wyręczyła i w efekcie uchroniła przed powyższym, fatalnym ograniczeniem mnożenia konstytucyjnych praw związkowych.

    Czy mamy domniemywać, iż środowiska te cierpią na wrodzoną wadę niewdzięczności?

    ------
    */ czy jakoś tak - względem tzw. ostrożności procesowej :o

    OdpowiedzUsuń
  2. Najpierw przeczytałem coś pan tu napisał a potem poszukałem tej Pawłowicz. (bo mnie do tej pory jakoś to nie obeszło)
    Chodzi o to:
    http://youtu.be/wnOMCC1GpTE
    I oto całe te brewerie są?
    Uważam że gościówa dobrze pojechała.
    Mężczyźni na sali sejmowej powinni się uczyć jak dawać odpór bolszewii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten tekst mi się nie podoba. Nie jego wymowa, bo ta jest OK, ale użyte argumenty. A konkretnie postać tego urzędnika - dlaczego wolno mu podejmować takie decyzje? Kto mu dał prawo? Jego obecność już jest dla rodziny zagrożeniem.
    A co do książek, to zamówiłem u Coryllusa i czekam (trochę to potrwa, ponieważ zamówiłem w jednej przesyłce z jego, jeszcze nie wydaną).
    Mam nadzieję, że będzie lepsza od Elementarza, który mnie trochę rozczarował. Moja 17-letnia córka zapytała retorycznie, po jego przeczytaniu: "Czy jest ktoś kogo on lubi?". Zobaczę jaka będzie jej reakcja na następną. A o zespołach chętnie by poczytała bo to jej klimaty. Więc daj radę z jej wydaniem przed gwiazdką, prezent będzie jak znalazł.

    OdpowiedzUsuń
  4. @orjan
    Szkoda że owa ostrożność procesowa nie powoliła Ci wyjaśnić kwestii tego LBGT.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Remo
    Czy bolszewii, tego nie jestem pewien. Ale owszem - pojechała. I co do drugiego, też zgoda - gościówa.

    OdpowiedzUsuń
  6. @karakuli
    Przecież ja tego urzędnika ani tam nie postawiłem, ani mu nie udzieliłem żadnych pełnomocnictw. Przyszedłem na gotowe i to opisałem. Musisz chyba bardziej uważać, żeby Ci ideologia nie przesłaniała codziennego widoku.
    Co do Elementarza, czy problem jest w tym, że ja nie lubię tego, co lubi Twoje dziecko. czy może chodzi tylko o proporcje i dla równowagi miałem napisać coś miłego o pani Komorowskiej i Grycankach?
    Książka o zespołach będzie znacznie wcześniej, tyle że tu sprawa jest jeszcze bardziej drażliwa, więc nie wiem. czy warto by tak czekać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mi tych lgbt trochę szkoda. Oni są narzędziem (i może też ofiarą) w rękach współczesnych bolszewików. Lgbt są tym czym za Lenina byli robotnicy. Mówię "ofiarą" ponieważ ludzie mogą sobie kiedyś odreagować zniewagi i szykany.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Remo

    Ja posunę się dalej wskazując na pewien inny wymiar jałowości społecznej. Otóż osobniki te - pojedynczo, parami, czy większymi grupami - obiektywnie nie są w stanie prowadzić egzystencji personalnie niezależnej w społeczeństwie.

    Nie chodzi tu o "kasę, furę i komórę", bo potrzebują co najmniej przyzwolenia określanego dawnym znaczeniem słowa: tolerancja. Drogą kontrkulturową udało się (?) im uzyskać wymianę tego znaczenia na "akceptacja", czy "afirmacja". Na tym jednak możliwości kontrkulturowe wyczerpały się. Do tego momentu osiągnęli jednak ochronę w każdym możliwym znaczeniu społecznym i prawnym. Można powiedzieć, a przykładów nie zabraknie, iż osiągnęli ochronę nawet wyższą i doraźnie bardziej skuteczną, niż osiągnęła jakakolwiek inna grupa społeczna określona wspólną cechą jej uczestników.

    Kłamliwe są więc uzasadnienia tych padłych projektów, iż chodzi tylko o zagadnienia ochrony. Następuje w nich eskalacja przez żądanie opieki; państwo i społeczeństwo mają się nimi zaopiekować przyjmując fikcję, że są oni społecznie niezbędni, niczym właśnie małżeństwa, jakoby każda wersja ciupciania się była społecznie równie pożądana i równo warta.

    Podstawy etapów są więc coraz bardziej sztuczne, a powodzenie wymaga oddawania się w coraz gorszą niewolę u "gwarantów" odpowiednich dla danego etapu. Eskalacja wymaga coraz bardziej zaawansowanego terroru przenoszonego od pierwotnego obszaru kultury w rejony coraz ściślejszej zależności od świata czystej represji. Sami staną się więc (o ile już nie są) zależnymi od represji i - konsekwentnie - ofiarami pogardzanymi przez dysponentów represji.

    Ponura konsekwencja polega na tym, że odpychają od siebie społeczeństwo, a zatem gwarantów ochrony rzeczywistej, bo organicznej.

    OdpowiedzUsuń
  9. @toyah

    Może być takie wyjaśnienie kwestii?

    OdpowiedzUsuń
  10. @orjan

    Właśnie to chciałem powiedzieć :)

    OdpowiedzUsuń
  11. @Toyah
    Co do elementarza to chodziło mojej córce o proporcje - pisałeś w większości o ludziach, którzy Ci się nie podobają (no niekoniecznie ludzie, tylko to co robią). Nie chce mi się zrobić takiej statystyki, ale ja też odniosłem takie wrażenie.
    Myślę, że Twoja nowa książka (ta o biustonoszu ;-) będzie zawierać teksty o tym co kochasz (tak twierdzi przynajmniej Coryllus).
    A co do zespołów to doskonale jak będzie krytycznie - zimny kubeł wody na jej młodą rozpaloną głowę dobrze jej zrobi.
    Pozdrawiam,
    karakuli (Twój wierny czytelnik, prawie od początku).

    OdpowiedzUsuń