niedziela, 17 lipca 2011

Chip w każdym domu, czyli cała władza w ręce Rad

Od jakiegoś już czasu żyjemy – choć ostatnio, oczywiście, jakby mniej – informacją o tym, jak to żona Jacka Kurskiego została pozbawiona prawa do pracy, nawet nie przez to, że przedstawia poglądy niezgodne z zaleceniami reżimu, ale wyłącznie z tego powodu, że jej mężem jest człowiek o poglądach niesłusznych. Ma się rozumieć, wiadomość ta zelektryzowała na pewien czas zarówno media, jak i część opinii publicznej, i w sposób naturalny, pojawiły się głosy potępienia skierowane zarówno pod adresem szefa pani Kurskiej, niejakiego Żelewskiego (imienia brak), który zademonstrował tak gorliwą wierność w stosunku do swoich panów, jak i pod adresem samych panów, za to, do czego oni sami doprowadzili przez te cztery lata.
Jeśli jednak ktoś sądzi, że reżim zachował w tej sprawie dyskretne milczenie, myli się. Obrona owych totalitarnych praktyk idzie w dwóch kierunkach. Pierwszy to taki, że to co się stało, to zaledwie indywidualny wybryk jednego człowieka, który nie świadczy o niczym, jak tylko o tym, że wciąż przed nami wiele do zrobienia. Drugi natomiast polega już tylko na tym, by jak najczęściej wymieniać nazwisko ojca Tadeusza Rydzyka i nazwę Prawo i Sprawiedliwość we wszystkich dotychczas sprawdzonych kontekstach, i liczyć, że i tym razem wszystko zagra jak należy.
Mam jednak wrażenie, że przy tym wszystkim, zapominamy o paru bardzo istotnych szczegółach całej sprawy, i to zarówno po jednej stronie konfliktu, jak i po drugiej. Otóż wspomniałem wyżej o czterech latach. I nie bez powodu. Bo uważam, że kwestia tych owych lat jest tu niezwykle ważna. Otóż pani Kurska pracowała w swojej firmie jeszcze za rządów Prawa i Sprawiedliwości, a należy pamiętać, że firma ta w tamtych czasach – podobnie jak zresztą przez wiele lat wcześniej – pozostawała niezmiennie pod bezpośrednią władzą Platformy Obywatelskiej. Nie ulega przy tym wątpliwości, że wtedy, jeszcze zanim urodziła dziecko i poszła na urlop, najpierw macierzyński, a potem wychowawczy, poglądy jej męża – a niewykluczone że jej też – nie podobały się ludziom zarządzającym jej firmą. Tyle że przez te cztery lata, zmieniło się tyle, że kiedy ona nagle wróciła do pracy, nie mogła nie zauważyć, że już nie jest człowiekiem w tradycyjnie w cywilizowanym świecie rozumianym znaczeniu. Wróciła do pracy i zobaczyła, że naprzeciwko siebie ma już tylko stado wilków. A ona już nie ma żadnych praw.
Ale wydaje się, że ona po tych czterech latach musiała zauważyć coś jeszcze. Że ta stara nienawiść, którą ona musiała przecież znać jeszcze z dawnych lat, jest już jedynie melodią przeszłości. Że dziś już nie ma mowy o nienawiści. Dziś już tylko dochodzi do zimnej, wyrachowanej eksterminacji. Nie jest już tak, że ona przychodzi do pracy, a wszyscy na nią patrzą i myślą sobie: „No patrzcie, przyszła ta pisuka”, i wracają do swoich zajęć. Nie jest też tak, że ona prosi koleżankę zza biurka naprzeciwko o gumkę, czy ołówek, a ta jej mówi, że jej nie da, bo akurat bardzo potrzebuje, i że jak chce, to niech się zwróci o przysługę do Kaczyńskiego. Dziś ona przychodzi do pracy, a oni patrzą na nią z wytrzeszczonymi oczami i krzyczą: „Won!”.
I to jest właśnie coś, co się stało przez te lata. Nienawiść zmieniła się w pragnienie eliminacji. I dobrze, jeśli to się odbywa na poziomie urzędowym. A więc tak jak to się odbyło w omawianym przez nas przypadku. Szef pani Kurskiej wzywa ją do siebie i mówi, że ze względu na polityczne poglądy jej męża, ona nie może pracować w poważnej i szanującej się firmie, bo taka sytuacja wiąże się z bardzo poważnym konfliktem interesów. Nie jest też jeszcze najgorzej, jeśli on, na poparcie tych swoich słów, przedstawi jakiś papier, z którego będzie wynikało, że wedle najnowszej uchwały Rządu, tego typu decyzja, polegająca na pozbawienia pani Kurskiej prawa do pracy, jest jak najbardziej zgodna z prawem, a nawet dobrym obyczajem. Tu zawsze można się odwoływać, lub zaistniałą sytuację merytorycznie krytykować. Ja natomiast znam już z własnego doświadczenia poziom znacznie jeszcze bardziej zaawansowany rozstrzygania tego typu „konfliktów interesów”. Nie na podstawie decyzji prezesa, ani treści jakiegoś dokumentu, lecz przy pomocy samych ludzi i ich obywatelskiego zaangażowania.
Pisałem o tym już wcześniej tu na blogu, nadając temu zresztą bardzo moim zdaniem celny opis „Cała władza w ręce Rad”. Mówiąc krótko, chodziło mi o to, że zgodnie z filozofią Nowego Państwa, w celu ekonomicznego sterroryzowania ewentualnych przeciwników władzy – a więc zmuszenia ich albo do posłuszeństwa, albo do śmierci głodowej – nie trzeba już ani policji, ani sądów, ani innych instrumentów przemocy, lecz wystarczy stworzenie społeczeństwa przesiąkniętego taką nienawiścią do wroga, że poszczególni obywatele w odpowiednim momencie sami wykonają całą robotę za tak zwany Aparat.
Jak to się odbyło w moim wypadku? Jak niektórzy wiedzą, od wielu, wielu lat utrzymuję siebie i swoją rodzinę, ucząc języka angielskiego w szkole, na kursach, na lekcjach prywatnych i, czasem też, tłumacząc zlecone mi teksty. W związku z tym, bez względu na to, czy to się odbywa w sposób bezpośredni, czy przez jakieś pośrednictwo, zawsze mam przed sobą, w ten czy inny sposób, klienta. Ponieważ uczę od dawna, znam swój zawód wystarczająco dobrze. Wiem jak uczyć skutecznie, wiem, co robić, by ta nauka odbywała się w miłej atmosferze, i wiem też, jak się zachowywać, żeby doszło do tego podstawowego efektu, polegającego na tym, że uczeń lubi nauczyciela, a nauczyciel ucznia. A więc, by klient był zadowolony. I przez te wszystkie lata, ta wiedza mnie właściwie nigdy nie zawiodła.
Tak się jednak stało, że jakiś rok temu, a niewykluczone że już trochę wcześniej, pojawił się w tym wszystkim element, który wcześniej pozostawał niemal zupełnie nieznany. Uczniowie, coraz więcej uczniów, zaczęło się bardzo interesować tym, jakie to poglądy polityczne ma ich nauczyciel. Kiedy mówię o poglądach politycznych, chodzi mi o to, najkrócej rzecz ujmując, czy nauczyciel jest tak zwanym „pisowcem”. Proszę zwrócić uwagę – nie jest problemem to, czy on jest za PiS-em, czy PO, czy jest za PO, czy SLD, czy za SLD, czy za PiS-em, ale wyłącznie to, czy on jest „pisowcem”. Sposoby uzyskiwania tej informacji były najróżniejsze, poczynając od najprostszego, a więc pytania „Na kogo pan głosuje?”, przez bardziej dyskretne próby wybadania odpowiednich postaw, w postaci wrzutek w stylu: „Widział pan, co ten Kaczor wczoraj zrobił?”, po zupełnie już dyskretne przeszukiwanie Internetu pod kątem interesujących nas informacji, a więc odwiedzanie portali typu Facebook, czy Nasza Klasa.
I teraz wreszcie mógł się pojawić element najważniejszy i rozstrzygający. Kiedy już uczeń – lub jakikolwiek inny klient – wiedział, z kim ma do czynienia, wszystko się zmieniało, a przede wszystkim zmieniała się atmosfera. Mówię tu o sobie, więc opowiem o swoich doświadczeniach. Mam przed sobą grupę uczniów – lub bardziej dokładnie, wiele różnych grup uczniów – i w pewnym momencie widzę, że dwie, trzy, czy cztery osoby, które jeszcze niedawno mnie uwielbiały, tak jak tylko dorośli uczący się języka potrafią uwielbiać swojego lektora – każdy nauczyciel języka wie, o czym mówię – nagle mnie wręcz fizycznie nienawidzą. W ich oczach widać już tylko wrogość i pogardę, na lekcji zaczynają demonstracyjnie ziewać, lub przeglądać gazety, a jeśli się odzywają, to tylko po to, by powiedzieć, że oni nic z tego co ja mówię, w ogóle nie rozumieją. A po tygodniu, okazuje się, że albo większość grupy złożyła prośbę o zmianę lektora, lub sama mnie poinformowała, że oni znaleźli kogoś lepszego i już mi dziękują.
I ja, opowiadając to co opowiadam, wcale nie zajmuję się jakimiś egzotycznymi wypadkami. Wystarczy że powiem tylko, że przez ostatni rok straciłem w ten sposób siedem różnych grup. A więc całą podstawę utrzymania rodziny. Pierwszy przypadek, jak w czasie mojej już trzydziestoletniej niemal kariery nauczycielskiej, straciłem w tak gwałtowny sposób pracę.
Oczywiście, ktoś mi może powiedzieć, że ja w ciągu tego ostatniego roku z pewnością gwałtownie się postarzałem i nie dość że straciłem swój zwykły nauczycielski urok i talent, to w dodatku jeszcze zacząłem moich uczniów zanudzać swoimi refleksjami na temat Smoleńska i Krzyża. Otóż nie. Ja jestem już wprawdzie – szczególnie z punktu widzenia mojej najmłodszej córki i jej koleżanek – stary, i oczywiście jak najbardziej politycznie zaangażowany, ale akurat tu jest w tym wszystkim jedno pewne: te lekcje były i są politycznie całkowicie czyste, a pod względem profesjonalnym już tylko coraz lepsze. Sprawa jest w sposób oczywisty jednoznaczna – ja straciłem te grupy wyłącznie dlatego, że kilku bardzo świadomych obywateli, w sposób bardzo świadomy nakręconych przez System, dowiedziało się, że ja popieram Prawo i Sprawiedliwość i mnie za to znienawidziło. A znienawidziło tak, że już nic się dla nich nie liczyło, jak tylko ten PiS i ten Kaczor. I to po prostu wiem.
A więc jest, jak jest. Cała część polskiego społeczeństwa została skutecznie albo już wyeliminowana z rynku pracy, albo znajduje się na prostej drodze, by z tego rynku wyeliminowana zostać. A będzie jeszcze gorzej. Niedawno Radek Sikorski, w swojej wypowiedzi dla Moniki Olejnik, skarżąc się na to, jak to go źle traktują tak zwani internauci, na argument, że przecież trzeba być twardym, i że w końcu to nic takiego, jeśli gdzie ktoś w Internecie napisze o nas coś złego, powiedział, ni mniej ni więcej, tylko to, że red. Olejnik nawet nie ma pojęcia, jak ważny dla oceny człowieka jest Internet. Że w tej chwili, tak zwane CV się składa tylko ze względów formalnych. Samą decyzję co do tego, czy kogoś zatrudnić, czy nie – podejmuje się już jednak nie na podstawie jakiegoś głupiego CV, lecz na podstawie informacji znalezionych w Internecie.
I o to właśnie chodzi. Tak to właśnie się będzie odbywało w przyszłości. To w Internecie będzie cała potrzebna informacja na temat człowieka, i ludzie przezorni najpierw będą wyrzucać z domów komputery, a kiedy władza wyda dekret o obowiązkowym podpięciu każdego obywatela do Sieci, to im ten komputer przyniesie do domu z powrotem, tyle że tym razem on będzie stanowił własność rządu, i każdy z niego będzie musiał korzystać pod groźbą wszczepienia odpowiedniego chipa. A w ramach dbałości o utrzymanie społecznego spokoju, wszyscy ci, którzy – jak ojciec Tadeusz Rydzyk – ośmielą się coś wspominać na temat totalitaryzmu, dostaną dwa chipy. Albo od razu trzy. Dla pełnego bezpieczeństwa.

Tradycyjnie, proszę wszystkich, którym powyższy spis sprawił jakąś satysfakcję, o wsparcie - oczywiście w miarę możliwości - na podany obok numer konta.

27 komentarzy:

  1. @toyah

    Wiesz, trzeba zaczac od tego przytomnego faktu, ze wywalenie z rynku pracy co najmniej 25% ludzi ("pisiorow") bedzie mialo bardzo pozytywny skutek dla pozostalych 75%. To znaczy krotkotrwaly, ale pozytywny (to bowiem ich horyzont pojmowania: szukanie doraznej korzysci).
    Musze tu uczciwie dodac ze uczestniczylem niedawno w pewnej nieformalnej naradzie, w ktorej jeden z moich kolegow, niezwykle kochajacy PO, powiedzial o swoim pracowniku ze to aktywny PiSowiec... I tu oczekiwalem ze doda "musze go zwolnic". A on powiedzial "no, poglady polityczne to jego prywatna sprawa". Nie wiem, moze ten chlopak jest wyjatkiem (zapewne). Ale tez ciekaw jestem jak sie zachowa kiedy bedzie MUSIAL kogos zwolnic (to w naszym biznesie niestety norma - ciagle oszczednosci). Czy wtedy nie przypomni sobie o "pisiorze".
    A Twoje przypadki sa iscie porazajace. To znaczy gdybym ich nie znal z Twoich relacji (szerszych niz ten wpis) i nie mial calkowitej pewnosci ze to nieprawda - to bym nie uwierzyl. A skoro wiem i wierze - to jestem zalamany. To co nazywamy Systemem skutecznie sprywatyzowalo nienawisc do "pisiorow". Ona wyszla spod kontroli, przeniosla sie na jednostki. W tym sensie PO i ta cala reszta jest juz tylko zakladnikiem swojego elektoratu. To sie fatalnie musi skonczyc.
    Serdecznosci!

    OdpowiedzUsuń
  2. @toyah
    wybacz dzisiaj będzie nieco nieparlamentarnie choć nie powinienem ponieważ byłem na odpuście w Sianowie u Królowej Kaszub.

    Kurewstwo tych ludzi, którzy aby wylizać dupę ludziom pokroju Tuska i jego dzielnym giermkom są gotowi do tego typy działań, przekracza wszelkie - dotychczas wydawałoby się nieprzekraczalne - granice.
    Najgorsze jest to że oni - ci liżydupcy - uważają siebie za wspaniałych ludzi, uczciwych i - wielu z nich - bogobojnych.
    Wielu z nich co niedziela podąża do kościoła, nawet spowiada się co najmniej dwa razy w roku i zapewne często przystępuje do komunii.
    I nawet nie zauważa, że grzeszą - zresztą nawet jeżeli zauważają to grzechy te należą do sfery grzechów "więcej nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję...".
    Dla nich "kaczyści" czy "pisowcy" są zwykłymi poganami - niewiernymi, krzywdzenie ich to nie grzech...

    Co nam zostaje? Wzajemnie się wspomagać a z niesprawiedliwością walczyć, głośno.
    I liczyć, że z Bożą pomocą przegnamy tusków, komorowskich, schetynów czy drzewieckich a liżydupcom damy szansę poprawy jeżeli będą potrafili żałować, przeproszą za grzechy i obiecają poprawę.

    OdpowiedzUsuń
  3. A wiesz, Toyahu, że podobnie pisał Sołżenicyn w "Archipelagu Gułag", opisując system motywacji do pracy np. przy budowie Kanału Białomorskiego: brygadzistami byli mianowani kryminaliści-knajacy, wprowadzono system akordowy (kto nie pracuje ten nie je) i ludzie sowieccy sami się napędzali.
    Ja nie wiem, czy to bardzo odległe skojarzenie.

    A teraz idę spać bo jutro raniutko na Mazury, jak wy cudne, gdzie jest taki drugi kraj...

    Ukłony!

    OdpowiedzUsuń
  4. @LEMMING
    Pewności, że to prawda. Reszta jak najbardziej do przyjęcia. Dziękuję i pozdrawiam.
    Obawiam się, że niestety ten Twój znajomy jednak tego parcia nie wytrzyma.

    OdpowiedzUsuń
  5. @raven59
    Oni nie liżą niczyich dup. Nie oszukuj się. Oni się tylko modlą.

    OdpowiedzUsuń
  6. @KOzik
    Nie wiem, czy to przeczytasz, bo już późno, a ja wciąż na nogach, bo kończyłem tekst na jutro.
    Miłego wypoczynku!

    OdpowiedzUsuń
  7. @Toyah
    Wcina mi komentarze ("niestety nie możemy zrealizować twojego żądania"), jeśli się loguję po ich napisaniu. Tak jest od paru dni. Nie ma na to rady?

    OdpowiedzUsuń
  8. @Toyah

    To straszne co napisałeś. szczególnie o sobie.

    Lecz chyba dlatego, ja wiedziony szczególnym instynktem, lub Bożą Opatrznością zdecydowałem prawie 30 lat temu pracować za granicą. WIEDZIAŁEM, że do tego dojdzie. Inaczej pewnie, podobnie jak Ty, albo nawet Andrzej Gwiazda z którym pracowalem na Politechnice, miałbym kłopoty z utrzymaniem rodziny. Właśnie z powodu przekonań. No i oczywiście krnąbrnego charakteru.

    Napisałem już tutaj jakieś pól roku temu o tym, że mój norweski pracodawca zdecydował przebudować jeden ze statków w Gdańskiej Stoczni Remontowej.
    Jak to jest w takiej pracy, każdy dzień zaczynał się od narady - z jednej strony my klienci, usługobiorcy, a z drugiej stoczniowy menadżment średniego szczebla. Z naszej strony tylko ja mówilem po polsku i często pozwalałem sobie na dowcipasy, jak to fajnie jest pod rządami Tuska i jego ferajny. Natychmiast zauważyłem popłoch i rozbiegane oczka po polskiej stronie.
    No i oczywiście niewiele czasu upłynęło, gdy jeden z tych polskich szefów, Krzysiu, podszedł do mnie i gdzieś w kącie szeptem zaczął mi wykładać jak to on niezmiernie się cieszy, że ja jestem po stronie prawdy i światła. A ja go pytam - Krzysiu, dlaczego ty mówisz do mnie szeptem?
    I on mi wytłumaczył, że mieli naradę i powiedziano wszystkim (oczywiście to nie dotyczy robotników, kto by się nimi przejmował?), że w pracy nie ma polityki, a jak nie, to będą za to kary. A rezultat - wszelkie świństwa na temat PISu, Kaczyńskiego, Smoleńska są dozwolone, ale beknij tylko słowo przeciwko Systemowi i masz przesrane. Najmniej po premii, lecz także łatwo wylecieć z pracy.
    Dla mnie to był szok. Ostatnio w dużych polskich zakładach pracy przebywałem w Sierpniu 1980 w Stoczni Lenina. I pamiętam tamtą atmosferę i teraz ma tą tutaj w 2010 roku.
    Rany, kurwa mać, gdzie ja żyję? Co się stało? Dlaczego kuzynka mojego zięcia, pani profesor Uniwersytetu, robi się czerwona jak indor i wybucha, jak słyszy nazwisko Kaczyński? I to na niewinnym, rodzinnym pikniku.

    To już jest całkowita masakra.


    Musimy sobie pomagać i ja o Tobie nie zapomniałem Toyahu.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Marylka
    Mnie się to czasem dzieje, kiedy piszę z komórki. Ale wziąłem się na sposób i zanim go wyślę, to go sobie kopiuję i później próbuję jeszcze raz.
    W końcu musi coś pójść. Tobie ostatecznie ten akurat poszedł.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Toyah
    Ten mi poszedł, bo się uprzednio zalogowałam. Nie jest to żaden problem, tylko tyle, że przedtem tak nie było.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Toyah
    Ci ludzie są naprawdę gotowi na funkcjonowanie w każdym systemie - świetnie by sobie radzili czy to w stalinizmie czy w hitleryzmie. Tylko PiS ich przeraża. Dlatego choćby chcę, żeby Kaczyński wygrał.

    OdpowiedzUsuń
  12. @toyah

    Na mojego nosa, jest pewna istotna różnica między przypadkiem Twoim a Moniki Kurskiej.

    Z opisu wynika, że Ty zostałeś wyeliminowany niczym "element klasowo niepewny". Możliwe zresztą, że zderzyłeś się z typowo ruską nienawiścią, wielokrotnie opisywaną i uprawianą nawet przez takie tuzy, jak Dostojewski, czy Sołżenicyn:

    "Ja tu się szmacę w pocie czoła i z goryczą w ustach, a ten, byle-kto, śmie mi manifestować swoją przewagę moralną. Zarezać gada!"

    Jest całkiem prawdopodobne, że właśnie takie reakcje spontanicznie zachodzą po światłej i postępowej stronie.

    Monika Kurska oczywiście także mogła być usunięta podobnie po cichu, bez wyraźnych manifestacji. Tego należałoby oczekiwać, zaś w razie pretensji należałoby oczekiwać, gowinowego wzniesienia ocząt ku niebu i rozłożenia niewinnych rączek.

    Coraz częstsze jest bowiem publiczne odgrywanie roli tego tłumaczącego się ruskiego pedała złapanego na gorącym uczynku: "Ja nie winowat, u mienia ruki swabodnyje".


    Tymczasem Monika Kurska najwyraźniej stała się obiektem pewnej gry specjalnej, całkiem jak osoba wytypowana do wykorzystania.

    To, co jej zaproponowano, niewiele różni się bowiem od słynnych "lojalek". Gdyby się wyraźnie nie odcięła, powstałby kapitalny materiał proPOgandowy przeciwko Jackowi Kurskiemu i PiS.

    Jeżeli więc państwo Kurscy ocenili sytuację podobnie, to w zupełnie innym świetle należy ocenić decyzję przeniesienia się rodziny do Brukseli. Tam mimo wszystko, na razie (!) bezpieczniej!

    Ja zaś byłbym szczególnie ciekawy oceny tego zdarzenia w oczach Jarosława Kurskiego - starszego brata Jacka i szwagra Moniki Kurskiej.

    W końcu wypada się spodziewać powstania jakiegoś poglądu w takiej sprawie zwłaszcza u pana Jarosława Kurskiego, jako u polskiego dziennikarza i publicysty, pierwszego zastępcy redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" (za wikipedią).

    Czekam i czekam ...

    OdpowiedzUsuń
  13. @jazgdyni
    Możnaby wiele na ten temat, ale nie bardzo mi wypada. Zwłaszcza że, jak od pewnego czasu wiem, ten blog czytają również oni.

    OdpowiedzUsuń
  14. @Marylka
    Powodów, by życzyć zwycięstwa Kaczyńskiemu jest wystarczająco dużo. A ten, o którym piszesz, ani lepszy, ani gorszy od innych.

    OdpowiedzUsuń
  15. @orjan
    Ależ oczywiście, że oba te zdarzenia się bardzo różnią. Ja nawet o tym napisałem. Ją zwolniono - czy raczej kazano odejść - oficjalnie. W moim wypadku zadziałał rynek. W końcu nikt nie może zmusić klienta do korzystania z oferty, która mu się nie podoba, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  16. @toyah

    Jaki rynek??? Czyś Ty z byka spadł???

    Jeśli to jest działanie rynku, to może, jako rynkowe, zrehabilitować przedwojenne hasło: "nie kupuj u Żyda!"

    Czy tamto też był rynek?

    Zaiste, historia kałem się tuczy.

    OdpowiedzUsuń
  17. Wyobraź sobie tylko, jak rozkwitnie czarny rynek usług wypruwania tych czipów. Ze szklaneczką brandy przed, dla kurażu, wliczoną w cenę usługi.

    :-))

    OdpowiedzUsuń
  18. To co ukazuje Toyah, a potwierdzają komentatorzy jest faktem brzemiennym w skutkach, dla myślących i postępujących inaczej, niż jest obecnie nie tylko urzeczywistniane, realizowane, lecz również zalecane i egzekwowane, przez mocodawców, promotorów ekipy PO&PSL&SLD i ich protegowanych w tzw. terenie.
    Wytyczne i przykłady zwykle idą z góry, np: od Prezydenta, czy Premiera RP i innych najważniejszych osób w państwie, które zdecydowanie opowiadają się nie za realizacją dotychczas powszechnie uznawanych wartości, lecz za istniejącym kompromisem i tolerancją różnych form zła.
    Polecam zainteresowanym owym "przykładem z góry" ostatni wywiad Prezydenta RP B.Komorowskiego - Gość Niedzielny z dn.3.07. br.

    OdpowiedzUsuń
  19. @orjan
    Oczywiście, że tamto też był rynek. Trudno ludzi zmuszać, żeby kupowali u Żyda. A już z pewnością nie mogę sobie wyobrazić, żebym ja - Żyd - miał ich do tego zmusić.
    Znamy się na ironii, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  20. @latinitas
    To ja już sobie też wyobrażam, tę debatę w Sejmie, czy zalegalizować czarny rynek usuwania chipów. Zwłaszcza jak się okaże, że politycy mają w nim udział.

    OdpowiedzUsuń
  21. Strach pomyśleć, a co dopiero napisać, ale to wszystko o czym piszesz to w perspektywie prosta droga do wojny domowej.
    Napiszę rzecz straszną, ale uratować od niej może tylko totalny krach ekonomiczny, który będzie całkowitą kompromitacją tego rządu.

    OdpowiedzUsuń
  22. @toyah

    Zaraz, zaraz! Czy Ty przypadkiem do pojęcia "rynek" nie włączasz czegoś rynkowi przeciwnego?

    Można przyjąć, że do zakresu rynkowego popytu na towar lub usługę należą także niemerytoryczne potrzeby klientów, byle powstawały w sposób naturalny, zwłaszcza bez zamiaru szkodzenia określonemu przedsiębiorcy.

    W przeciwnym przypadku, zwłaszcza w przypadku rzeczowo nieuzasadnionego zróżnicowania traktowania oferty przedsiębiorcy, mamy do czynienia z nieuczciwą konkurencją!

    Nie jest istotne, czy ktoś konkretny przejął Twoich uczniów, wystarczy, że Ty ich utraciłeś z przyczyn rzeczowo nieuzasadnionych, pod wpływem wzbudzanych z zewnątrz podmiotowych uprzedzeń do Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  23. @orjan
    Och już przestań! Ja ironizowałem.

    OdpowiedzUsuń
  24. Toyahu, Dzięki, pozdrawiam już z Mazur via telefon komórkowy.↲@jazgdyni: czy Ty nie masz czasem do czynienia z firma National Oil?

    OdpowiedzUsuń
  25. @toyah @orjan

    Toyah ironizowal, to jasne. Orjan zas zareagowal alergicznie, jako i ja w takich chwilach reaguje, gdyz zdaje sie obaj jestesmy sympatykami wolnego rynku. Z pewnoscia nie bezkrytycznymi, ale rozumiejacymi ze jest to narzedzie, ktore odpowiednio uzywane jest niezbedne dla istnienia kazdego panstwa. Zarazem tez, zapewne obaj, dostrzegamy ze z jednej strony z wolnym rynkiem gospodarka wspolczesna zaczyna miec coraz mniej wspolnego, a z drugiej potoczne rozumienie tego pojecia przybliza sie do: "prawo cwanszego do dowolnego oszukania glupszego dla korzysci, bo tak mu wolno".
    Tymczasem kapitalizm nie moze istniec bez moralnosci, i zostal wymyslony przez ludzi dla ktorych moralnosc oznaczala bardzo wiele. Kapitalizm nie moze rowniez istniec bez przejrzystych regul i prawdziwej rownosci jednostek, a jednego i drugiego ogromnie brakuje, zwlaszcza w Polsce. I dlatego ten dzisiejszy spot PiS mi sie tak bardzo podoba.
    Serdecznosci!

    OdpowiedzUsuń
  26. @Kozik

    Nie z nimi, jak i nie z Statoil.
    Z KOAS, największym operatorem na Morzu Północnym.

    OdpowiedzUsuń
  27. Drogi Toyahu to o czym piszesz to lenistwo umysłowe pomieszane z chęcią zaistnienia w przestrzeni medialnej za wszelką cenę i jak najtańszym kosztem. Do zjawiska tego niechybnie przykładają swój palec wiadome siły w celu dyskredytowania środowisk prowicowych. W Internecie można też zauważyć wiele głupich, pozbawionych jakiegokolwiek sensu pisanych jedynie po to by zaśmiecać te fora dyskusji rzeczami drugo, trzecio-rzędnymi lub wcale nie istotnymi. Takie inicjatywy jak „Las smoleński”, „czytamy obciachowe gazety” czy „baloniki pamięci” to inicjatywy moim zdaniem kompletnie chybione nie potrzebnie angażujące społeczność internetową w uboczne działania zamiast angażowania się w już istniejące i poważne przedsięwzięcia takie jak chociażby Solidarni 2010 lub Ruch im Lecha Kaczyńskiego.
    PS. Dzięki za ten tekst. Jest ważny i potrzebny.

    OdpowiedzUsuń