środa, 13 lipca 2011

Koka i melonik

Jeśli ktoś bywa na blogu Coryllusa, to pewnie zdążył zauważyć podawaną przez niego już parokrotnie informację o tym, że być może jeszcze w tym miesiącu, wybór wcześniejszych tekstów z naszego bloga ukaże się w wydaniu papierowym. Ja do tego mogę dodać dwie jeszcze informacje. Otóż książka zawierać będzie ponad 90 tekstów z okresu sprzed Katastrofy, a więc, siłą rzeczy, będzie dość gruba, i sprzedawana będzie przez Coryllusa, który zgodził się być jej wydawcą, tylko przez Internet.
Ponieważ zależy nam wszystkim, żeby to, co w końcu znajdzie się w naszych rękach, wyglądało ładnie, dobrze leżało w dłoni, i – co może najważniejsze – żeby się dobrze czytało, ostatnie dni spędzam właściwie wyłącznie na przygotowywaniu tych tekstów pod kątem literackim. Wiąże się to oczywiście z nieustannym ich czytaniem wciąż od nowa, i poprawianiem wszystkich możliwych niezgrabności i zwykłych błędów. Tragedia! Jeszcze nigdy w życiu, nawet jeśli uwzględnić mój naturalny narcyzm, nie gapiłem się tak długo w lustro. Natomiast dobrym tego efektem jest to, że po raz pierwszy po tych paru latach, mogę wrócić do wydarzeń, o których już zapomniałem, a które – co dziś widać może bardziej wyraźnie, niż kiedykolwiek – warte są tego, by ich nigdy nie zapomnieć.
Chciałem więc przypomnieć, trochę na zachętę, a trochę po to, byśmy po raz kolejny wbili sobie do głowy prawdę o tym, z kim mamy tak naprawdę do czynienia, pewną scenę sprzed lat. To nie jest tamten tekst. Tamten tekst nawet nie był o Sikorskim, ale o Leszku Kołakowskim i o kłamstwie. To jest tylko tamta historia i zupełnie nowe refleksje. Proszę posłuchać.
Otóż jeszcze w grudniu 2008 roku, premier Tusk i prezydent Kaczyński mieli w Brukseli wspólną konferencję prasową. Nie pamiętam już w tej chwili, z jakiej okazji ta konferencja była zorganizowana, jakie ją poprzedzały wydarzenia i jakie wydarzenia po niej nastąpiły, ale to akurat nie ma dla nas większego znaczenia. To co się liczy, to z całą pewnością fakt, że oficjalnie autoryzowana atmosfera zbudowana wokół prezydentury Lecha Kaczyńskiego i samej jego osoby, stawała się pomału wystarczająco gęsta, by stopniowo otwierać już tę drogę, która ostatecznie miała doprowadzić do tego, co się ostatecznie nam zdarzyło prawie półtora roku później w Smoleńsku.
A zatem było tak, że kiedy Prezydent odpowiadał na jedno z pytań, siedzący obok niego Donald Tusk w najlepsze sobie gawędził z siedzącym z kolei obok niego ministrem Sikorskim. Było tak, że nasi politycy siedzieli przy stole, na publiczności siedzieli polscy i zagraniczni dziennikarze, telewizja transmitowała tę konferencję na całą Polskę, ludzie patrzyli, Prezydent odpowiadał na pytanie, a Sikorski tymczasem rozśmieszał z boku Tuska, ten wybuchał chichotem, i w odpowiedzi rozbawiał Sikorskiego. W pewnym momencie, Prezydent nie wytrzymał i PUBLICZNIE upomniał Premiera, żeby nie gadał.
Tu mała dygresja. Jestem nauczycielem i zachowanie, jakiego nam nie oszczędzili Sikorski z Tuskiem, miałem okazję obserwować wielokrotnie. Kiedy gadają małe dzieci, jakoś można to znieść. Kiedy już jednak gadają licealiści, nawet jeśli starają się robić to cicho, ich niskie głosy tak wibrują, że jest to po prostu nie do wytrzymania. Te głosy buczą, dudnią, chrypią i są zwyczajnie irytujące. Przeszkadzają. Kiedy gadał Tusk z Sikorskim, nie wiadomo było, co oni do siebie mówią, bo mówili cicho. Ale cały czas widać było ich rozbawione twarze i słychać było to niskie mruczenie, które wibrowało w ten sposób, że Prezydent w końcu przerwał i powiedział panom, żeby nie gadali. Nie umiem sobie przypomnieć, jak brzmiały jego słowa, ale on im po prostu powiedział, żeby nie gadali.
Tusk się zamknął, Sikorski zresztą podobnie, i tylko warto było widzieć minę Tuska, jego twarz, jego oczy, jak nagle – pozostawiony bez opieki swych medialnych i wizerunkowych doradców – kompletnie zbaraniał, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. I oto nagle, po krótkiej chwili, kiedy Lech Kaczyński udzielał odpowiedzi na jedno z pytań, Radosław Sikorski, ponownie nachylił się do Premiera i zaczął znów mu coś gadać do ucha. Tusk się roześmiał...
A ja się zacząłem zastanawiać nad następującą kwestią. Sikorski na sto procent musiał zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli on jeszcze raz zrobi taki numer, Prezydent może się autentycznie zdenerwować. Nie mogę uwierzyć, żeby on – a nawet i premier Tusk – po prostu nie mogli się opanować i gadać musieli. Oni oczywiście potrafią wiele, ale nie przesadzajmy – ten chłopak z książki Hanny Ożogowskiej, który cierpiał na „goniosłowomatyzm”, to żart i fikcja. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że to ani nie był żart, ani fikcja, tylko fragment autentycznych doświadczeń Ożogowskiej z dziećmi, które przewinęły się przez jej życie, u osób dorosłych tego typu zachowania mają miejsce wyłącznie w sytuacjach, kiedy ktoś jest bardzo pijany, albo – jak to się mówi w pewnych środowiskach – „urajany”. Tę możliwość, przy całej swojej elastyczności, jak idzie osobę Sikorskiego, z góry odrzucam. Nie tym razem i nie w tym miejscu.
Jestem więc prawie pewien, że, jeśli po tym już pierwszym upomnieniu, Sikorski zdecydował ponownie się popisać, musiał to zrobić celowo. On musiał bezwzględnie wiedzieć, że to co on robi, może Lecha Kaczyńskiego wyprowadzić z równowagi. Nie wiem naturalnie, na co liczył dokładnie. Czy na to, że Prezydent po raz kolejny powie, żeby ci dwaj przestali gadać, a oni się zamkną i za chwilę spróbują raz jeszcze, czy może podniesie na nich głos i powie coś w rodzaju, ze on sobie nie życzy, czy może – i to by było oczywiście najlepsze – wstanie i zacznie wrzeszczeć. Wiem natomiast, że on musiał mieć na oku coś bardzo szczególnego.
Ale mogło też być inaczej. Może być tak, że Sikorski zawsze świetnie wiedział, że Lech Kaczyński jest człowiekiem kulturalnym, eleganckim i poukładanym, i nie ma takiej możliwości, żeby stracił w jakiejkolwiek sytuacji nerwy tak, by go to mogło skompromitować. Mógł więc – jeśli jest tak jak przypuszczam – spodziewać się, że Prezydent – przez swoją delikatność – po raz drugi nic im już nie powie, tylko będzie w sobie to oburzenie przetrawiał, ukrywał je, robił dobrą minę do tej czarnej gry, i na przykład z tego wzruszenia dostanie zawału serca. I weźmie, i tak bardzo spektakularnie wykituje. I dlatego się na tę grę zdecydował.
Ktoś powie, że przesadzam. Że cokolwiek sobie myślimy o Radosławie Sikorskim, to nie jest tak, że on jest człowiekiem aż tak zepsutym. No, może i tak jest. Może i to racja. To znaczy, nie chcę tu powiedzieć, że biorę pod uwagę taką możliwość, że on jednak nie jest zepsuty, bo – moim zdaniem – jest zepsuty, jak ruska maszynka do golenia. Ja biorę natomiast pod uwagę, że on faktycznie mógł się nawciągać i go poniosło. I jeśli przyjmiemy tę opcję, to już mu właściwie mogę dać spokój. Jeśli okaże się, że tak to właśnie było, że tych dwóch tam jednak się upaliło, z tym że najwidoczniej Sikorski bardziej, to ja im nawet jestem w stanie za ten wybryk podziękować. Bo on by właściwie mógł nam pomoc znaleźć odpowiedź na wszystkie nurtujące nas pytania, które dziś – niemal trzy lata później – dręczą nas, jak nigdy wcześniej. A w końcu., o cóż innego chodzi, jak o to, by umieć zrozumieć coś, czego zrozumieć się pozornie nie da?
A zatem może być tak, że oni są ludźmi uzależnionymi od kokainy, czy innego świństwa, i to uzależnieni bardzo mocno. Wszyscy. I Sikorski, i Tusk i Kopacz i Graś i Nowak i cała ta banda. To by była jakaś odpowiedź. Ale, jak mówię – prawdziwej pewności wciąż nie mam.
Niedawno, w programie Moniki Olejnik Radek Sikorski skarżył się, że internauci brzydko o nim piszą, co niszczy jego reputację i go doprowadza do szewskiej pasji. Mam więc do niego jedno pytanie – proszę mi powiedzieć, co Pan wybiera? Crack, czy zwykłą podłość? Bo jestem przekonany, że nawet Pan, jeśli przypomni sobie tamto zachowanie, będzie musiał przyznać, że nie dał Pan nam – zwykłym, skromnym obywatelom, wylewającym swoje żale w Internecie – zbyt dużego wyboru.

Jak mówię, niedługo będzie ta książka i jest szansa, że po niej następna i może jeszcze następna, i ja będę mógł ponownie wrócić do pisania tych tekstów – tak jak kiedyś – całkowicie bezinteresownie, a Waszą solidarność już tylko przechowywać w mojej dobrej pamięci. Póki co, jednak, jak wiecie, jest ciężko jak cholera. Więc jeszcze przez jakiś czas proszę o łaskawe wsparcie. Dziękuję.

32 komentarze:

  1. @toyah
    poraziłeś mnie wczorajszym wpisem no a dzisiaj jeszcze dokładasz.
    Cały czas zastanawiam się o to się dzieje,że nie którzy ludzie w pewnym momencie swojego życia przestają być ludźmi?

    Może niektórzy w rzeczywistości nigdy ludźmi nie byli...

    Bo to chyba jednak nie jest to proste zatrucie - czymkolwiek.

    OdpowiedzUsuń
  2. @raven59
    Cieszę się bardzo, że udało mi się Cię rozbić tym wczorajszym wpisem. Bo trochę się o niego bałem. No wiesz, że nim udowodniłem wszystkim, że zwariowałem. się Cię rozbić tym wczorajszym wpisem. Bo trochę się o niego bałem. No wiesz, że nim udowodniłem wszystkim, że zwariowałem.

    OdpowiedzUsuń
  3. @latinitas
    Dziękuję. Teraz też mi będziesz musiała załatwić jakieś spotkanie autorskie. Bo sobie pomyślę, że jego lubisz bardziej.

    OdpowiedzUsuń
  4. To nie ja załatwiam, ja mam tylko dobre kontakty :-)

    A lubię po równo!

    OdpowiedzUsuń
  5. @toyah
    jeżeli Ty zwariowałeś, to znaczy że nie Ty jeden, przynajmniej większość z czytających tego bloga. Albo i jeszcze więcej.
    Sądzę jednak, że zwariowali jednak inni, tylko że oni tego nie wiedzą - zazwyczaj tak jest, ci którzy zwariowali tego po prostu nie wiedzą.

    OdpowiedzUsuń
  6. @latinitas
    Jak zwał, tak zwał. Chodzi o to, że ja bym nie zniósł sytuacji, gdy Ty wybierasz jego.

    OdpowiedzUsuń
  7. No co Ty! Ja wybieram wszystko (że się posłużę cytatem). A zresztą przecież i tak mówią na mieście, że Ty i Coryllus to jedna osoba.

    :-)))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
  8. @latinitas
    Też o tym słyszałem. Kto wie, jak jest? Może i tak.

    OdpowiedzUsuń
  9. @latinitas
    @toyah

    Miasto tęskni za bliźniakami?

    Golce nie starczają?

    OdpowiedzUsuń
  10. @Toyah

    Upały najwidoczniej dobrze Ci służą.

    A ja już zacieram ręce, gdy będę mógł się zanurzyć w słowach Pana Krzysztofa, nie na podłym ekranie laptopa, a napisanych na prawdziwym papierze.
    Potem będę Cię przekonywał, tak jak Coryllusa, byś się sprężył i napisał powieść.
    I kultura polska zyska dwóch świetnych pisarzy, którzy do tej pory błąkali się po blogach i domenach.
    Chyba to będzie pierwsza w Polsce taka ścieżka kariery - zaczynał na blogu, a potem wszedł do literatury.
    Zazwyczaj dzieje się odwrotnie.
    -------------------
    Co do zachowania się tej pary w towarzystwie Prezydenta, a w szczególności Sikorskiego, to jak najbardziej pasuje mi do jego obrazu, jaki sobie stworzyłem.
    On Toyahu ma przeogromną manię wielkości. On nie czuje, że w swym zachowaniu jest podły i wredny. On jest ponad to. Niedoszły Cesarz (tfu, Prezydent) uważa, że wszyscy w koło nie dorastają mu do pięt, więc ważne jest właśnie to, co on robi, a nie ktoś na sąsiednim krześle, Prezydent chociażby.
    Nie ma na scenie politycznej osoby bardziej zadufanej w sobie.
    Mussolini to mały Kajtek przy nim.
    Ileż godzin on musi spędzać przed lustrem i cyzelować to charakterystyczne układanie buzi w ciup, to zadzieranie głowy i karcenie motłochu srogim marszczeniem czoła.
    On już taki jest - jeszcze nie odkryty Wielki Wódz i Mąż Stanu.

    OdpowiedzUsuń
  11. @jazgdyni
    Pewnie że starczają. Tylko wiesz jak to jest - człowiek wciąż chce więcej.

    OdpowiedzUsuń
  12. @jazgdyni
    Czemu to tak trudno zrozumieć, że felieton i powieść, to dwa kompletnie inne gatunki? Propozycja, żebym się wziął za powieść, jest tak samo sensowna, jak ta, bym został "stand-up comedian". Każdy potrafi robić swoje, a jeśli komuś się wydaje, że jest inaczej, to później wychodzą z tego różne nieszczęścia.

    OdpowiedzUsuń
  13. @Toyah

    Ależ ja to dobrze wiem. Jak wiem także, że nigdy nie napisałbym sam książki. Potrzeba dużo samodyscypliny, oraz jest to duży projekt rozciągnięty w czasie.
    Ja to rozumiem.
    Lecz z drugiej strony tak mi się podoba twój sposób pisania, czyli także konstruowania myśli, że bardzo chętnie zobaczyłbym to w beletrystycznej prozie.
    Podejmowałeś takie próby nawet tu, jak z tą dziewczyną na dworcu.

    OdpowiedzUsuń
  14. @jazgdyni
    Uważam, ze to nie jest kwestia ani sprawności językowej, ani samodyscypliny. Powieść to sztuka.
    Tak jak muzyka. To że niejaki Kozakiewicz jest technicznie lepszy od Hendriksa nie ma najmniejszego znaczenia.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Toyah

    Do sztuki potrzebny jest talent.
    Może nieskromnie przyznasz, że z tym nie masz kłopotu.
    Następnie potrzebny jest warsztat. Również tutaj nie widzę problemów.
    Więc co? Tylko jedno - chęci.
    Pewien jestem, że trochę przeraża Ciebie sam proces - wymyślenie fabuły, nakreślenie postaci, klimat, konwencja, retrospekcje i cały ten bałagan.
    No i strach, że może się nie uda.

    Tak, powieść to Duża Sztuka.

    OdpowiedzUsuń
  16. @jazgdyni
    Do pisania powieści, nie mam ani talentu, ani warsztatu.

    OdpowiedzUsuń
  17. @Toyah

    Weź się nie wygłupiaj.

    OdpowiedzUsuń
  18. @jazgdyni

    Toyah ma rację. Dobry felietonista nigdy nie będzie dobrym powieściopisarzem, bo felietonista opisuje rzeczywistość, natomiast pisarz tworzy fikcję. Sama umiejętność pisania i wnikliwego oglądu świata to za mało, żeby tworzyć literaturę.
    Najlepszym przykładem niemożności połączenia tych dwóch typów działalności pisarskiej jest Łysiak, który był (piszę w czasie przeszłym, bo to dzisiaj nieaktualne) świetnym felietonistą i zawsze ciekawe były jego teksty oparte na faktach, natomiast powieści są ciężkostrawne. Fabuła się ciągnie i rwie, bo w każdej powieści wyłazi z Łysiaka żywioł felietonisty, który strasznie lubi wplatać w dialogi postaci długie tyrady, w których bohater wygłasza Łysiakowe poglądy na temat polityki, sztuki czy historii.
    Łysiak to przykład pierwszy z brzegu, mogłabym tu wskazać jeszcze kilka innych postaci.

    Dlatego proszę, nie namawiaj wybitnego felietonisty do tak karkołomnego kroku.
    Na szczęście Toyah sam ma świadomość własnego talentu, ale też i ograniczeń.

    OdpowiedzUsuń
  19. @Marion
    Otóż to! Choć przyznać muszę, że jeszcze na studiach, napisałem tak zwane "short story", i człowiek, który to miał ocenić, powiedział, że ja to przepisałem z jakiegoś klasyka. Tyle że ponieważ on nie wie, z kogo, to nie ma wyjścia i musi mi dać piątkę.
    No, ale to był sytuacja wyjątkowa. Taki mój eksces.

    OdpowiedzUsuń
  20. @toyah

    Short story to nie powieść, chociaż w krótkich formach jak najbardziej może się ujawnić talent.
    Ludziom się głupio wydaje, że jak ktoś potrafi sprawnie coś napisać, to już jest materiał na pisarza.
    A przecież literatura polega na wyobraźni, a nie na komentowaniu rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
  21. @Marion & Toyah

    Oczywiście, że literatura opiera się na wyobraźni.
    Ale bez dobrego zmysłu obserwacyjnego jest guzik warta.

    Mark Twain, wówczas jeszcze Samuel Clemens zanim został pisarzem i to wg. mnie wybitnym, pisał świetne felietony (poza tym, że parał się tysiącem innych zajęć, co dało mu odpowiedni materiał).
    To tak w kontrze do Łysiaka.

    OdpowiedzUsuń
  22. Od dawna twierdzę,że RS był w Afganistanie po to, aby pilnować konopii.!!!

    OdpowiedzUsuń
  23. @toyah

    Swoją drogą to ciekawe, kupują towar, czy korzystają z tego co przechwytuje Policja i celnicy?

    OdpowiedzUsuń
  24. @toyah
    Cholera! A może rzeczywiście oni się szprycują?
    Kto by wytrzymał takie napięcie bez wspomagania?

    PS. Czekam na Twoją książkę.

    OdpowiedzUsuń
  25. @AndrzejR
    Nie mam wątpliwości, że nie płacą.

    OdpowiedzUsuń
  26. @raven59
    Ja też. Nie wiesz nawet, jak bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  27. @Toyah
    Obstawiam za wciąganiem i szprycowaniem. Bo nie da się inaczej wytłumaczyć tego tak lekkiego i szybkiego wyzbywania się kulturowych hamulców. No i to po prostu widać. Są charakterystyczne objawy, szczególnie widoczne u Sikorskiego i Niesiołowskiego. Stan nieustannego podniecenia, niepanowanie nad mimiką, dziwaczne grymasy, opuchnięte oczy. Mania wielkości. Oni się jeszcze trzymają tylko dzięki polityce, a zwłaszcza władzy. Jak Breżniew. Jeśli to stracą, koniec będzie jak u Zembatego.
    Swoją drogą, to stacznie się Zembatego chyba zaczęło się gdy jako pierwszy internowany podpisał lojalkę ze strachu o młodą żonę i dziecko. Coś, czego dziś nikt by mu nie wypomniał, kiedy tylu wielkich wybrańców losu okazało się obrzydliwymi, wieloletnimi agentami i szmatami. Jak on się wtedy kajał! I chyba autentycznie to przeżywał. Potem chyba żył na zasadzie: zeświniłem się, to już teraz wszystko jedno. Jeśli bylo tak, jak sobie to wyobrażam, to on jest przy nich postacią prawdziwie tragiczną.

    OdpowiedzUsuń
  28. @Toyah
    Jak dobrze, że się zdecydowałeś.

    OdpowiedzUsuń
  29. @Marylka
    Jeśli tak jest, to ja sobie myślę, że tam już nie tylko jest ten proszek, ale wszystko inne. Włącznie z dziewczynkami - dużymi i małymi. I mnie już tylko zastanawia, jak to się dzieje, że System tę wiedzę tak skutecznie chroni.

    OdpowiedzUsuń
  30. @Marylka
    Ja się zdecydowałem już dawno. Dopiero teraz znalazłem dystrybucję. Z tym jest zawsze najtrudniej.

    OdpowiedzUsuń
  31. @Toyah
    Może raczej zastanawiające jest, kiedy przestają chronić. Według mnie system jest bardzo szczelny i ogóle nie wierzę w śledztwa dziennikarskie. Sprawy zostają ujawnione, gdy dziennikarze dostają cynk.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.