piątek, 15 lipca 2011

Bóg, miłość i morderstwo - czyli czego nie pojmie człowiek kulturalny

Jeśli można, jeszcze kilka słów w związku z książką. Ona jest już właściwie gotowa i powinna być do kupienia już w przyszły poniedziałek. Nie ten, ale kolejny. Za tydzień. I powiem zupełnie nieskromnie, że, biorąc pod uwagę całość, a więc kształt, okładkę i zawartość, gdyby to nie były moje teksty, na które – po tych wszystkich dniach nieustannej korekty – już mi się chce tylko rzygać, to bym sobie ją kupił i miał. Powiem też, że to jest tylko 90 tekstów, a ponieważ z takimi tekstami jest dokładnie tak, jak z własnymi dziećmi, fakt, że tyle z nich musi jeszcze poczekać na swoją kolej – jest dla mnie uczuciem wręcz dewastującym. No ale, jest jak jest, inaczej być nie może, więc pozostaje nam już tylko czekać i żyć tymi emocjami.
Dość dużo w tej książce tekstów, o których już zapomniałem, a które po latach się w żaden sposób ani się nie zestarzały, ani też nie straciły swojej siły. Tym bardziej się cieszę, że znajdą one to swoje miejsce, gdzie ktoś jeszcze poza mną o nich sobie przypomni. Wczoraj, trochę tylko dla przykładu, wróciłem tu z tą starą historią Radka Sikorskiego i jego niezwykłego zachowania z grudnia 2008 roku. Są też jednak wśród nich i takie, które, jak sądzę, wielu wciąż pamięta – i przez ich wyjątkowość, ale też i przez to, że o nich sam parokrotnie wspominałem już później, ostatnio nawet nie tak dawno. Jest też wśród nich historia taka, którą większość pewnie pamięta, ale za to w międzyczasie pojawiło się parę zdarzeń, które nadały jej zupełnie nowy wyraz, ale też przy tym wywołały nowe, naprawdę niezwykłe refleksje. I dlatego pozwolę sobie do niej dziś wrócić.
Dawno już temu, kiedy wszyscy jeszcze byliśmy znacznie młodsi, jechałem z Zosią pociągiem Intercity do Warszawy. W przedziale z nami siedziało dwóch Belgów, z których jeden patrzył przez okno, a drugi oglądał film na laptopie, jakiś pan, który czytał „Najwyższy Czas”, inny pan, który sobie spał i dwóch najprawdziwszych łysych kiboli. I to nie kiboli na miarę rządu pana premiera Donalda Tuska. To byli kibole jak najbardziej klasyczni, takich których można zobaczyć na zdjęciach policyjnych podczas tłumienia stadionowych awantur. Do dziś kompletnie nie mam pojęcia, co oni robili w pociągu IC do Warszawy – w końcu nie takim znów tanim. Podejrzewam, że jechali bez biletów. Wyglądali zresztą na takich, którzy nie kupują biletów nigdzie, nigdy i pod żadnym pozorem.
Jechali więc sobie kibole z nami w przedziale i zachowywali się jak najbardziej naturalnie. Czyli pili piwo z puszek, omawiali ostatnie pojedynki z policją i jak najbardziej przeklinali. Przeklinali na poziomie absolutnie najwyższym, bez jakichkolwiek ograniczeń i bez jakiejkolwiek świadomości, że nie są sami. Jeden z nich wciąż przy tym potrzebował pokazywać coś koledze za oknem, a robił to w taki sposób, że wsadzał swoją wytatuowaną łapę między twarz pana z UPR-u i jego gazetę, nieustannie zasłaniając panu z UPR-u poszczególne strony. Jak mówię, kibole rozmawiali głównie o walkach z policją, ale nie tylko. Na przykład oni bardzo chcieli wiedzieć, w jakim, kurwa, języku mówią ci, kurwa, dwaj. No i zgadywali. Jeden mówił , że to pewnie po francusku, drugi że po niemiecku, albo chyba, kurwa, po włosku. Ale i to nie tylko. Jeden z nich opowiadał koledze o jakiejś Kaśce, które mieszka gdzieś pod Zawierciem i ma fajne nogi. Ciekawe w tym wszystkim było to, że w ogóle nie pojawił się u nich temat Irasiada i Borubara. Ale o tym później.
Siedzieliśmy sobie z nimi w tym eleganckim przedziale, a ja miałem nadzieję podwójną. Przede wszystkim liczyłem na to, że oni pewnie wysiądą we wspomnianym Zawierciu, a na wypadek gdyby jednak wybierali się do stolicy, że nie dojdzie do aktów przemocy. Przyznaję, cholera, że się normalnie bałem. Kiedy jednak minęliśmy to Zawiercie, a im ani w głowie było wysiadać, zebrałem się w sobie – do dziś nie potrafię uwierzyć, że to zrobiłem – nachyliłem się grzecznie do tego łysego naprzeciwko mnie i grzecznie powiedziałem: „Bardzo przepraszam… ale widzi pan… małe dziecko… nie wypada tak przy niej…” Kibola jakby poraził prąd. Opluł się piwem, zaczął gwałtownie przepraszać, drapać się nerwowo po łysej pale i w końcu wydusił jedno prawie pełne zdanie: „Znowu nie takie małe, to prawie pannica”. Tak powiedział. Dosłownie. „Pannica”. Ja to pamiętam do dziś, i ile razy to wspomnę, to chce mi się płakać ze wzruszenia. Ale o tym też później.
Następnie przez chyba pięć minut obaj w ciszy żłopali te piwa… i nagle, po chwili, najwidoczniej z tego napięcia, wstali, i przenieśli się do innej części pociągu.
Taka to była historia, opowiedziana przeze mnie przed laty, a dziś tu przypomniana w wersji nieco rozszerzonej i odpowiednio uzupełnionej. Dlaczego ją przypominam? Myślę, że większość z czytających ten tekst może się tego z całą pewnością domyślić. Tak jak z równie dużą pewnością, wielu z nas zdążyło przez lata, które minęły od tamtego zdarzenia, zauważyć, że obok naturalnego wzrostu społecznej i politycznej agresji, przemocy, kłamstwa i nienawiści, doszło do bardzo poważnej, że tak powiem, moralnej przebudowy naszego społeczeństwa. Co mam na myśli, mówiąc o „przebudowie moralnej”? Chodzi mi mianowicie o to, że przez te wszystkie lata, doszło do tak strasznej modernizacji ludzkich postaw i zachowań, że nasze wszystkie sentymenty, uprzedzenia i postawy wobec ludzi musiały też ulec radykalnej weryfikacji. I tu gdzie dziś jesteśmy, nagle można dojść do wniosku, że sytuacja, w której znalazłem się ja i moja córka przed laty, z dzisiejszego punktu widzenia, nie stanowiła jakiegokolwiek zagrożenia. Że gdyby to co się stało wtedy, miało mieć miejsce dziś, to ja na przykład ani bym się aż tak nie bał, ani – interweniując u tych dwóch bandytów w sprawie ich zachowania – nie czułbym jakichkolwiek większych emocji. Dlaczego? Bo dziś już wiem, że ja oczywiście zostałem skonfrontowany z kulturą obcą, ale nie na tyle obcą, żeby się czuć jakoś szczególnie dziwnie.
Myślę że wiem, co mi na to wszystko mogą powiedzieć niektóre z osób ten blog komentujących. Że ja zmieniłem swoje zdanie na temat tych dwóch bandytów nie dlatego, że nagle zrozumiałem, jacy z nich w gruncie rzeczy są skromni i dobrzy ludzie, ale dlatego, że oni niedawno mi powiedzieli, że nie lubią Donalda Tuska. A, jak idzie o kogoś tak jak ja przesiąkniętego podłością i nienawiścią, nie trzeba nic więcej. Tu jednak, przynajmniej sumienie mam czyste. Przede wszystkim dlatego, że ja jeszcze w czasach, kiedy pracowałem w swoim osiedlowym gimnazjum, i takich jak ci dwaj – oczywiście w wersji młodszej i mniej radykalnej – miałem wokół siebie na codzień dziesiątki, wiedziałem, że oni, reprezentując pewien typ nigdy dla mnie do końca nie rozpoznanej wrażliwości – nie tylko zresztą na poziomie politycznym – Tuskiem gardzą, natomiast do „tych Kaczorów” czują irracjonalną zupełnie sympatię. Ale to nie wszystko. Moje sumienie jest tu czyste, właśnie ze względu na opisywany wypadek. Oni bowiem, skonfrontowani z czymś dla siebie, przynajmniej pozornie, kompletnie niezrozumiałym, potrafili postąpić wbrew swojej naturze, a to jest coś, co może budzić jedynie podziw.
Zastanówmy się nad życiem takich dwóch kiboli. Kim oni są, co mają, co wiedzą i czego od nich możemy oczekiwać? Są oczywiście bandytami, dla których kogoś pobić, czy nawet zabić, nie jest wydarzeniem szczególnie egzotycznym. Z całą też pewnością, oni nie biorą pod uwagę takiej możliwości, że, kiedy rozmawiają, mogą nie używać słów takich jak „kurwa”, „chuj” i „jebać”. Możemy mieć pewność, że jeśli oni czegoś się boją, to na pewno nie jest tym to, że ktoś im może wlać, albo że policja może ich wziąć za kark i zamknąć. Albo że im w ogóle w głowie kiedykolwiek pojawia się myśl, że za bilet kolejowy trzeba płacić, bo przyjdzie konduktor i z tego może być kłopot. Wiemy też, że dla nich nie istnieje żaden powód, żeby się mieli zacząć przejmować tym, że pozostała część społeczeństwa ma inną od nich filozofię życia. Czy teraz fakt, że, mimo tych wszystkich, elementów, które ich tak fatalnie determinują, stać ich było, jak się nagle okazuje, na to, żeby dokonać tego typu deklaracji, z jaką ja i moja córka mieliśmy okazję się skonfrontować w pociągu Intercity z Katowic do Warszawy przed paroma laty, to jest coś, na co warto zwrócić uwagę, czy nie? A jeśli nie warto, to – przepraszam bardzo – ale jaki jest na to argument?
Otóż ja uważam, że przez te wszystkie lata, jakie upłynęły od czasu, gdy w Polsce zapanowała owa atmosfera, w której w dobrym tonie stało się życzyć ludziom całkowicie niewinnym, a często dobrym i bezbronnym, wyłącznie śmierci, naprawdę doszło do bardzo poważnych przesunięć na poziomie społecznym. W innym miejscu książki, która się niedługo ukaże, wspominamy też śmierć senatora Prawa i Sprawiedliwości Andrzeja Mazurkiewicza i reakcje zarówno na nią, jak i na gest prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który udekorował Mazurkiewicza pośmiertnym orderem. Nie będę tu przywoływał raz jeszcze tych wszystkich gestów czystej pogardy i złorzeczenia, bo każdy kto chce, może sobie je świetnie wyobrazić, natomiast chciałbym tu wyrazić przekonanie, że wśród tych, którzy przyszli nad grób Senatora, żeby sobie popluć, z całą pewnością nie było tych dwóch bandziorów z pociągu. A nie było ich tam wcale nie dlatego, że oni w tym czasie byli zajęci czym innym, albo że oni są zbyt głupi, by umieć pisać i czytać, ale dlatego, że na to by się w tym towarzystwie pojawić, nie pozwoliłaby im na to wspominana wcześniej – niezrozumiała, co przyznaję raz jeszcze, dla mnie – natura.
Ale ja też wiem coś więcej. Otóż, gdyby tam, w tamtym pociągu, znaleźli się nie ci kibole, ale któryś z autorów tamtych pośmiertnych komentarzy, i oni tym razem – zamiast tych kiboli – zaczęli, jak najbardziej zgodnie ze swoją naturą i wrażliwością, wymieniać się swoimi spostrzeżeniami na temat Lecha Kaczyńskiego i udekorowanego przez niego Andrzeja Mazurkiewicza, a ja bym im zwrócił uwagę na niestosowność ich zachowania, to oni by nie dość że się nie zamknęli, nie dość, że by mnie nie przeprosili, a nawet nie dość, że by się nie przenieśli do innego przedziału, ale kontynuowaliby sobie swoją wymianę w najlepsze. A gdyby, jakimś cudem, nawet i pomyśleli, że moje słowa coś znaczą, to by od razu uznali za stosowne zarzucić mnie dziesiątkiem przeróżnych argumentów na rzecz tego, że jednak w pewnych okolicznościach można się śmiać z czyjejś śmierci. I wyobraźmy sobie nawet taką możliwość, że ja, w tej hipotetycznej sytuacji, naprzeciwko siebie nie miałbym jakichś niedorobionych onetowskich studentów-inteligentów, którzy nawet nie potrafią pisać poprawnie po polsku, ale trzech wybitnych krakowskich profesorów z krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Jestem przekonany, że wtedy mogłoby być już tylko jeszcze gorzej.
Za każdym razem, kiedy mijają kolejne wybory, powraca to tu to tam dyskusja na temat poparcia, jakie, czy to Platforma Obywatelska, czy Prawo i Sprawiedliwość otrzymali w zakładach karnych i zakładach psychiatrycznych. I, z jednej strony, ci którzy glosowali na PO cieszą się, że PiS, to partia popierana przez ludzi chorych psychicznie, natomiast ci, co głosowali na PiS, cieszą się, że PO to oferta wyłącznie dla przestępców. A ja mam ostatnio wrażenie, że jest trochę inaczej. Mam bardzo silne wrażenie, że PO nie ma poparcia ani u wariatów, ani u przestępców. Wariaci głosują przeciwko Platformie, bo, jako ludzie o pewnej nadwrażliwości, inaczej nie potrafią, natomiast bandyci głosują za Platformą dlatego, że znają swój interes. Oni świetnie wiedzą, że PO to banda lewych durniów i tandeciarzy, ale za to na tyle głupich, że coś tam się od nich uda zawsze wyciągnąć. Natomiast o PiS-ie wiedzą jedno – że PiS to przede wszystkim wróg, a z wrogiem lepiej uważać. Szczególnie gdy widać jasno , że to wróg nie byle jaki.
Słucham ostatnio piosenek Johnnego Casha, artysty wybitnego, ale przy okazji człowieka tak porządnego i dobrego, jak tylko porządnym i dobrym w tej branży można być. I oto przed mną wydajnie trzypłytowe, zatytułowane „Love, God, Murder”. Są to trzy płyty – jedna z piosenkami o Panu Bogu, druga o miłości, a trzecia o zbrodni. Oczywiście znamy Casha., Wiemy więc, że jego zawsze coś ciągnęło i do Boga i do San Quentin. Na zmianę. Ciekawe bardzo, jak on to sobie wszystko tłumaczył? Nie wiem, powiem szczerze. Natomiast jestem pewien absolutnie, że kiedy on śpiewał po więzieniach tym bandziorom swoje piosenki, entuzjazm i szacunek, jaki do niego czuli, był autentyczny. Tak samo, jak ich entuzjazm i szacunek, gdy od czasu do czasu nie śpiewał im o nich samych i o ich marnym losie, ale o Bogu i miłości. Bo oni akurat rozumieli i jedno i drugie i, oczywiście, trzecie. A że byli ludźmi złymi i grzesznymi? Kto z nas nie jest? Natomiast jakoś wiedzieli, że te trzy elementy – Bóg, miłość i zbrodnia – w ich zyciu jakoś się przedziwnie gładko mieszają i uzupełniają. I kiedy o tym myślę, to się autentycznie wzruszam. Dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy ten bandyta użył w stosunku do mojego dziecka słowa „pannica”. I tu może jest jakaś odpowiedź, jak idzie o tamtą, moją i mojej córki, przygodę sprzed lat. Nie ma? Może i nie ma. Niech więc ktoś zaproponuje lepszą. Tylko proszę, niech mi tu z wyjaśnieniami nie idzie ktoś, kto nie rozumie, że ze śmierci nie wolno się śmiać, i że nie wolno się śmiać z ludzi płaczących i modlących się, i że miłość to coś więcej, niż tak zwany pijar.

Wszystkich, którzy uznali ten tekst wart przeczytania, a może i jakichś pożytecznych refleksji, proszę o finansowe wspomaganie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

24 komentarze:

  1. @toyah

    Ja mogę takie przygody, jak Wasza potwierdzić z własnej praktyki. Do Twoich rozważań ogólniejszych dodałbym zaś moje przeczucie, że jest głęboka różnica między zdemoralizowaniem wobec norm przyjętych i oczekiwanych a odrzuceniem kryterium moralności w ogóle (jako takiego).

    Obojętnie, co kto pojmuje pod określeniem: „kibole”, jest chyba zgodność, że chodzi o pewną subkulturę. Gdyby w niej istniały jakieś ciągoty lewackie, na pewno byłaby subkulturą promowaną, a tak jest zwalczaną.
    Tymczasem, nie wdając się tu w wartościowanie, ta subkultura ewidentnie oparta jest na pewnych zasadach, a przynajmniej na jakiejś swoistej kindersztubie i na modzie określonych zachowań się.

    Równolegle istnieją też środowiska osobowe (np. w polityce, mediach), którym przymiotu subkultury nadawać nie można po prostu dlatego, że zasadą jednoczącą jest tam zwolnienie się osobników od wszelkich zasad, w tym - jakby co - od wymogu wszelkiej kultury.

    Można więc – jak owi kibole - zachowywać się po chamsku, lecz znacznie gorszym jest uczynienie chamówy metodą postępowania skrywanego pozorną bielą rękawiczek, gęganiem „ą”, „ę”, czy maskowanego innymi imidżami fakultury*/.

    Ja tam już z dwojga złego wolę kiboli, są szczersi.

    -------
    */ od przymiotnika „fake”, a nie od pewnego czasownika.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzieńdobry Toyahu!

    Jestem po lekturze pamiętników Szczepańskiego. Ciekawy człowiek, ciekawe obserwacje. Jest tam taka jedna obserwacja, jak jedzie autobusem z robotnikami do Nowej Huty z jakiejś podkrakowskiej wsi. Gadki. Rok 1954. Szmatki.. najczęściej o tym kto z kim.. gdzie... gdzieś tam w autobusie jakaś bójka. I nagle przychodzi godzina 6.. i cały autobus zaczyna śpiewać Kiedy Ranne Wstaję Zorze.. wszystkie zwrotki i jeszcze jedną pieśń.. kończą.. prze 5 minut cisza.. i potem znów do swoich rozmów..

    Dla mnie piękny obrazek. Nic się nie zmienia. Tak mi się wydaje, szacunek za szacunek. Jeżeli nawet do takich "dresów" czy innych podchodzimy z jakimś szacunkiem "Proszę Pana, widzi Pan." To jak ktoś ma szacunek dla samego siebie, to zrozumie swoją niestosowność. Najgorzej trafić na .. nawet nie wiem jak takich ludzi nazwać.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Pannica. Śliczne słowo. Pamiętam ten tekst.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Grudeq
    Piękna ta autobusowa historia.

    OdpowiedzUsuń
  5. @latinitas
    I to jeszcze w jakich ustach!

    OdpowiedzUsuń
  6. No super z tą książką kupie mamie bo czyta jakieś barachło...

    A wracając do historii z dresami. Odbyła się kiedyś u nas dawno dawno temu impreza w prawdziwej galerii, na którą to, przyjechała śmietanka nowej kultury "rave" z zachodu głownie z Niemiec.
    Jak to Shmaletz śpiewał z prnolandu.
    Otóż z tymi djejami vjejami przyjechało specyficzne grupis, byli wśród nich też tzw geje. Wtedy nawet nie wiedziałem kto to jest.
    Uwidziało im się że w transowych rytmach i świetle stroboskopu pokarzą nam wieśniakom ze wchodu pieszczoty między facetami. Cała ta ich "akcja" zanim się na dobre zaczęła właściwie się już skończyła. Podszedł do nich przysłowiowy "desiarz kibol" i dał im po razie...
    Taka szybka akcja bez ceregieli i mydełka. Bez znęcania się i wyśmiewania. Podszedł wypalił pięścią i odszedł pod ścianę.
    A muzyka dalej grała...

    OdpowiedzUsuń
  7. @Cmentarny Dech
    A co się z Tobą działo?

    OdpowiedzUsuń
  8. @toyah
    te historie znaczą o pokładach prawdziwego człowieczeństwa ukrywających się nawet w wydawałoby się najbardziej "zepsutych" ludziach.
    Czy wynika to stąd, ze otrzymali jednak choć drobne ale jednak solidne podstawy chrześcijańskie? I mimo błądzenia są jeszcze "możliwi do naprawienia".

    Inaczej z tymi którzy wyzbyli się swych korzeni lub ich korzenie pozbawione są tej jedynej miłości jaką jest Bóg?
    Oni przestali być ludźmi a zachowanie to tylko zewnętrzne pozory - taki piar dla maluczkich i przygłupów.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Toyah

    Co tu jeszcze napisać jak orjan podsumował wszystko akuratnie.
    Świetny felieton - nie znałem.

    Wielokrotnie przekonałem się, czy to za kierownicą samochodu, czy w jakiejś innej sytuacji, że gdy do takich dresiarzy, rozrabiających i klnących, zagadać spokojnie i w miarę kulturalnie, to potrafią się oni wycofać i uspokoić. Gdybym natomiast próbował również odpowiedzieć agresją, to miałbym natychmiast z bańki. Mimo, że jestem człowiekiem słusznej postury.
    Wniosek z tego taki, że oni ciągle mają jeszcze jakieś hamulce i pewnego rodzaju szacunek. To nie jest dzicz i motłoch. I nie degeneraci.

    Wzruszyłeś się nad tym Johnnym Cashem. Podobnie jak ja. Ale jego ostatniego w życiu albumu słuchać nie mogę. Jest tak przejmujący, że tylko usiąść i płakać.

    Pozdrowienia ze słonecznego (sic) Liverpoolu

    OdpowiedzUsuń
  10. @toyah

    Ponownie zastrzegam, że określenia „kibole” nie wiążę z kibicami, lecz używam je tutaj w takim znaczeniu, jak - według mojego odbioru - funkcjonuje w postępactwie, w tym w mediach.
    Te środowiska nie mogą żyć bez wroga, przeciw któremu będą się mobilizować i wąchać swoje miazmaty.

    Z tego punktu widzenia niezmiernie ciekawe jest, dlaczego postępackie łaskawe oko spoczęło akurat na kibicach?
    Tutaj pokazuję właśnie kibiców, bo łaskawe postępactwo właśnie ich wzięło jako środowiskowy archetyp i onże archetyp postępactwo według swych potrzeb ucharakteryzowało tworząc pijarową szwarcfigurę pod nazwą: „kibole”.

    "Kibole" to nie jest autentyczny twór społeczny, lecz wytwór potrzeb własnych postępactwa. Na takiej samej zasadzie jak dawny „kułak”. Tu mechanizmy i intencje naprawdę nie zmieniają się.

    Ale to wszystko nie daje odpowiedzi na pytanie dlaczego akurat tym razem poszukano wśród kibiców, zaś dawniej, np. wśród nieco pomyślniej gospodarujących chłopów? Jakie motywy doboru wyraża postępactwo w potrzebie odpowiednich casting’ów?

    Można śmiało odrzucić kryteria wprost związane z chuligaństwem, czy przestępczością, bo te dotyczą środowisk socjalnie bliskich postępactwu, co widać choćby w ichnich „zadymach”, czy w greenpicach.

    Nie może to być skutek własnej odrazy pierwotnej, bo w kryteriach odrazy postępactwo jest bardzo tolerancyjne.
    Gdy kogoś cieszy różnorodność świata oglądanego nawet kakaowym oczkiem, to gdzie miejsce na jakąkolwiek pierwotną odrazę, czy inny dysgust?

    Ale przecież odraza jest manifestowana wobec "kibolstwa" we wskazaniu na formy i mody ich zachowania się. Musi więc ona odraza mieć charakter wynikowy, zaplanowany, a nie charakter pierwotny.

    Pierwotna odraza mieści się w czym innym. Mianowicie, w odporności danego środowiska na postępacką penetrację czy to z przodu, czy z tyłu. Organoleptycznie, czy ideologicznie.

    Wrogiem i obiektem szwarcpijaru są więc środowiska odporne.

    Może nawet one same wrogiem być nie chcą, a tylko nie chcą mieć nic wspólnego, ale przecież: „kto nie z nami, ten przeciw nam”, jak poucza przykazanie wszelkiego totalniactwa.
    Tyle to nawet rozumie pan premier Tusk.

    Jest w tym rozpoznaniu oczywista nauka. Postępactwo samo oznacza środowiska względem niego odporne. Flagami są te ichnie - wtórne przecież - odrazy i dysgusty, lecz flagowana jest odporność.


    PS. Toyah’u, akurat z nudów, szperając po jutubie, obejrzałem zapis programu tego k. Powiatowego z Wojciechem Cejrowskim i tą szansonistką Markowską. Ta przynajmniej 3 razy rzuciła w szeroki świat „kurwą” wcale nie mając na myśli tego Powiatowego.

    To co Ty mi tu będziesz opowiadał o jakimś przedziale PKP, w którym podróż „się za-cz-yna, a kto wie, jak skończy się” (pozdrowienia dla Elżbiety Mielczarek).

    OdpowiedzUsuń
  11. Dla młodszych:

    http://www.youtube.com/watch?v=4nXIYk7IEg8

    OdpowiedzUsuń
  12. @raven59
    Myślę że tak. Że to jest kwestia właśnie tego chrześcijaństwa. Żeby się stoczyć do końca, musisz się najpierw wyrzec tej wiary. Wyrzec się w dodatku świadomie. A oni się nie wyrzekli. Wiesz co ja sobie myślę? Że gdyby tam w tym przedziale siedziała z nami zakonnica, ich nawet nie trzeba by było upominać.
    I odwrotnie. Gdyby tam jeszcze siedzieli z nami jacyś kulturalni docenci z ujotu, to by przesiąść się musiała ta zakonnica. Żeby się stoczyć do końca, musisz się najpierw wyrzec tej wiary. Wyrzec się w dodatku świadomie. A oni się nie wyrzekli. Wiesz co ja sobie myślę? Że gdyby tam w tym przedziale siedziała z nami zakonnica, ich nawet nie trzeba by było upominać.
    I odwrotnie. Gdyby tam jeszcze siedzieli z nami jacyś kulturalni docenci z ujotu, to by przesiąść się musiała ta zakonnica.

    OdpowiedzUsuń
  13. @jazgdyni
    Pewnie że nie znałeś. Ja go napisałem dopiero wczoraj. Tylko kibole już pewnie wyjechali do Irlandii.

    OdpowiedzUsuń
  14. @orjan
    Ależ to jest oczywiste, że oni się stali symbolem zdziczenia. Przede wszystkim dlatego, że oni są faktycznie dzicy. Ale też dlatego, że ich zdziczenie i ich agresja są zupełnie naturalne. Oni w pewnym sensie są jak ten Dziki - nomen omen - z Huxleya. Tylko świat jest inny. Na razie. Bo kierunek jest taki jak trzeba.

    OdpowiedzUsuń
  15. Toyahu opisujesz i ukazujesz kolejny fragment rzeczywistości w RP, dotyczący przede wszystkim coraz powszechniej występującego zakłamania tzw. faryzeizmu, który przenika ich i również nasze codzienne życie. Pojęcie "kłamstwa" w tym przypadku nie oznacza świadomego oszustwa, ani celowego fałszowania faktów, wprowadzania innych w błąd, lecz dotyczy właściwości ludzkiego istnienia tj. zdarzenia zasadniczego w sensie egzystencjalnym.
    Ponieważ prawda w miłości to taka rzeczywistość, która prowadzi, do wyzwolenia z niewoli grzechu, dlatego jej brak, także prawdziwości i prawości, bądź tolerancja, czy pobłażliwość, a tym bardziej akceptacja wszelkiego lewactwa, także liberalizmu, czy faryzeizmu jest wg. mnie praprzyczyną opisywanych postaw, zachowań, czy zdarzeń.
    Osobną kwestią jest zasadnicza różnica postaw i zachowań prostych ludzi, od tzw. wykształciuchów, czyli inteligentów - prostaków, którą coraz częściej dostrzega i już nie akceptuje większość ludzi prostych, prawych i dobrej woli.
    A co czyni bezbożnictwo, Boga lekceważenie, także brak czci, czy koniecznego uznania i szacunku wobec prawdy pochodzącej, od Boga, oraz wrogość - dominacja niskich instynktów tj. brak miłości i prawdziwości wobec bliźnich, także własnego bytu to obecnie nagminnie doświadczamy i dotkliwie odczuwamy.

    OdpowiedzUsuń
  16. @toyah

    Też pomyślałem o tym Dzikim z Huxley'a, ale mam pewien dysonans poznawczy szczególnego zderzenia się w Dzikim dwóch kultur.

    Organiczna potrzeba prawości była u Dzikiego zakotwiczona w kulturze ludu, wśród którego przypadkiem wyrósł. Nie w czytanym Szekspirze, lecz w tej kulturze.
    Szekspir nie jest przecież "ku pokrzepieniu prawości", lecz raczej przeglądem nieprawości i związanego z nią fatum.

    Dziki, jakby przewidując ustalenia Konecznego, nie potrafił żyć na dwa sposoby. Szczególnie w konflikcie tradycyjnych i instynktownych zasad z wyemancypowaną nieprawością.

    Nieprawość polegała tam na usunięciu z aksjologii kwestii jakości. Pozostawała tępa ilość.

    OdpowiedzUsuń
  17. http://www.youtube.com/watch?v=Lu1glrMvsPo


    Pośmiertny teledysk rapera 2paca Shakura, twardego ulicznika znanego z wizerunku "kryminalisty"
    ale przy tym człowieka bardzo wrażliwego. Jeden z jego najbardziej wzruszających utworów o miłości.


    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  18. @nicker

    Klip jak dla mnie fajny i dobrze tu pasuje do tematu.

    OdpowiedzUsuń
  19. @orjan
    Ja go aż tak głęboko nie analizowałem. Wspomniałem o nim zresztą dość instynktownie. Bo przyszło mi do głowy, że oni na niego musieli trochę patrzec tak, jak my na tych kiboli. Jednak to nie są historie równolegle.

    OdpowiedzUsuń
  20. @nicker
    Bo fakty są takie, że każda prawdziwa scena alternatywna - a hip hop, zanim został wchłonięty, też był alternatywny - powstawała wbrew mainstreamowi w w proteście przeciwko niemu. A więc, oni sobie słuchali U-2 i Queen, a my punk rocka, reggae i hip-hopu.
    Dziś, jak słyszę, że ci durnie z Habakuka śmieją się z Kaczyńskiego, to wiem, że to nie jest żadna alternatywa, tylko sam środek tego co oni nazywają Babilonem.

    OdpowiedzUsuń
  21. @Leszek152
    Tak myślisz? To dobrze. Bo już myślałem, że, jak idzie o wzruszenia, to jestem sam.

    OdpowiedzUsuń
  22. @nicker
    @toyah

    Te subkultury muzyczne zawsze były nieodporne względem lewicowej penetracji mimo buntowniczego deklarowania się (underground, alternatywa, itp.).

    Tu wtrącę ciekawostkę: mało jest np. porządnych nagrań filmowych z pierwszych lat występów Led Zeppelin, bo chłopcy uważali przyjmowanie zaproszeń z telewizji za nieartystyczny obciach. Taki był wtedy nastrój.

    Ja dobrze pamiętam, z jaką niechęcią ówczesne lewactwo podchodziło do hippies'ów, flower power i do ichniej muzyki. Aż się okazało, że te klimaty lewactwo może przejąć dla siebie i swoich wpływów.

    W Polsce sytuacja była o tyle nietypowa, że lewizna jednocześnie miała pod sobą dostęp do całości infrastruktury muzycznej. Przez regulację tego dostępu wyrażała więc swoje preferencje i oceny środowisk alternatywnych.

    Z miejscem do występowania jakoś można było sobie poradzić, lecz nie było wtedy sposobu utrwalenia wykonań muzyki poza środkami (studia), w dyspozycji lewizny. Ta zaś miała za bezużyteczne dla niej wszelkie underground'y.

    Pouczającym przykładem skutku jest np. zupełny dzisiaj brak nagrań bardzo wtedy cenionej kapeli pn.: 74 Grupa Biednych (por. wspominany niedawno u Toyah'a J.Izdebski).

    Zdaje się, dopiero w okolicach pierwszego Jarocina te komusze pomioty zainteresowały się zagospodarowaniem alternatywy muzycznej i w ogóle subkultur młodzieżowych.
    Ogromne zasługi wpływu ma tu np. niejaki Owsiak, wcześniej uzyskawszy do tego przygotowanie zawodowe w całkiem nie-undergroundowej a de facto państwowej Rozgłośni Harcerskiej. Ale to temat na zupełnie osobną opowieść.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.