czwartek, 1 grudnia 2011

O prawo do skromnego miejsca gdzieś w Oceanii

Nie wiem tak całkiem do końca, jak na wypowiedzi osób duchownych reagują ci, którzy ich zasadniczo nienawidzą, ale z tego co obserwuję, wygląda mi na to, że reakcja ta może być dwojakiego rodzaju. A zatem jej wyrazem będzie albo rozżarzona wściekłość, albo zimna satysfakcja. Wściekłość, jeśli ten ksiądz, biskup, czy zakonnik powie coś mądrego, z czym akurat dany komentator się nie zgadza, a satysfakcja, jeżeli któryś z nich powie coś wyjątkowo, i przy tym w sposób oczywisty, głupiego. Tak czy inaczej – i to akurat też nie jest żadna moja wiedza, lecz zaledwie wynikające z wieloletniej obserwacji podejrzenie – w każdym wypadku, reakcja owa jest następstwem wcześniejszych oczekiwań. A oczekiwania są zawsze tego samego rodzaju: niech on się tylko skompromituje. Niech zrobi z siebie idiotą. Niech okaże się łajzą, ofermą i durniem.
Ja do osob duchownych mam wręcz histeryczny szacunek, o którym zresztą pisałem tu już niejednokrotnie. I jeśli mówię o tym szacunku, to muszę podkreślić, że jest on całkowicie bezwarunkowy i dotyczy absolutnie wszystkich duchownych. Oczywiście, w takiej sytuacji jak ta, ja mogę sobie przeciwko niektórym z nich pobrykać, natomiast nie ma takiej możliwości, bym, spotykając się z jednym czy z drugim twarzą w twarz i pierś w pierś, pozwolił sobie na jakikolwiek przejaw wzgardy, czy choćby nonszalancji. Dlatego też, kiedy zaglądam choćby do Salonu24 i widzę, jak tam robi z siebie bałwana niejaki Krzysztof Mendel – jezuita, a na to bałwaństwo któryś z zaczadziałych już raczej nieodwołalnie komentatorów spod znaku sierpa i młota zwraca się do niego per „Panie Mendel” – i to niezależnie od tego, czy jemu słowa księdza Mendela pasują, czy nie – to ja ten rodzaj chamstwa znoszę wyjątkowo źle.
A Bóg mi świadkiem, że nie jest łatwo. Bo zwłaszcza ostatnio, a więc w czasach, gdy całe zło tego świata swoją agresję skierowało przeciwko Chrześcijaństwu, a zwłaszcza Kościołowi Rzymskiemu, i pod naporem tego ataku wielu duchownych nie wytrzymało i postanowiło się temu złu podporządkować, postępowanie najróżniejszych księży, biskupów i zakonników, w ludziach wiernych Kościołowi budzi żal, który naprawdę jest trudno znieść. Wspomniałem księdza Mendela nie bez powodu. On to bowiem stanowi jeden z powodów, dla którego w ogóle piszę ten tekst. Nas początku tego wszystkiego jednak nie stoi ów ksiądz, lecz sam nasz pan minister Radek Sikorski. Jak prawdopodobnie wszyscy czytający ten tekst wiedzą, 28 listopada, a więc dopiero co, minister Sikorski poleciał do Berlina na jakąś niemiecką konferencję, i w swoim jak najbardziej oficjalnym wystąpieniu, wystąpił do Niemców, by w związku z rozszerzającym się globalnie kryzysem, zechcieli wziąć Polskę pod swój protektorat, bo polski rząd, jako byt suwerenny, nie będzie w stanie zapanować nad sytuacją. Po prostu. Radek Sikorski, minister w rządzie Donalda Tuska o to właśnie zwrócił się do Niemców, i tego faktu nie zmienią żadne zaklęcia.
Ja znam ludzi, i to znam ich niezwykle dobrze, dla których słowa Sikorskiego i jego apel o niemiecką opiekę, nie dość że nie stanowią problemu, to są wręcz odpowiedzią na ich wieloletnie oczekiwania. Że „ten kraj” wreszcie uzna swoje miejsce w Europie i w świecie, i – konsekwentnie – pojmie, że w pewnych okolicznościach, i w przypadku niektórych bytów, niewola może się okazać wyłącznie zbawieniem. Weźmy takiego psa. Dopóki on nie był psem, lecz wilkiem, najczęściej jakoś sobie w tym świecie radził. Kiedy jednak został podporządkowany człowiekowi, bez opieki swojego pana nie jest już wręcz w stanie przeżyć. W Polsce jeszcze może jakoś się odnajdzie, ale, jak wiemy, na takiej już Ukrainie, jest już bez szans. Podobnie, z punktu widzenia Radka Sikorskiego i – to trzeba za każdym razem przyznawać – wielu, bardzo wielu osób całkowicie bezinteresownych, jest z Polską, i z nami Polakami. Jesteśmy jak te psy, czekające aż ktoś je przygarnie i nastawi dłoń do polizania.
Ze strony tych, którzy, mając w świadomości choćby groby tych, którzy dla samego imienia tej naszej udręczonej Ojczyzny, gotowi byli oddać życie, nadeszła dziś do nas informacja, że, wedle wszelkich poszlak, tekst wystąpienia ministra Sikorskiego został napisany nie przez niego samego, ale przez niejakiego Charlesa Crawforda, byłego ambasadora Wielkiej Brytanii w Polsce, a przez Sikorskiego wyłącznie odczytany. Pojawia się wręcz takie nawet podejrzenie, że Crawford nie pisał tego tekstu na zamówienie Sikorskiego, bo ten akurat był tu wyłącznie lektorem, lecz, zwyczajnie, na zamówienie tych, którzy płacą. Dodatkowo – a moim zdaniem uwaga ta jest niemal tak samo znacząca, jak sama treść owego apelu – dziennikarka Joanna Mieszko-Wiórkiewicz zwróciła uwagę na w istocie rzeczy przecież szokujący fakt, że, minister Sikorski swoje wystąpienie wygłosił w jezyku angielskim. Mam nadzieję, ze to jest dobrze zrozumiane. Przemawiając w Berlinie, jako minister polskiego rządu, Sikorski mówił po angielsku. Ale i tu, jestem przekonany, ci wszyscy, którzy dziś wspierają ministra Sikorskiego, jak idzie o samą treść wystąpienia, są też zwyczajnie dumni, że on to wszystko potrafił powiedzieć w obcym języku. I to tak płynnie. I z takim pięknym akcentem.
Pora przejść do księdza Mendela. Otóż w odpowiedzi na informacje o pierwszorzędnym udziale Crawforda w pisaniu przemówienia dla Sikorskiego, stwierdził ów ksiądz, że on zarówno Crawforda, jak i jego poglądy – z którymi się oczywiście zresztą nie utożsamia – zna osobiście, i wie niemal z całkowitą pewnością, że Crawford tego co w imieniu Polski zostało wygłoszone w Berlinie, napisać nie mógł. A więc, tę wybitną mowę napisał sam pan minister Radosław Sikorski, a sam Crawford, jeśli miał tu coś do powiedzenia, to wyłącznie działał na Sikorskiego zamówienie. W pierwszej chwili, kiedy przeczytałem komentarz ojca Mendela, pomyślałem sobie, że chciałbym bardzo wiedzieć, dlaczego on to robi? Co stoi za tego typu zdradą i zaprzaństwem w przypadku człowieka, który, wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi, musi jednak przedstawiać pewien typ łaski? Dlaczego w momencie, gdy Sikorski głosi to co głosi, a ludzie czujni i spostrzegawczy dostarczają niemal żywego dowodu na to, że za tym jego czynem stoi obca ręka, ów święty mąż dokonuje tak drastycznego gwałtu na swoim sumieniu? Czy to możliwe, że chodziło tu wyłącznie o coś tak trywialnego i bez znaczenia, jak pochwalenie się osobistą znajomością z byłym ambasadorem Wielkiej Brytanii w Polsce? Może.
Ale to była moja pierwsza reakcja. Już jednak chwilę potem, zajrzałem na blog prowadzony właśnie przez wspomnianego Charlesa Crawforda, i ku mojemu zdumieniu znalazłem dwa wpisy, Jeden z 28, a drugi z 30 listopada, w których Crawford najpierw bezwstydnie zachwala mowę Radka Sikorskiego w Berlinie, jako najwybitniejsze wystąpienie w całej polskiej historii – adekwatnie zresztą tytułując ten swój wpis – a później stara się udowodnić, że to nie on był owej mowy autorem, lecz sam Sikorski. I gdybym był tak powierzchowny, jak to się ostatnio przyjęło w naszej publicystyce, wybuchnąłbym w tym momencie pełnym satysfakcji śmiechem i powiedział, że w tej sytuacji jest tak, że to albo ksiądz Krzysztof Mendel jednak nie zna poglądów swojego kumpla Crawforda, albo je zna, tylko nie potrafi wciąż przyjąć, że znaleźliśmy się w czasach, gdzie poglądy tracą jakiekolwiek znaczenie. A zwłaszcza gdy w grę wchodzą już nawet nie pieniądze, ale zwykłe panowanie nad światem. Ja jednak bardzo nie chcę być powierzchowny. Całe to moje pisanie w dużym stopniu sprowadza się do tego, by broń Boże nie być powierzchownym. A więc i tu chcę bardzo zwrócić uwagę na to, że zmierzamy prostą drogą do świata opisanego w jego wielkiej powieści przez Orwella, gdzie mamy już tylko trzy, będące w stanie permanentnej wojny, państwa, i ludzi, którzy ani nic nie mają, ani nic nie wiedzą, ani też nic już wiedzieć i mieć nie potrzebują. I to wcale nie jest ani moja obsesja ani moje szaleństwo. O tym, że taki właśnie został wytyczony kierunek, mówi się już dziś niemal oficjalnie. Ledwo co przecież usłyszałem w telewizorze jakiegoś uczepionego władzy eksperta, który stwierdził, że choćby wobec rosnącej roli Chin, Europa prędzej czy później będzie musiała utworzyć jedno, wielkie, wspólne państwo. Więc nie ma co się stawiać. A ja świetnie rozumiem, co za tym zapewnieniem stoi: Oceania, Eurasia, Eastasia. I tyle.
W Roku 1984 jest taka scena, kiedy to Winston przypomina sobie – ale i przez upływ czasu i przez tę nieustanną propagandę, która każe się skupiać wyłącznie na teraźniejszości, to jego wspomnienie jest jak mgła – że kiedyś chyba słyszał dzwony kościołów. No ale ostatecznie nie jest w stanie stwierdzić, czy to jest coś realnego, czy tylko rodzaj jakiegoś omamu. Mam bardzo bolesne wrażenie, że ci którzy są w pewnym sensie depozytariuszami tych dzwonów, poddali się jako jedni z pierwszych. Dla kogoś, kto uważa, że jest ludzką hańbą zwracać się do osoby duchownej per „proszę pana”, jest to wrażenie naprawdę bolesne.
W tych dniach głos zabrał jeszcze jeden ksiądz. Tym razem aż biskup – Tadeusz Pieronek, i zakomunikował mi, że nie mam prawa nazywać się katolikiem. A ja sobie myślę, że jedyne w tym wszystkim pocieszające jest to, że cokolwiek się stanie, zarówno on jak i ja nie dożyjemy czasów, kiedy nie będziemy mogli sobie przypomnieć, jak naprawdę brzmiały dzwony kościołów. Co innego ksiądz Krzysztof Mendel. Przed nim jeszcze wiele świetnych okazji do nowoczesnej, europejskiej refleksji.

Jak już pewnie część z nas zauważyła, zarzuciłem, zapewnie bardzo honorowy, zwyczaj comiesięcznego zamieszczania tu listy tych osób, które uprzejmie zasilają nas finansowo, i tym samym pozwalają nam w miarę bezpiecznie przechodzić z jednego miesiąca w miesiąc kolejny. Zrobiłem to jednak, ponieważ uznałem, że te podziękowania bardziej są potrzebne mnie samemu, niż tym, do których sa adresowane. A więc tym razem chciałbym tylko jeszcze raz podziękować wszystkim tym, którzy są wciąż ze mną, a szczególnie może wszystkim tym, którzy dopiero od niedawna dają o sobie znać. Bardzo jestem wszystkim Wam wdzięczny. No a przy okazji przypominam o konieczności zadbania o to, by nasi bliscy dostali coś ładnego pod choinkę. Książka, której okładka czeka tuż obok, by w nia kliknąć, byłaby z całą pewnością prezentem idealnym.

5 komentarzy:

  1. Toyahu,

    No i poruszasz bardzo wazny dla mnie problem.Zostalem wychowany w posluszenstwie dla starszych i bezwzglednym szacunku dla osob duchownych.
    Dlatego za kazdym razem gdy spotykam sie z bezdenna glupota,zaprzanstwem lub chciwoscia ze strony tych osob w moim juz doroslym zyciu i reaguje w ten czy inny sposob na nie, czuje sie jakbym zdradzal
    swoje,nie wiem jak to nazwac,korzenie?
    Trzeba miec ogromna wiare i ufnosc aby patrzec na ten problem tak jak Ty to robisz.Ja nie potrafie.

    OdpowiedzUsuń
  2. @tobiasz11
    To, wbrew pozorom, wcale nie jest takie trudne.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah
    Mówiąc szczerze parę razy czytałem co ten uczony jezuita wypisywał na swoim blogu. Jest znawcą od wszystkiego. Od katastrofy smoleńskiej również a zwłaszcza od tego jak zachowuje się TU154M po zderzeniu z brzozą czy sosną...

    Raz nie wytrzymałem i napisałem mu parę słów.
    Musiałem się z tego spowiadać.

    Ostatnio zdarzyło mu się dyskutować z innym jezuitą ojcem Dariuszem Kowalczykiem, byłym prowincjałem warszawsko-poznańskim Zakonu Jezuitów.
    Było to na temat lustracji kościele i spraw odzyskiwania majątku przez Kościół. Trzeba przyznać,że dyskusja była interesująca - dyskutowało dwóch jezuitów. Ale niestety Pan Krzysztof Mądel (tfu! chciałem napisać ojciec Krzysztof Mądel - bo tak się w istocie nazywa ów wszechwiedzący zakonnik) swoje wpisy na ten temat skasował - na S24 i na stronie deon.pl

    Wybacz mi nie będę na jego temat nic pisał.
    Bez tego mam się z czego spowiadać. W tym wszystkim najtrudniej wzbudzić sobie żal za grzechy i obietnicę poprawy. Dlatego na temat Ojca Mądla zamilknę...

    OdpowiedzUsuń
  4. @raven59
    E tam! Teraz to już sobie milczeć możesz. Powiedziałeś wszystko co chciałeś. Nawet napisałeś o nim per pan.
    Swoja drogą, chcesz wiedzieć, jak on wygląda? Poszukaj sobie w Sieci. Przyznam, że osobiście byłem pod wrażeniem.

    OdpowiedzUsuń
  5. @All
    W relacji osobowej, gdzie ewidentnie brakuje nie tylko miłości (wzajemności, przyjaźni, serdeczności), a nawet zwykłej uprzejmości, życzliwości, także rozsądku i dobrej woli, bądź występuje ich niedostatek pojawiają się zwykle jednostronne uprzedzenia i wrogość, także agresja, podłość, nikczemność, pogarda, złość, zawiść, zazdrość i inne niskie instynkty.
    Czego można spodziewać się, od osoby głupiej, leniwej i prostackiej, także inteligentnej, czy oczytanej - pozornie mądrej, lecz jednak infantylnej, uprzedzonej i wrogo usposobionej?.....
    Specyficzna jest relacja między osobą zniewoloną (opętaną), czy zdeprawowaną, zdemoralizowaną, zdezorientowaną, a osobą duchowną, bądź nawet świecką, lecz prawą i sprawiedliwą, a tym bardziej cnotliwą i świętą.
    W tym przypadku, każde uchybienie osoby duchownej lub świeckiej jest bezwzględnie i skwapliwie wykorzystywane, przez szatana i ludzi nie tylko będących wiernymi i oddanymi sługami złego Ducha, ale również stanowiących wszelkie struktury zła - tzw. Systemu.
    Natomiast katolicy, czy chrześcijanie duchowni i świeccy wg. mnie zbyt często wykorzystują słabość, upadki i potknięcia innych osób, jako sposobność dowartościowywanie siebie albo odniesienie i rozgrzeszanie, czy samo-usprawiedliwianie własnych występków i win, w tym absurdalnych myśli, czy głupich wyborów i decyzji.
    W kwestii innych spraw wyartykułowanych, przez Toyaha mam identyczny lub podobny pogląd.

    OdpowiedzUsuń