poniedziałek, 5 grudnia 2011

I jeszcze krok bliżej

To co dziś postanowiłem napisać, nie jest w żaden sposób ani wynikiem moich przemyśleń, ani nawet prezentacją moich obserwacji. Myślę sobie jednak, że ponieważ zasadniczo wszystko co na tym blogu jest zamieszczane, to niemal w stu procentach efekt mojej własnej pracy i moich własnych refleksji, raz na jakiś czas mogę sobie pozwolić na skorzystanie z aktywności osób znajomych. Ale za to jak! Proszę się złapać foteli, krzeseł, czy czego skutecznie się złapać można, i posłuchać.
Otóż nasz kolega, a mój dobry kumpel, Michał Dembiński, który, jak niektórzy wiedzą, reprezentuje opinię nam obcą, nieprzyjazną i nam w gruncie rzeczy obrzydliwą, która – mówiąc bardzo ogólnie, a kto wie, czy może nawet trochę niesprawiedliwie – sprowadza się do sugestii , że kto nie ma siły, niech zdycha, zamieścił na swoim blogu – tak na marginesie, reklamowanym tu jak należy – tekst poświęcony wypowiedzi człowieka nazwiskiem Jeremy Clarkson. Myślę, że niektórzy z nas owego Clarkson znają. Jest to bardzo znany komentator telewizyjny, prowadzący kultowy w niektórych kręgach program zatytułowany „Top Gear”, a poza tym, autor wielu dość interesujących zbiorów felietonów Otóż, wedle relacji Michała, który z kolei powołuje się na informację podaną przez brytyjskie media, w tym słynny „Telegrach”, występując w telewizji BBC, Clarkson tak oto skomentował strajk sektora publicznego, który aktualnie przyciąga uwagę brytyjskiej opinii publicznej:
Mówiąc uczciwie, ja bym ich wszystkich kazał wystrzelać. Wyprowadziłbym ich zwyczajnie na dziedziniec i na oczach ich rodzin bym ich rozstrzelał. Bo rzecz w tym, że jak oni w ogóle mają czelność wszczynać jakiekolwiek protesty, przy swoich tak nieprawdopodobnie wysokich, gwarantowanych emeryturach, podczas gdy my wszyscy musimy harować na życie?
Ciekawe, prawda? Ja wiem, że w dzisiejszych czasach, zwłaszcza przy ostatnio coraz bardziej modnym podejściu do spraw publicznych, akurat u nas ten typ refleksji może robić wrażenie dość typowe, jednak nie da się ukryć, że mimo wszystko ciekawe. Anglicy w końcu zawsze mieli szczególne retoryczne talenty. W tym momencie, zacytowawszy ten fragment, nasz kolega, a mój kumpel, Michał Dembiński – histeryczny liberał i Europejczyk – po odpowiednio mocnej deklaracji, że owszem, ten Clarkson, to niezłe ziółko i takie tam, przedstawił cały długi tekst o tym, że, gdyby się tak nad tym zastanowić, to należałoby dojść do wniosku, że w tym co on głosi, jest pewien bardzo poważny sens. No a dalej, jak się można domyślać, następuje już tylko całkowicie standardowy wykład na temat, o którym tu już było wyżej. Że jak ktoś jest dupa, to niech nie podskakuje. I wreszcie na końcu pada apel, by może ten Clarkson przestał się zajmować duperelami, a podjął starania na rzecz uświadamiania społeczeństw na poziomie podstawnych prawd ekonomicznych. Bo przy wszystkich znanych kontrowersjach, to naprawdę łebski gość. A więc znów standard.
I w tym momencie, z komentarzem pod tą notką, pojawił się nasz inny kolega, a przy okazji mój i Michała wspólny kumpel, piszący tu niekiedy jako adthelad i przedstawił informację następującą. Otóż, Jeremy Clarkson, poproszony przez telewizję BBC o ocenę tych strajków, w pierwszym momencie odpowiedział następująco: „Uważam, że te strajki są fantastyczne”. A dopiero po chwili zaproponował, że ponieważ, jak powszechnie wiadomo, BBC słynie z bezstronności, to on spróbuje swoją wypowiedź zrównoważyć… no i to własnie wtedy wygłosił ów szokujący fragment o rozstrzeliwaniu niezadowolonych. A więc – wychodzi na to, że to był zwykły żart. Czy dowcipny? Czy mądry? Mnie osobiście się podoba, ale biorę też pod uwagę, że ktoś mógł się poczuć urażony. Jedno jest pewne. Jeśli kogoś powyższe słowa mogły rzeczywiście urazić, to z całą pewnością nie jako poważna propozycja, ale właśnie, jako żart. Mój przyjaciel, a nasz kolega, Michał Dembiński, zwyczajnie niedoinformowany, co się przecież zdarza, wziął ten fragment wypowiedzi na poważnie i… mamy to co mamy. Nie powiem ani słowa więcej, bo nie chcę się nad nim znęcać.
Inna sprawa, że to, tak naprawdę, wcale nie chodzi ani o Michała, ani o Clarksona, ani też nawet o to, że, jak się okazuje, media to – i to zupełnie niezależnie od granic i pochodzenia – zaraza, którą należałoby, skoro już o tym mowa, wyprowadzić na dziedziniec i najzwyczajniej w świecie rozstrzelać. Problem bowiem polega na tym, że poziom tego skażenia, o którym tu rozmawiamy już od niemal czterech lat, osiągnął taki stopień intensywności, że ja osobiście nie jestem już w stanie sobie wyobrazić niczego, co by mnie jeszcze było w stanie zszokować. Ja wiem? No może jeszcze pewne niespodzianki na nas czekają. Powiedzmy, że któregoś dnia, ktoś o niezwykle wysublimowanym poczuciu humoru, zaproponuje, by w ramach walki o ratowanie euro, czy po prostu przygotowywanie gruntu pod nowy europejski ład, czy może wręcz o z dawna wyczekiwane niemieckie przywództwo, wszystkich nieprzystosowanych zacząć fizycznie i ostatecznie eliminować. Bydło eliminować, kościoły palić, biało-czerwoną flagę przyozdobić i uwznioślić przy pomocy czarnej wrony trzymającej w dziobie złoty sierp i młot.
I w tym momencie w całej publicznej domenie rozgorzeje debata na temat sensowności tej propozycji. W “Szkle kontaktowym” rozdzwonią się telefony, Fundacja Batorego zorganizuje na ten temat debatę, wydawnictwo „Znak” wyda książkę, blogosfera zapłonie dyskusją, jakiejśmy wcześniej nie znali, a może i nawet któryś z bardziej znaczących duchownych zabierze głos na temat przestrzeni wolności wypowiedzi i antydemokratycznych obsesji.
Jak by się nie ustawiać, wszystko przed nami. Wszystko przed nami.

Jest ktoś uznał ten tekst za wystarczająco poruszający, proszę o sprawdzenie, jak się te – w gruncie rzeczy przecież dość podobne – teksty czyta w wydaniu papierowym. Osobiście uważam, że znacznie lepiej. No i będę wdzięczny za wszelkie ewentualne wpłaty na podany obok numer konta. Dziękuję.

25 komentarzy:

  1. "Michał Dembiński – histeryczny liberał"

    1) Ciekaw jestem, gdyby 100 losowo wybranych ludzi przeczytało Twój blog i moj blog, wpis po wpisie przez, no, dwa-trzy lata, ile by powiedziało, że ja jestem histeryczny - a ile byłoby zdania, że ty jesteś histeryczny.

    2) Liberał... Gospodarczy, czy obyczajowy? Gejów, którzy wykonują aborcję na każdą ciężarną kobietę spotkaną na ulicy, też potępiam.
    A gospodarczy liberał - tak, przyznaję się. Zwolennik Pani Thatcher i Ronalda Reagana.

    OK - do merytum. Przetłumać, więc, cały wywiad tu.

    Kpina. Clarkson wyśmiewuje się z związkowców, używając głębokiego sarkazmu. I potem do rzeczy - trzeba ich zastrelić.

    I więc liberałów gospodarczych można zniweczyć argumentem - "Clarkson idiota, więc my związkowcy sektora publicznego mamy rację".

    Nie mają racji - i w tym sens mojego wpisu.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Michael Dembinski
    Czy Ty nie rozumiesz już po angielsku, czy nie nie zdążyłeś złapać choć trochę angielskiego humoru?

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah
    Wbił mi się kiedyś w pamięć taki czarny żart rysunkowy. Przed tablicą "Rozstrzeliwanie żywego człowieka" stoi długa kolejka chętnych na oglądanie. Ludzie przechodzą, jeden za drugim, wąskim tunelem, który się w pewnym miejscu rozdwaja i widzimy, że tylko część trafia na widownię. Inni, którzy wybrali drugi tunel, trafiają wprost pod ścianę.
    Dedykuję liberałom.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Michał Dembiński
    1. Jesteś liberałem gospodarczym. Obyczajowo jesteśmy jak bracia. Syjamscy. Swoją drogą, to ciekawe, czyż nie?
    2. Słowa "histeryczny" użyłem w znaczeniu "zaangażowany". Ja na przykład jestem histerycznym pisowcem. No offence, man.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Michał
    No i jeszcze jedno. Najważniejsze. Oczywiście że on kpi ze związkowców. Trudno żeby nie kpił. Co jednak równie istotne, on też kpi z retoryki liberalnej. I to w sposób wyjątkowo perfidny. I Ty akurat tego nie zauważyłeś. I o tym jest mój tekst. Że tego nie zauważyłeś.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Marylka
    Otóż to. Właśnie dlatego otrzymali przezwisko 'lemingi'.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie znam się na wysublimowanym poczuciu humoru, ale jestem przekonany, że jeśli taki projekt zaistnieje na poważnie w czyjejś głowie, to na pewno nie będzie tam użyte słowo "eliminacja".

    Jak ważne jest użycie odpowiednich słów ładnie pokazano w filmie Conspiracy z 2001 roku (do obejrzenia tu). Film ten przypomniał mi się już wczoraj, gdy czytałem w dyskusji pod notką, że w edycji Kabaretu na DVD nie ma polskich napisów. Z Conspiracy jest jeszcze gorzej, bo w ogóle jest trudno dostępny w Europie, o co postarali się Niemcy, którym nie podobało się, że BBC zrobiło remake filmu niemieckiego. Kabaret ma niemal 40 lat i wszyscy go kiedyś widzieliśmy, a kto widział ten dziesięcioletni film? A przecież to świetny materiał, choćby na korporacyjne szkolenia "Jak prowadzić spotkanie, by szybko osiągnąć założony cel".

    OdpowiedzUsuń
  8. @Mr. White
    Oczywiście że by nie użyli tego słowa. Podobnie Clarkson. Gdyby on faktycznie był aż tak na tych związkowców cięty, a nie stroił sobie żartów, to by nie użył słowa 'strzelać' i 'egzekucja'. To tylko my, naiwni komentatorzy, jesteśmy tacy szczerzy.

    OdpowiedzUsuń
  9. @All

    Jak widać, choćby powyżej,sarkazm i ironia nie zawsze są odpowiednio odczytane.
    Słowa rzucone na wiatr mogą powrócić złowieszczym echem.

    Wystarczy, żeby jeden idiota posiadający władzę nie zrozumiał, jak należy.

    OdpowiedzUsuń
  10. Dobry wieczór!

    Ano, pamiętam, oglądałem niegdyś Top Gear pasjami, było to w okresie lemingowym. I, moim skromnym zdaniem, Jeremy Clarkson to jednak taki nonkonformista dla lemingów.
    Ciekaw jestem, czy, gdyby operował on w Polsce, byłby takim Zalewskim i Mazurkiem, czy też niszowym blogerem.
    Stawiam, niestety, na to pierwsze.

    A jego stanowisko wobec urzędasów podoba mi się bardzo. Podobają mi się oba view - z pierwszego wynika, że życie bez biurokratów staje się natychmiast lepsze, no a drugie jest już tylko radykalną konsekwencją pierwszego.

    Ukłony!

    OdpowiedzUsuń
  11. @Kozik
    Ja go trochę próbowałem czytać, ale zdecydowanie bardziej wolę Amerykanow.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Toyah

    A których Amerykanów? Chętnie bym poczytał na przykład, co jakiś rozsądny człowiek pisze o Johnie Lennonie (Tak mi to przyszło do głowy - mamy jakoś na dniach rocznicę jego śmierci).

    OdpowiedzUsuń
  13. @Toyah i Kozik
    Brakuje Rybińskiego

    OdpowiedzUsuń
  14. @Toyah

    Jak tak patrzę na zdjęcie przy wpisie Michaela Dembinskeigo, to sobie myślę, że gość jest gdzieś w moim wieku.
    Czyli za stary by reprezentować młodzieńczy, naiwny idealizm i za młody by być jak Kuc/Kutz czy Bartoszewski stetryczały.

    Mimo tego, z dziwnym uporem i stanowczością nie dopuszcza argumentów i otwartej dyskusji ze stroną przeciwną.

    Zawsze zadziwiają mnie tacy ludzie.
    Co nie znaczy, że nie zasługują na szacunek.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Kozik
    No choćby Bob Greene, Dave Barry czy Mike Royko. To jest właśnie ten typ dziennikarstwa co u Clarksksona. Uważam, że są znacznie ciekawsi i zabawniejsi.
    Niestety nie zauważyłem tam nic o Lennonie. Ani nawet o Yoko. Też żałuję.

    OdpowiedzUsuń
  16. @Marylka
    No tak. On był bezcenny.

    OdpowiedzUsuń
  17. @jazgdyni

    Czułbym się niezręcznie w pewien sposób podejmując twój temat, ale jestem przekonany, że Michael i tak jest tu obecny. Nie dopuszczę się zatem obgadywania za plecami i ufam, że Michael poniższe wypociny przeczyta tutaj.
    Podobnie ja jestem obecny na blogu Michaela (na obu). Tyle tylko, że z wrodzonego lenistwa założyłem sobie taki netowy kaganiec, że sam nigdzie nie bloguję, a komentuję tylko tutaj. No, prawie tylko. Raz chyba odezwałem się także u Michaela.

    Po tych wstępnych deklaracjach, przechodząc do tzw. admeritumu, chcę zwrócić uwagę na taką zbieżność, że Michael, Toyah i na przykład ja sam, jesteśmy rówieśnikami w granicach raptem kilku lat różnicy (ja jestem najstarszy!).
    Nie wyliczam tu innych naszych rówieśników z toyahowego blogowiska, bo z całą sympatią, nie chodzi mi tu o apel południowy, ani o inwentaryzację osobową.

    Gdy Michael publikuje swoje wspomnienia z dzieciństwa, to - czy chcę, czy nie chcę - mimowolnie porównuję je z moimi. Narzuca mi się wtedy zasadnicze podobieństwo, lecz jakby po drugiej stronie. Nie mam wtedy na myśli lustra Alicji, lecz pewien stary film SF, którego tytuł zapomniałem. Istota jego akcji prowadzi do tego, że po drugiej stronie ziemskiej orbity istnieje lustrzana Ziemia, a na niej żyją lustrzani ludzie. Wszystko jest symetrycznie odwrócone tam, albo tu, zależy od której strony się patrzy. Symetria jest absolutna, ale dotyczy tylko sfery materialnej i jej przestrzennej orientacji obiektywnej. Nie ma natomiast symetrycznego odwrócenia w sferze treści i pojęć niematerialnych, tj. nieobiektywnych.

    Na przykład, Antarktyda jest tam po naszemu na górze, lecz po ichniemu na dole (bo ichnie mapy wiszą po naszemu do góry nogami). Tamtejszy ja sam jest obiektywnie względem mnie mańkutem (albo ja względem niego), ale ma dokładnie ten sam bagaż wspomnień, ten sam dorobek formacyjny, ma te same poglądy i tak samo są one nazywane. Tutejszy lewak i tam jest nazywany lewakiem, złodziej, złodziejem, itd.
    Właśnie ta osobliwość subiektywnych pojęć (tamtejsze = tutejsze) umożliwia, że zabłąkany przybysz może podjąć przynależność automatycznie i bezwiednie (byle w innym miejscu). A cóż to bowiem za sensacja, że w innej okolicy, do której zabłądził, ruch jest prawostronny, gwinty bywają lewe, czy zachodzą inne osobliwości lokalne. Odkrycie konfuzji pojawia się przypadkiem, dopiero wtedy, gdy lekarze zabierają się do powypadkowej operacji zbłąkanego bohatera i raptem okazuje się, że ma on serce po obiektywnie, tj. fizycznie drugiej stronie, chociaż dla niego też po lewej.

    I już powiedziałem wszystko, co chciałem powiedzieć.

    Czy ktoś kojarzy ten film?

    OdpowiedzUsuń
  18. @orjan

    Byłem u Michaela parę razy, dosyć dawno i przyznam, nie dorosłem do jego pisania.
    Raczej potrzebuję afirmacji.
    A żeby się utwierdzać w zamiarach i poglądach przeciwnika wystarczy mi słuchanie Tok FM w samochodzie.

    To sci-fi o którym piszesz (a ciągle jestem wielkim miłośnikiem tej literatury, szczególnie, że zdarzają się tam geniusze jak Dick, czy Lem), no była jakaś nowela. Czyja i jaka, bij, zabij nie pamiętam.

    OdpowiedzUsuń
  19. @jazgdyni

    To był film, amerykański. Bohater jest astronautą, który skutkiem jakiejś (nie pamiętam) nadzwyczajnej okoliczności ląduje - jak mu się wydaje - na Ziemi.

    Więcej nie pamiętam poza opisanym poprzednio sensem akcji i intrygi.

    Nie jestem pewny, ale chyba w tytule było jakieś określenie z dziedziny astronomii?

    OdpowiedzUsuń
  20. @orjan

    No to nie widziałem.
    Z lądowaniem na zmienionej Ziemi kojarzy mi się tylko "Planeta małp".

    OdpowiedzUsuń
  21. Wydaje mi się, że o ten film moze chodzić http://en.wikipedia.org/wiki/Doppelg%C3%A4nger_%281969_film%29

    rok produkcji ten sam co Odyseja Kosmiczna 2001, klimat inny, ale wtedy często s-f bylo bardziej s niz f i to mi sie podobało.

    OdpowiedzUsuń
  22. @hatamoto77

    Trafiłeś! Dzięki.

    Okazuje się, że film jest z GB, więc jakby od Michaela :)

    OdpowiedzUsuń
  23. @jazgdyni

    Być może wyraziłeś się niezręcznie, albo ja niezręcznie Ciebie czytam. W każdym razie, ja Michaela w żadnym przypadku nie odbieram jako przeciwnika.

    Wydaje mi się, że osobiście on czuje się tutaj gościem (to mu przejdzie!). W dodatku takim gościem, jakiego dawniej pożądano mawiając: "gość w dom, Bóg w dom".
    Jest to widoczne, w wyraźnej staranności Michaela, aby tu współuczestniczyć, jednak bez nachalstwa.

    Gdyby szukać modelu literackiego odpowiadającego temu samoumieszczeniu się, to ja bym zaproponował wczesnego Hassling-Ketling'a of Elgin (tego tak około akcji tuż przed "Potopem").

    Ale dość na tym, bo oryginał czkawki dostanie.

    OdpowiedzUsuń
  24. @orjan

    Może masz rację.
    Tyle ludzi wkoło, którym muszę tłumaczyć i przekonywać, że jeden więcej wydał mi się ponad siły.

    Wiem, to nie po chrześcijańsku.

    OdpowiedzUsuń
  25. A skoro się tak zręcznie wyrażamy, to:

    jak będzie z tym potopem?

    Zawsze uważałem, że euro, to ekonomicznie zły pomysł i posłuży tylko do, wyrażając się zręcznie, "międzyregionalnego transferu zamożności".

    Co się dokonało i teraz pora na następną funkcję pieniądza, tzn. funkcję stezauryzowania skutku tego transferu.
    Jak to zręcznie brzmi: "tezauryzacja transferu".

    Ciekawe, kto pierwszy podsunie myśl o wymianie euro na nowe euro według niemieckiego precedensu i know-how L.Erhard'a polegającego tym razem na przeliczeniu cen, płac oszczędności ludności i kapitałów firm jak 1:1, ale derywatów jak 1:000000001.

    Od razu Europa się wyleczy i to za przykładem Niemiec. Aj waj!

    Może o takie przywództwo Sikorskiemu biegało przed Tuskiem?
    W końcu jeden histeryk, drugi historyk ...

    OdpowiedzUsuń