czwartek, 8 grudnia 2011

Jeszcze raz o wilgotnym kroczu

Niedawno temu, syn mój znalazł w Sieci informację na temat filmu pod tytułem „Szpieg”. Nie bardzo wiem, co to za film, bo ostatnio jakoś odpadłem, ale domyślam się, że jest to jeden z tych nowych amerykańskich filmów, które oczywiście są najlepsze na świecie, tyle że wszystko w nich przebiega tak szybko, że ktoś taki jak ja, nie jest w stanie się zorientować już nawet nie w intrydze, ale w ogóle w tym, co się aktualnie dzieje. Wszystko to zaczęło się wraz z czwartą „Szklaną pułapką”, i z każdą kolejną produkcją jest już tylko coraz gorzej. Informacja na temat tego filmu była przyozdobiona cytatami z kilku fachowych recenzji. Najpierw „The Spectator” – „Doskonały”. Dalej „The Wall Street Journal” – „Olśniewający”.
No i wreszcie nasz „Filmweb” – „Dwugodzinny orgazm”.
Ktoś komu akurat ten ostatni tekst bardzo się podoba, powie, że ze mnie już stara pierdoła, więc nie ma się co dziwić, że straciłem całą radość życia, i na odgłosy seksu reaguję ziewaniem, tyle że to akurat jest nieprawda, a poza tym, przypominam, że to nie ja, ale mój syn – który radzi sobie zupełnie dobrze – przyszedł do mnie z tą rewelacją. I to on przede wszystkim uznał, że ktoś tu ma zdecydowanie pomieszane we łbie. A ja tę diagnozę zaledwie potwierdzam.
Wczoraj zamieściłem tu tekst poświęcony swojemu statutowi, jako kogoś, kto prowadzi ten blog i traktuje to zajęcie bardzo poważnie, ale też ogólnej sytuacji na rynku księgarskim. Zwróciłem przy tym uwagę na fakt, że – przynajmniej jak idzie o zacytowany przez redakcję „Uważam Rze” większy jej fragment – nowa powieść Waldemara Łysiaka traktuje przede wszystkim o wilgotnych kroczach, sterczących kutasach, i plazmowatych i śliskich mózgach. Czemu mnie to tak zainteresowało? Trochę oczywiście dlatego, że ja autentycznie nie mogę zrozumieć, jak to jest, że jeden z najwybitniejszych podobno polskich autorów, nawet kiedy jest w pracy, nie jest w stanie zapomnieć o tym co u niego słuchać w spodniach. Ale również dlatego, że od pewnego czasu mam wrażenie, że owe seksualne obsesje zaczynają coraz bardziej determinować nasze życie publiczne, i to zupełnie niezależnie od politycznych barw i orientacji.
Weźmy takiego Ziemkiewicza. Ja znam wprawdzie wyłącznie jego bieżącą publicystykę i trochę powszechnie znanej politycznej literatury, takiej jak „Michnikowszczyznę”, czy „Polactwo”, ale ponieważ kiedyś chciałem sprawdzić, co z niego za artysta pióra, jak idzie o zwykłą już, tradycyjną powieść, podczas jednego z pobytów w EMPiK-u zajrzałem na początek stronę czegoś, co on akurat napisał, i okazało się, że jest o dupczeniu. Co tam Ziemkiewicz! Któregoś dnia dowiedziałem się, że również Bronisław Wildstein – nasz Bronisław Wildstein! – został pisarzem. Zaglądam do środka, a tam tak zwane „lody”. Jakiś czas temu w „Gazecie Wyborczej” przeczytałem wywiad z pisarzem Kuczokiem, a ponieważ ów wywiad zrobił na mnie wrażenie, pomyślałem, że napiszę o Kuczoku osobny tekst. Aby jednak zorientować się, co z niego za pisarz, wbiłem jego nazwisko do Sieci i wyszedł mi fragment którejś z jego powieści o tym, że jakiś człowiek wraca z przyjęcia, ciągnąc za sobą kompletnie pijaną kobietę, ale ponieważ nagle zaczyna mu się zbierać, przyprowadza ją do siebie do domu i tam ją próbuje wykorzystać.
Niedawno, duże wrażenie na wielu z nas zrobił spot reklamowy promujący przy okazji zbliżającego się nieuchronnie Euro 2012 Warszawę. Gdyby ktoś dotychczas nie miał okazji, krótko opowiem. Otóż pomysł jest taki, że ulicami naszej Warszawy biegnie dziewczyna. W pewnym momencie na jej drodze pojawia się mężczyzna w spodniach od dresu i wybitnie wyeksponowanym wzwodem. No i zaczyna te dziewczynę gonić. Biegną więc oboje przez Warszawę, ona ucieka, on ją goni, a każdy z nas, obserwując ten pościg, może podziwiać, jak nam stolica wypiękniała. Na koniec okazuje się, że człowiek ze wzwodem nie jest wcale żadnym gwałcicielem, lecz prężnym biznesmenem, a ona też nie jakaś biedną ofiarą, lecz równie prężną bizneswoman. Taka ta nasza Warszawa. Tyle.
I oto okazuje się, że nieco wcześniej, w związku z nadchodzącą olimpiadą, Londyn też postanowił zrobić clip promujący miasto. Pomysł klipu polega na tym, że przez Londyn biegnie dziewczyna, a ponieważ jest śliczna i biegnie naprawdę zgrabnie, wszyscy ci, których ona mija, są nią w najbardziej oczywisty sposób zachwyceni, i w jednej chwili nabierają życia. Zwyczajnie życia. Najciekawsze jest jednak to, że wśród osób, obok których ona przebiega, są najwięksi brytyjscy celebryci, od Rogera Moora, przez Helen Mirren, do Davida Beckhama. No a na tle tego wszystkiego, widzimy Londyn. Piękny, nowoczesny Londyn. A zatem mamy tu dokładnie to samo, co w wyprodukowanym odpowiednio później w Polsce clipie o Warszawie, tyle tylko że oni mają Helen Mirren, a my sterczącą pałę.
Pod wspomnianym wcześniej tekstem, swój komentarz zamieścił nasz kolega Juliusz Wnorowski i zamieścił w nim link do artykułu we wspomnianej „Gazecie Wyborczej” na temat tego, że my wprawdzie mamy kilku noblistów, ale są to ludzie już starsi, natomiast nas by interesowało, jakie są szanse na przyszłość. W związku z tym, „Wyborcza” postanowiła przeprowadzić wśród najwybitniejszych znawców polskiej literatury, odpowiedni rekonesans, i na jego podstawie ustaliła listę dziesięciu najznakomitszych autorów młodego pokolenia, a jednocześnie kandydatów do Nagrody Nobla w roku 2040. Na dziesiątym miejscu jest Kuczok, na pierwszym Masłowska – reszty nie znam.
Myślę jednak sobie, że jak idzie o ten clip promujący miasto, to jest niewykluczone, że my oprócz pały, też jednak mamy celebrytów. Biorę bardzo poważnie pod uwagę, że kiedy ten człowiek z drągiem goni tę dziewczynę, a obok nich przesuwa się dostojnie sylwetka Stadionu Narodowego, w tłumie, jaki obok nich się przesuwa, jest ta nieznana mi ósemka. Fiedorczuk, Dehnel, Bargielska, Witkowski…
Ponieważ od pewnego czasu zanudzam czytelników tego bloga sprawami w gruncie rzeczy mało istotnymi, chciałbym na sam już koniec wrzucić coś naprawdę ważnego. Otóż, skoro już się nam zgadało o pisarzach, jak już wspomniałem, na pierwszym miejscu przeprowadzonego przez „Gazetę Wyborczą” sondażu, wylądowała pisarka Masłowska. A zatem mamy jej śliczne zdjęcie, a pod spodem wywiad, a właściwie fragment wywiadu. Proszę posłuchać:

Dlaczego pani posyła córkę na religię?

- Bo z etyką były jakieś komplikacje logistyczne. I stwierdziliśmy, że niech popróbuje, pointeresuje się, że może ona na przykład na to reaguje dobrze? Poza tym to część kultury, nie może całe życie na kościół mówić ''zamek''.

Ja zostałam wychowana w kontekście silnej, dość okrutnej ludowej religijności mojej babci. Groźny Bóg, pachnący wilgocią kościół i wizja piekła, co we mnie, osobie wrażliwej, ewoluowało w takie konstrukcje logiczne, mentalne i moralne, przed którymi chciałabym dziecko ochronić.

Z drugiej strony, jak wspominałam, to część naszej kultury, obyczajowości, historii. Trudno wychować dziecko w abstrakcji od tego, że każdy dorosły sto razy dziennie mówi w tym kraju ''o Boże'', albo ''Jezus, Maria''.

Rozmawiacie o Bogu?

- Oczywiście jest wysyp pytań. Tłumaczę, że Bóg to osobista sprawa każdego człowieka.

A ona pyta: mamo, a ty?

- Podkreślam, że jeżeli człowiek wierzy w Boga, to ten Bóg bezsprzecznie istnieje. Jeżeli nie wierzy, to bezsprzecznie nie istnieje. Że religia to pewien sposób rozumienia świata, pewna jego wersja i że ludzie w różnych częściach świata wyobrażają sobie to wszystko nieco inaczej. Wydaje mi się, że to jest ważne.

Ja natomiast jestem wierząca niepraktykująca. To znaczy mam ustawienia chrześcijańskie, ale nie potrafię uczestniczyć w organizacji”.

Mokre krocze i śliski mózg. Oto przyszłość. Oto zapowiedź autentycznej apokalipsy.
Póki co jednak, zachęcam do kupowania książki o siedmiokilogramowym liściu, która jest sprzedawana wyłącznie w Internecie i można do niej dojąć, klikając w okładkę tu zaraz z lewej strony. Serdecznie polecam. To jest naprawdę świetna ksiązka. Pod każdym względem. No i oczywiście, jak zawsze, proszę o wpłaty pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

48 komentarzy:

  1. @Toyah

    Ależ się dziewczę wije w tych odpowiedziach. A wiesz, że ja nawet kiedyś przeczytałem tą jej debiutancką, no powiedzmy, powieść.

    No to wszystko jest zgroza.

    Ja nie wierzę, nie jestem w stanie uwierzyć, że estetyka i wrażliwość spod znaku Masłowskiej, sterczącej pały, itp. była bliska znaczącej części społeczeństwa. No way. A to już ponad dwadzieścia lat jak nam to wtłacza neobolszewia. Więc to jednak budujące, że tak dużo jest tępych pał, odpornych na propagandę "wilgotnego krocza".

    OdpowiedzUsuń
  2. @Toyah

    Ależ chłopie wyprzedzasz światło.

    Zrobiłem sobie dziś wieczór telewizyjny, aby dotrwać do Pospieszalskiego, który dla mnie nie był szokiem, ale dla narodu zapewne tak.

    I cóż takiego się dowiedziałem. Otóż szanowna hipokrytka spod znaku Opus Dei stwierdziła, ze reklama Warszawy jest lepsza, mimo biegającego za dziewczyną zboczeńca, bo jak ona wiele lat pracowała w Londynie, to raz, jak zatrzymała się na światłach, to przed jej autem przeszedł Roger Moore. Tak. Sam Roger Moore.
    Dlatego reklama warszawska jest lepsza. Jak by lordowi majorowi Londynu przeszedł przed maską Daniel Olbrychski, to też by stwierdził, że reklama brytyjska jest lepsza. A ja wtedy bym się wcale nie zdziwił.

    Rośnie pleśń na mózgach. Już coraz większe banialuki wprowadzane są do obiegu.

    Wszyscy coraz bardziej mają nas za kretynów.
    Kurde, Toyahu walcz i dawaj czadu.

    OdpowiedzUsuń
  3. @ Śpią łachudry!

    @All

    Fajne określenie przyszło mi na myśl:

    Toayah w swoich komentarzach jest po prostu rubaszny.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Kozik
    Ja nie mam wrażenia, że ona się wije. Ani ona, ani ci wywiadowcy z Wyborczej. Tam wszystko się pręży jak pała Kazimierza Kutza. Zaczynając od tego pytania: ' Dlaczego posyła pani dziecko na religię', a kończąc na wilgotnych wnętrzach kościoła.

    OdpowiedzUsuń
  5. @jazgdyni
    Słowo daję, że nic nie rozumiem. Za dużo absurdu.
    A o czym był Pospieszalski?

    OdpowiedzUsuń
  6. Ziemkiewicz za swoje "ciało obce" bo to chyba o tym mowa, zapłacił sporą cenę. - to tak na marginesie

    OdpowiedzUsuń
  7. Rozmawialiśmy na ten temat z Coryllusem przy okazji akcji podpisywania książki kryminalnej wrocławskiego autora, nazwiska nie pomnę. Autor ów wydał parę książek, które mają pewne cechy wspólne. Otóż traktują one o Breslau, czyli przedwojennym Wrocławiu i obfitują w wiele opisów brutalnych morderstw i ekscesów seksualnych, prawdziwy kryminał mając tylko w nazwie. Autor napisał po prostu książkę na zamówienie rynku, który żywi się golizną, krwią i faszyzmem.
    Obaj doszliśmy do wniosku, że taką książkę każdy z nas potrafi napisać, ale czy po to został nam dny talent, żeby go taplać w krwi i mokrych matkach?
    Teraz wynik mojej syntezy i analizy. Współczesny świat kreujący rynki i konsumentów, z powodzeniem wmówił ludziom, że kompletnym substytutem szczęścia jest prawo do orgazmu, a miłość to nic innego jak seks na żądanie.
    Oczywiście wiadomo, że życie zweryfikuje tę ścieżkę za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, ale ta weryfikacja dotyczyć będzie jednostek indywidualnie, a za rozwody będą winić system. W głowach tłumu nastolatków i późnej młodzieży nadal będzie trwać niezweryfikowana.
    A przecież miłość jest piękna i niepowtarzalna i nie da jej się wywołać przez seks.

    OdpowiedzUsuń
  8. @MacBlacker
    Jaką? Opowiedz.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Shork
    To że współczesny świat swoją ofertę opiera na wyuzdaniu, wiemy wszyscy jak tu jesteśmy. Pisałem zresztą o tym parokrotnie, że cały wysiłek idzie w to, by ludzi zapędzić do roboty, a jednocześnie zapewnić im wystarczająco dużo rozrywki, żeby oni od tego stresu nie zwariowali. Seks jest tylko jednym z elementów tej rozrywki.
    To co mnie jednak wciąż dziwi, to fakt, że tak dużo ludzi pozornie opanowanych, dało się temu uwieść.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Toyah

    Nie zrozumiałeś i słusznie.
    Bo jest to rodzaj bełkotu jakim nas karmią telewizje i politycy.
    Gronkiewicz Waltz zapytana o spot, gdzie facet ze wzwodem goni dziewczynę po Warszawie, w pewnym momencie argumentuje, że Roger Moore przeszedł przed maską jej samochodu, gdy w Londynie stała na światłach !?!?!?
    ...
    A program Pospieszalskiego (musisz obejrzeć jak się pokaże w necie) wystrzelił bombą, wygrzebaną w archiwach STASI, że Gieremek zdradzał, pertraktował z Kiszczakiem i wiedział o przygotowaniach do stanu wojennego.

    Właśnie przed chwilą znalazłem, że salon się zagotował, i sam wielki Adam Michnik na blogu, daje stanowczy odpór.

    OdpowiedzUsuń
  11. @jazgdyni
    Obejrzałem Waltz. Ona nie podaje Moora jako argumentu. Zwyczajnie, chwali się jak dziecko: "A ja, jak byłam w Londynie, to widziałam Moora". Inna sprawa, że jestem niemal pewien, że ona sobie go wmówiła. Co do samych argumentów natomiast, masz rację - to bełkot. Straszliwy. Ciekawe, czy ona jest wciąż tylko głupia, czy to już jest jakiś poważniejszy problem?

    OdpowiedzUsuń
  12. To jest w ogóle ciekawa sprawa, zyskująca wiele nieoczekiwanych skojarzeń, gdy rozejrzeć się dookoła. Moim zdaniem, ta literacka potrzeba i wena publicznego przetrząsania wilgotnych wnętrz jest z gruntu obca polskiej kulturze. Każda kultura tworzy obscena, czy różne różowości, lecz dzieje się to na poboczu i ma charakter dyskretny, choćby odbiór był powszechny.

    Zwykle, jak np. szeroko znana XIII księga, jest to rodzaj rubasznej rozrywki, według której, choćby treść wywoływała ciekawość poznawczą, nikt przytomny nie szuka prawdy o świecie, ani prawdy o człowieku. Usterka, czy stan przegrzania nie opisują przecież treści urządzenia technicznego i tak samo nie opisują żadnego obiektu społecznego, w tym kulturowego.
    W dzisiejszym Multi-Kulti mogą jednak nakładać się kultury, w których jest odwrotnie: obscena wywierają w nich pierwszorzędny wpływ formacyjny człowieka. Dlatego powstaje pytanie, skąd może pochodzić ten import do polskiej kultury?

    Ja osobiście nie wiem skąd. Jednak pewien mój niepokój poznawczy wzbudziła wypowiedź przypisywana przez lewicowy francuski dziennik Liberation Dominique Strauss-Kahn’owi, wtedy jeszcze szefowi MFW i z dobrymi szansami kandydatowi do prezydentury francuskiej, a wkrótce już oskarżonemu o gwałt na pokojówce, Nafissatou Diallo, 32-letniej imigrantce z Gwinei, kiedy, sięgając do literatury procesowej:

    he injured her shoulder and bruised her vagina. …also tore Ms. Diallo’s pantyhose as he pulled them down … Moreover, in an act of sheer depravity, … completely humiliated and degraded Ms. Diallo by forcing Ms. Diallo to her knees at the end of a corridor and outside of bathroom in the back of the hotel suite, violently grabbing the back of her head with his hands and shoving and thrusting his penis back and forth into her mouth against her will until he ejaculated.

    Pełny tekst oskarżenia na: http://online.wsj.com/public/resources/documents/080811diallocomplaint.pdf

    Po raz pierwszy zwróciłem uwagę na ten opis dlatego, że odniosłem niemiłe wrażenie, iż doszło do naruszenia praw autorskich więcej niż jednej (jednego) polskiego tytana literatury współczesnej.

    Potem jednak, za pośrednictwem Liberation, nadeszło kulturowe wyjaśnienie, zawarte we wcześniejszej, pełnej pokornej refleksji, wypowiedzi Strauss-Kahna, iż zauważa trzy najpoważniejsze przeszkody na jego drodze do prezydentury: „pieniądze, kobiety i moje żydostwo”.

    Już nie pamiętam, kto w Polsce cytował za Liberation. Być może Wybiórcza, ale pewny nie jestem. Wszystko jest bowiem poplątane powyżej wydajności mojego małego rozumku.

    Teraz mały rozumek myśli sobie, czy wskazując na pieniądze, Strauss-Kahn mógł mieć wtedy na myśli coś w rodzaju: „pieprzyć Euro?”
    W końcu szefem MFW był a różne wywleczone dane pozwalają przypuszczać, że pieprzył wszystko, co cyrkuluje. Może oprócz jeża, węża i zegarka. Ale kto wie, co on prywatnie rozumiał pod pojęciem "swojego żydostwa"?.

    OdpowiedzUsuń
  13. @jazgdyni

    czegoś nie rozumiem:

    czy ona chciała powiedzieć, że Roger przeszedł przed jej maską, aż dostała wzwodu?

    To jest przecież gotowe natchnienie literackie!!!!!

    Nopel gwarantowany.

    OdpowiedzUsuń
  14. @orjan

    Takie właśnie sprawiała wrażenie, bo aż jej rumieńce wyszły na zbotoksowane policzki.

    OdpowiedzUsuń
  15. W bieżącym Nowym Państwie, nr 11(69)2011, znajduje się artykuł kapitalnie (per se) należący do naszej dyskusji pod poprzednim felietonem toyah’a.

    Niektórzy kupują ten miesięcznik, inni powinni niestety poczekać, aż wyjdzie numer 12, a ten zostanie udostępniony w sieci ( nowepanstwo.pl ). Może i dziś jest jakaś opcja ściągnięcia np. za SMS, ale nie szukałem. Poczekałbym z tym komentarzem, ale tymczasem tu się temat zmieni.

    Zatem, chodzi o przedruk eseju Michała Chmielowca p.t. PISZ O SWOICH WADACH I DZIWACTWACH z następującym wprowadzeniem pióra Piotra Lisiewicza:

    Rady Michała Chmielowca dla pisarzy i dziennikarzy powinny być lekturą obowiązkową dla każdego młodego człowieka, który siada przy klawiaturze komputera, by napisać artykuł, wpis na bloga lub opowiadanie.

    Inaczej, niż bywa to w przypadku autorów dziennikarskich podręczników, jego zalecenia dotyczą nie tylko spraw technicznych czy wąsko pojętego warsztatu. Pisze też o tym, jaki typ ciekawości świata i osobowości powinien reprezentować ten, kto chce, by jego teksty były nieszablonowe, ciekawe i wartościowe.

    Chmielowiec zwraca uwagę na drobiazgi. Za doskonałość uznaje umiejętność prostego pisania o sprawach zawiłych. Radzi, by twórca pisał o własnych wadach i dziwactwach. By śmiał się z własnych starych gaf. I żeby miał czas na odpoczynek, myślenie o niebieskich migdałach. Mało ważne spostrzeżenia? To z nich składa się twórcza doskonałość.

    Czy doczekamy czasów, gdy teksty Michała Chmielowca będą w programie polonistycznych czy dziennikarskich studiów? Póki co nazwisko redaktora londyńskich „Wiadomości”, współpracownika RWE, BBC i Głosu Ameryki, a wcześniej żołnierza Andersa, nie jest znane zdecydowanej części wykładających tam profesorów.

    Cóż, skoro uniwersyteckie wydziały dziennikarstwa zdominowane przez ludzi PRL i ich wychowanków nie chcą czytać Chmielowca, to ich strata. (...)
    My (...) poczytajmy, co miał nam do powiedzenia. Niech stanie się to elementem naszej przewagi, czynnikiem wzmacniającym nasze szanse w rywalizacji z potęgami.


    Nie ma żadnego znaczenia, skąd się akurat u toyaha wzięło samo-zastosowanie się do przeważającej ilości tych rad. Może je znał wcześniej, może sam równolegle odkrył, może je stosuje tylko instynktownie – to jest bez znaczenia. Bo rady Chmielowca, niczym ten wzorzec, pozwalają odkrywać mizerię intelektualną i twórczą w odniesieniu do każdego piszącego, choćby swoją mizerię ukrywał, albo inni mu ją maskowali.

    Z drugiej strony, rady te pokazują, niczym pod mikroskopem, prymitywizm upodobań, poglądów i wypowiedzi większości współczesnych krytyków i kreatorów mód literackich. A o tym przekonać się warto.

    OdpowiedzUsuń
  16. cz.1

    Teoretycznie powinienem czuć się zażenowanym z powodu zapodanego przez Toyaha wilgotnego krocza, ale przecież i tak nikogo nie oszukam sugerując, że temat jest mi zupełnie obcy. Powszechnie bowiem wiadomo, że największymi seksualnymi obsesjonatami są księża, a to co wilgotne i kroczowe nieustannie zaprząta ich umysły. A jest to jeszcze obsesja najgorsza z możliwych, bo wynikająca z: a) niewyżycia się, b) patologicznej zazdrości wobec tych, którzy się wyżywają, c) zwykłej złośliwości na wzór psa ogrodnika.
    Podejrzewam, że takich niewyżytych, złośliwych zazdrośników jest bardzo wielu i swoje reprezentacje mają nie tylko w środowisku osób duchownych. Ponieważ zaś bystrzy marketingowcy zdefiniowali ową grupę jako jeden z docelowych targetów, takie tuzy polskiej, prawicowej publicystyki jak Wildstein i Ziemkiewicz, chcąc sprzedać swoje książki czują się przymuszeni do zaprawienia ich czymś wilgotnym.
    [Łysiaka w tym zestawieniu celowo pomijam, ponieważ u niego – jak sadzę – wilgotne krocza są albo świadectwem tego, że według niego wszystkie kobiety to dziwki, albo jednym z kluczy, którymi Pan Waldemar posługuje się (w myśl zasady: cherchez la femme! szukajcie kobiety! – którą kierował się w swej pracy napoleoński minister policji Józef Fouché, gdy jakiejś sprawy nie dawało się rozwikłać), by wyjaśnić złożoność naszego łez padołu. Jako obsesjonat mówię to z żalem, ponieważ takie traktowanie tematyki seksualnej sprawia, że teksty Łysiaka są pod tym względem dość przyciężkawe i mało spontaniczne.]

    OdpowiedzUsuń
  17. cz.2

    Jeśli takie rzeczy dzieją się po prawej stronie, to cóż powiedzieć o wyczynach strony lewej? Toż tam (ku zadowoleniu podobnych do mnie obsesjonatów) ruja i poróbstwo muszą być czymś nagminnym, w sposób oczywisty radosnym, całkowicie niezobowiązującym i zwyczajnie zwyczajnym. Ta zwyczajna zwykłość wilgotnej tematyki w twórczości przedstawicieli lewej strony spektrumu społecznego skutkuje jednak tym, że seksualne zacięcie lewicowych artystów nie stanowi dla obsesjonatów takiego magnesu, jak wytwory wyobraźni prawicowców. Bo prawicowiec winien być cnotliwy i stąd, jeśli wilgotne krocze u niego się pojawia, towarzyszy temu jakiś nie do końca określony, ale jednak frapujący (zwłaszcza dla lewej strony) dreszczyk. Artysta zaś lewicowy, który z zasady jest nie-cnotliwy, a sprawy związane z wilgotnym kroczem umieszcza na tej samej płaszczyźnie, co spanie, jedzenie, dłubanie w nosie i drapanie się pod pachą – choćby pękł, dreszczyku w czytelniku nie wywoła. Być może w tym tkwi wytłumaczenie dla zjawiska, które Toyah w poprzedniej notce opisał następująco: „Książki gniją w księgarniach. Byłem niedawno w jednej z nich, i nagle, zupełnie jakbym doznał jakiegoś olśnienia, uprzytomniłem sobie, że to co widzę to jakaś apokalipsa. Wokół mnie piętrzyły się stosy książek, co do których można było mieć jedną pewność – że nikt nigdy ich nie kupi, i niemal każda z nich najpierw zostanie zdewaluowana do poziomu symbolicznej złotówki, a następnie skierowana na przemiał.”

    Wynika z tego, że prawicowi autorzy mogą spać spokojnie. Dopóki postrzegani są jako cnotliwi przedstawiciele tego, co piękne, szlachetne i z antemurale związane, wilgoć obecna w ich twórczości prawej strony nie odstręczy (za wyjątkiem takich starych dziadów jak Toyah), a lewą przynęci.
    Gorzej mają autorzy lewicowi. Przez swój brak cnotliwości, granicę tego co porywające, czy choćby frapujące przesunęli tak daleko, że przy lekturze ich wytworów chce się tylko ziewać. I stąd potrzeba szukania nowych form artystycznego wyrazu – form, które choć trochę poruszyłyby zblazowaną publiczność. I tu się zaczyna problem, ponieważ w dziedzinie literatury nie jest łatwo o nowe formy. Można nawet powiedzieć, że wszystko już było. Wszystko? Otóż niekoniecznie. W ostatnich bowiem dniach, ku zachwytowi wielu, objawił się talent Pani Katarzyny Pobijanek. Ku swojemu zdumieniu, nie znalazłem jej nazwiska wśród prezentowanych przez Gazetę Wyborczą kandydatów na przyszłych noblistów, choć moim skromnym zdaniem właśnie Pani Kasia – o ile będzie pięknie rozwijać obecne w swej aktualnej twórczości treści i formy, a świat w dzisiejszej postaci nie rozpadnie się – najbardziej zasługuje na laur szwedzkich, królewskich akademików.
    Czym Pani Katarzyna zasłużyła sobie na taką, z mojej strony, laudację?
    By się tego dowiedzieć, należy przejść do następującej strony:
    http://www.federa.org.pl/
    i kliknąć na umieszczony po lewej stronie link „Wpadka”.
    Jeśli ktoś jest złakniony recenzji to polecam:
    http://forum.gazeta.pl/forum/w,212,131178151,131178151,Kto_wygra_w_tej_grze_.html

    lub a contrario

    http://wsieci.rp.pl/opinie/za-burta/Urodzilas-Przegralas-To-taka-gra-?page=2

    http://naszdziennik.pl/index.php?dat=20111129&typ=po&id=po33.txt

    I proszę nie mówić, że to wszystko jest zbyt ekstrawaganckie i mało przypomina literacką twórczość. Przecież tłumaczyłem, że chodzi o nowe formy artystycznego wyrazu. Poza tym, jest już precedens: swego czasu nagrodą Nobla uhonorowany został Dario Fo, który niewiele więcej w swym życiu napisał, niż Pani Katarzyna. A wiemy przecież, że historia lubi się powtarzać…

    OdpowiedzUsuń
  18. @do wszystkich
    Przykro mi, ale na pewien czas zostaliśmy odcięci od sieci. Mam nadzieję, że krótszy niż dłuższy. Przez ten czas będę tu zaglądał tylko przy pomocy komórki. Bardzo proszę, nie odchodźcie.
    Zaraz odpowiem Księdzu.

    OdpowiedzUsuń
  19. Don Paddington

    Ta "gra" to jest wyraźnie element większej całości.

    Tutaj jest przewodnik dla pań, jak mają traktować w pracy swoje koleżanki:

    http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/2029020,114757,10664119.html

    Ach, te ludowe przesądy i zabobony. To wszystko sentencje, oczywiście tylko powiedzonka. Ale najwyraźniej nie w smak dla podsuwającej wzorce zachowań Gazowni. Trzeba się więc nimi fachowo zająć. I Gazeta to robi.

    'Psycholożka' z Instytutu Medycyny Pracy pochyla się nad problemem, jak to nazywa, mamusiek-cwaniaczek: "dlaczego część matek Polek uważa, że z powodu ciąży lub wychowywania dzieci coś im się w ogóle należy?"
    I odpowiada od razu, gdzie może być źródło takiego uważania: "w ludowym powiedzeniu, że kobiecie w ciąży się nie odmawia, bo to sprowadza nieszczęście. Stąd tendencja do postrzegania macierzyństwa jako stanu, w którym kobiecie należy się troska i zrozumienie dla jej potrzeb".

    (Pozostawiam to bez komentarza)

    OdpowiedzUsuń
  20. Witaj :)
    może lek na całe zło jest ukryty
    tu
    http://krucjatarozancowazaojczyzne.pl/
    Polacy próbują się policzyć,ja mam cichą nadzieję że nie skończy się na 50-tysięcznej armii do której się wpisałem,i staram praktykować.Osobiście uważam że nadzieja nie jest matką głupców
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  21. orjanie,

    pytasz: "kto wie, co on [Strauss-Kahn, przyp. YBK] prywatnie rozumiał pod pojęciem "swojego żydostwa"?"

    Pewien historyk utrzymywał, że Żydów poznaje się dość niezawodnie po ich wściekłej obsesji na temat seksu. Jerzy Urban, Ron Jeremy - jedna banda. Teksty, filmy, obrazy, dziwki, viagra, przymusowe rozwody "jak on/ona nie nadaje się", naginanie prawa i obyczajów, itd.

    Z tym problemem inwazji wyobrażeń garstki zboczeńców na większość społeczeństwa żadne państwo współczesne nie jest sobie w stanie poradzić. Pozostaje więc radzić sobie samemu. Albo w grupie, w rodzinie.

    Prywatnie agresywnej propagandy nie znoszę, i nie toleruję. Gdzie Żydzi chcą urządzać kabaret, i śmiać się z tej własnej obsesji, tam mogą. A okazji jest dosyć. Podam przykład blogu o tematyce... rowerowej:

    http://bikesnobnyc.blogspot.com/

    który jest napisany kpiarsko, takim językiem, że nie da się zachować powagę. Tam można tylko razem z autorem chichotać, mimo że nawiązuje wciąż i wciąż do jednego tematu. Nie jazdy na rowerze, nie!

    Tyle o specyficznym żydowskim, nowojorskim i jakby tego było mało to jeszcze cyklistowskim (sick!) humorze. Życie jest niestety mało zabawne. Mam na myśli praktykę polityczną i normy społeczne.

    Typów w rodzaju Straussa-Kahna nasze społeczeństwo - czy też raczej nasza cywilizacja - nie potrafi skutecznie zwalczać, zanim staną się groźni. Jeszcze się ich awansuje, alimentuje, poważa. A to komedianci są, albo wręcz przestępcy.

    OdpowiedzUsuń
  22. @Yagotta B. Kidding

    No tak. Matki i ojcowie w pracy, to prawdziwy problem. Bo myślą o dzieciach i rodzinie, a nie o wykonywanej robocie. A przecież mogliby - po wpadce - zagrać w realu w grę proponowaną przez panią Kasię: mogliby zagrać i wygrać! - ku chwale Systemu i pożytkowi korporacji...
    No i żaden singiel nie miał by powodów do zdenerwowania.
    Poza tym z dzieci nie ma żadnego pożytku, bo są kosztowne, a oprócz tego wrzeszczą, śmierdzą i są nicpote.

    OdpowiedzUsuń
  23. @Yagotta B. Kidding


    Tak, sam miałem na myśli tego samego historyka. On jednak tę obserwację rzucił nie całkiem ze stanowiska naukowego, lecz na podstawie podobnej do tej, która przyjmuje za pewnik, iż chleb upada masłem do dołu.

    Mnie ta obsesja w stronę seksu dziwi, bo świadczy o jakiejś ułomności psychicznej, a nie tylko kulturowej. To samo zdziwienie odnoszę do elementu na polskim Parnasie. Trudno mi jednak wyrokować, skąd się taka ułomność bierze.
    Nie przypuszczam, aby wynikała z religii, czy z jakichś cech narodowych, bo natężenie zjawiska zdaje się maleć wraz z powagą osobistego stosunku właśnie do swojej religii i do własnego narodu. To mówię na wyczucie, bo niby jak to zbadać poza chaotycznym porównywaniem zgodności profili formacyjnych sprawców co głośniejszych eventów.

    Jeśli jednak to wyczucie jest przypadkiem trafne, to w rażących sytuacjach mielibyśmy do czynienia nie ze Starszymi Braćmi, lecz z renegatami spośród nich, odszczepionymi na podobnej zasadzie jak od nas odszczepieni są ci nasi renegaci.

    Tyle, że tam renegat nigdy nie traktuje swego odszczepienia jako ostatecznego. I to go różni (w sumie na plus) od naszych renegatów.

    Całkiem, jak w tym szmoncesie:
    Co się dzieje, gdy Żyd się ochrzci?
    Ano, przybywa Chrześcijanin,
    ale wcale nie ubywa Żydów

    OdpowiedzUsuń
  24. @orjan
    Ależ oczywiście, że to jest ta estetyka. Estetyka i forma i treść. To jest prosty zapis marzeń. Przemoc i seks. Nie ma nic prostszego.

    OdpowiedzUsuń
  25. @orjan
    Brak Ci za grosz kompetencji. Dziewczyny nie mają wzwodu, ale wilgotne krocze. Trzeba czytać Łysiaka. Tam wszystko jest objasnione.

    OdpowiedzUsuń
  26. @toyah

    nulla regula sine exceptione

    a zresztą, HGW.

    OdpowiedzUsuń
  27. @toyah

    A Łysiak i tak ma u mnie miejsce na Parnasie. Koronnym argumentem jest jego obserwacja:

    something pojebałos'

    (s nim, k'sażaleniju, toże!)

    OdpowiedzUsuń
  28. @orjan
    Ta zasada jest oczywista i znana każdemu, kto nie pisze dla siebie i swoich kumpli krytyków, ale dla ludzi. Ja na przykład, nauczyłem się tego od Amerykanów.

    OdpowiedzUsuń
  29. @Don Paddington
    Myślę cały czas, co Księdzu odpisać, ale wszystko co mi przychodzi do głowy, to albo jakieś głupie dowcipy o księżach, albo ta Pobijanek. Przyznam, że jej akurat nie znałem. Mocna rzecz. Nie wiadomo nawet, co lepsze - ona, czy jej nazwisko?
    I to wszystko. Stoję nagi i bezradny.

    OdpowiedzUsuń
  30. @p.k
    Tylko nadzieja. Tylko ona.
    Dziękuję. Cieszę się, że tu jesteś.

    OdpowiedzUsuń
  31. @Y.B.K.
    W życiu bym się nie spodziewał, że akurat ten tekst Cię zmusi do tego, byś się tu pojawił. Ale bardzo się cieszę.

    OdpowiedzUsuń
  32. @Toyah
    Przepraszam, że nie o wilgotnych rzeczach - tylko coś a propos tekstu o Clarksonie: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114881,10792651,BBC_zawiesila_odcinek_programu_z_udzialem_Clarksona.html

    OdpowiedzUsuń
  33. @Marylka
    Niestety nie mam sieci, więc nie mogę zajrzeć. Jutro pogadamy.

    OdpowiedzUsuń
  34. @@All

    Na tyle co ja się poruszam po polskiej literaturze, powiedzieć mogę tylko jedno - polscy pisarze nie potrafią opisywać erotyki. Robią to niezgrabnie, albo siermiężnie, jak to był w Skiroławkach. Może jeden Michał Choromański próbował nieco.
    Nie mniej, sceny, które są logiczne uzasadnione fabułą, są zawsze jak by dolepione i widać, że autor, jak np. Wildstein, czuje się nieswojo.
    Przy opisach albo się idzie w medyczno - anatomiczną poprawność, albo w wulgaryzmy, albo w dadaizm (słynne pytanie: co wolisz - grzybka czy ołówek?).
    Jesteśmy w seksie, w sensie wokalnym nieporadni, choć pary i małżeństwa wypracowały sobie w tym względzie własny język.

    Kiedyś, już bardzo dawno temu, bodajże Tym przytoczył opisy seksualne, językiem jakim operują grypserujący więźniowie.

    Szkoda, że to się nie przyjęło, bo była to wyższa szkoła jazdy ("przejechać sucharem po kosmatej").

    Przepraszam, jeżeli czyjąś wrażliwość uraziłem.

    OdpowiedzUsuń
  35. @jazgdyni
    Ja akurat nie widzę żadnego powodu, dla którego seks miałby być tematem twórczości literackiej. Podobnie jak sikanie, rzyganie, plucie, dłubanie w nosie, puszczanie bąków i robienie kupy. Osobiście uważam, że te kilka erotycznych scen w moim ulubionym Ojcu Chrzestnym, to kompletna porażka. I wcale nie dlatego, że one akurat są źle napisane. To po prostu nie jest temat.

    OdpowiedzUsuń
  36. @Toyah

    No pewnie, też dla mnie jest to niepotrzebne i jak w książce natrafiam na scenę, to odczuwam pewne zażenowanie.

    To jest właśnie intymna dziedzina życia, jak to, co piszesz. I nie widzę sensu o tym rozmawiać, czytać, czy pokazywać.

    I przez taki właśnie stosunek do intymności, tak mnie wkurzają te kurewskie parady, czy kloaczno - analne dowcipy wojskowe.

    OdpowiedzUsuń
  37. @Toyahu,

    jak będziesz miał kontakt z Coryllusem, to bądź tak dobry i złóż mu gratulacje, bo on te rozruch w Rosji dokładnie przewidział.
    Tylko myślał, że to będzie dopiero na wiosnę.

    Nie chcę myśleć, co dalej będzie jak jego dalsze przepowiednie zaczną się sprawdzać.

    Dzieki

    OdpowiedzUsuń
  38. @Toyah


    Masz już ten internet?


    Pisz coś, bo cholera, nie ma co czytać ! :)

    OdpowiedzUsuń
  39. @jazgdyni
    Czarno to widzę. Ale mam nadzieję, że to potrwa krócej niż dłużej.

    OdpowiedzUsuń
  40. po pierwsze zapłaciła ją w swoim życiu osobistym, a po drugie spotkał się z ostra krytyką w środowisku prawicowo konserwatywnym.

    OdpowiedzUsuń
  41. @MacBlacker
    Życie osobiste to święta rzecz, a więc mu współczuję. Co do tej krytyki, to uważam, że akurat on sobie i poradził i radzi i poradzi.

    OdpowiedzUsuń
  42. @MacBlacker: dziwne rzeczy piszesz. Miałem "Ciało obce" za fabularyzowany zapis rozpadu pierwszego małżeństwa Rafała, nie za przyczynę kłopotów.

    @wszyscy Tom Clancy mówił ze miał problem z zekranizowaniem Polowania na Czerwony październik, gdyż nie było tam ani jednej sceny łóżkowej. Czy to jest jeszcze szukanie kasy w wykonaniu wytwórni, czy już kreowanie trendów?

    OdpowiedzUsuń
  43. @Rain
    To on jest drugi raz żonaty? Nie wiedziałem. W każdym razie do Łapickiego mu jeszcze trochę brakuje.

    OdpowiedzUsuń
  44. Rain - właśnie taki "fabularyzowany zapis" uważam za cenę która RAZ zapłacił za swoją książkę...

    Polowanie na czerwony Październik - coś mi się wierzyć nie chce, zwłaszcza że obecne czasy jeśli chodzi o segment kina mainstreamowego są cholernie purytańskie w porównaniu choćby z latami 70 i 80. Owszem jeśli chodzi o ukazanie ohydy i sadyzmu nasze czasy są bezkonkurencyjne, ale ładunek erotyzmu we współczesnym kinie został skutecznie uziemiony... przepisami

    OdpowiedzUsuń
  45. @MacBlacker
    Całe szczęście, że mamy jeszcze polskie komedie.
    Swoją drogą, żaden film nie potrafi poruszyć zboczonej wyobraźni tak jak porządna pornograficzna powieść.

    OdpowiedzUsuń
  46. @MacBlacker
    Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem? Fabularyzowany zapis rozpadu własnego małżeństwa jest osobistą ceną jaką autor zapłacił za książkę "Ciało obce"?

    OdpowiedzUsuń
  47. Toyah - a cóż takiego jest w polskich komediach?

    Zawiślak - faktycznie nie rozumiesz, albo rozumieć nie chcesz...

    Nie chodzi o to co napisał, ale o to jak zostało to potraktowane.

    OdpowiedzUsuń
  48. It is not my first time to visit this site, i am browsing this website dailly and obtain good facts from here every day.
    details, http:
    //wiki.sascha-stettler.ch/index.php?title=Benutzer_Diskussion:
    JustineBD

    OdpowiedzUsuń