poniedziałek, 20 grudnia 2010

No i znów lezą

Od czasu jak Wojciech Sadurski opublikował swój intelektualny żart w Salonie24, a ten blog na ów żart odpowiednio zareagował, minęło trochę czasu, natomiast u Sadurskiego wciąż pojawiają się nowe komentarze. Z prawdziwą przykrością i rozczarowaniem zauważam, że duża część owych opinii, mimo że kierowanych bardzo dobrą wolą, trafia niezmiennie w płot. Wśród nich, niezmiennie pojawia się kwestia użycia przez Sadurskiego słowa ‘whom’. Część komentatorów zarzuca Sadurskiemu, że on użył jakiegoś ‘whom’, które w języku angielskim nie istnieje, podczas gdy druga część wyjaśnia, że owo ‘whom’ jest jak najbardziej poprawne i przytacza na potwierdzenie tej opinii szereg cytatów. I tak ta wymiana trwa, nie wiadomo jeszcze jak długo. Ponieważ sytuacja dla kogoś takiego jak ja, a więc dla osoby, która może i nie wie nic, ale akurat na języku angielskim się zna, jest niezwykle irytująca, czuję się zmuszony do poświęcenia sprawie – a niestety przy okazji też samemu Sadurskiemu – jeszcze jeden wpis. Tym samym, sprawa, mam nadzieję, zostanie ostatecznie wyjaśniona, a Wojciech Sadurski otrzyma swój drugi wpis, a tym samym zostanie awansowany do poziomu Andrzeja Mleczki.
W swojej przedostatniej notce próbowałem sprawę językowych kompetencji Sadurskiego odpowiednio naświetlić, jednak mam wciąż obawy, że czegoś w tych objaśnieniach brakuje. Wprawdzie napisałem bardzo wyraźnie, że cały problem nie sprowadza się do tego, że Sadurski nie zna języka, albo że go zna po łebkach – bo to nieprawda – ale że on jest człowiekiem na tyle mało inteligentnym, że z tą swoją znajomością języka nie wie co zrobić. A efekt tego jest taki, że w momencie kiedy on pragnie się swoimi talentami popisać, robi z siebie pośmiewisko. Czego więc zabrakło? Otóż mam wrażenie, że tego mianowicie, czego chciałem uniknąć, a więc konkretów. Kiedy pisałem swój tekst, nie miałem zamiaru wytykać Sadurskiemu błędów, które popełnił, ani tym bardziej wyjaśniać, na czym one polegały i udowadniać swoje racje teoretycznie. Bo po co ludziom zawracać głowę? Sądziłem, że wystarczy pokazać problem.
Niestety, jak się okazuje, człowiek potrzebuje dowodów, a więc wiedzy. Zajrzałem wczoraj pod wieczór na blog Sadurskiego, by zobaczyć, czy on po raz trzeci napisze, że nie wie, kto to jest Toyah, i zobaczyłem, że tam dyskusja na temat języka angielskiego trwa w najlepsze. A już najbardziej, jeśli idzie o to nieszczęsne ‘whom’. W tej sytuacji, mam bardzo poważne przekonanie, że tak gdzie zwyczajnie wystarczyłoby splunąć, należy tłumaczyć. A więc proszę bardzo. Wytłumaczę. I proszę tylko, żeby nikt nie traktował tego, jako wyłącznie kolejnej lekcji języka angielskiego, lecz przede wszystkim jako jeszcze jedną refleksje na tematy ogólne. Bo taki, i tylko taki mam plan. Powiedzieć coś o sprawach uniwersalnych.
Zajrzyjmy do podręcznika gramatyki angielskiej autorstwa W. Stannarda Allena. To jest tak zwany ‘Allen’. Kto się uczył angielskiego w miarę poważnie wie, o czym mówię. Otóż Allen, w rozdziale dotyczącym użycia zdań podrzędnych – a dokładnie tak zwanych relative clauses – pisze, że przy budowaniu, znów tak zwanych, ‘defining reative claues’, „do używania whom należy zdecydowanie zniechęcać”. Dalej pojawia się informacja taka mianowicie, że ‘whom’ „nigdy nie mógłby się pojawić w języku angielskim”, o ile nie jest to oficjalny i formalny język pisany. Dalej napisane jest, że ‘whom’ pojawia się wyłącznie w tak zwanych ‘non-defining relative clauses’, z tym jednak zastrzeżeniem, że owe zdania podrzędne nie-definiujące „nie występują w mówionym języku angielskim”. W innym miejscu kwestia ‘whom’ u Allena pojawia się w takim kontekście: „Forma ta praktycznie nie występuje już w mowie angielskiej. Można ją znaleźć wyłącznie w najbardziej oficjalnym języku pisanym”. Szukamy ‘whom’ w indeksie. Jest. Obok tytułu, pojawia się w nawiasach informacja – „zanikające”.
Ktoś mi powie, że Allen nie musi być autorytetem, albo że – co może bardziej sensowne i rozsądne – Sadurski właśnie sparodiował list oficjalny. List służbowy, pisany na poziomie premierów, rządów i takich tam. Pierwszy argument zlekceważymy, jako nieistotny. Co do drugiego, to fakt. To co spłodził Sadurski, to list jak najbardziej służbowy, pisany rzekomo przez premiera rządu, a więc coś, co według Allena zezwala na użycie języka najbardziej oficjalnego, i w zwykłym mówionym angielskim sztucznego. Oczywiście, mógłbym tu powtórzyć to co i sam sugerowałem w swoim wpisie, a na co też dokładniej zwrócił uwagę Orjan. To mianowicie, że pastisz Sadurskiego nie ma najmniejszego sensu, choćby z tego względu, że list Camerona do Kaczyńskiego był listem pisanym nie przez premiera rządu – którym Cameron wówczas nawet nie był – lecz osobistym, w dodatku kondolencyjnym, listem kolegi do kolegi. No ale co to da, skoro mamy do czynienia z cymbałami?
A więc na ten potencjalny argument dotyczący języka oficjalnego chciałem zareagować. Otóż podręcznik Allena to nie jest podręcznik nowy. On był napisany wiele lat temu. Kiedy Allen przekazywał swoje uwagi na temat funkcjonalności formy ‘whom’, język angielski wyglądał zupełnie inaczej, niż dzisiaj. Kiedy Allen pisał o ‘whom’, mógł na temat tej formy jedynie stwierdzić, że ona „zanika”. Dziś forma ‘whom’ w języku angielskim praktycznie nie istnieje. Nie istnieje w mowie i nie istnieje w piśmie. Ktoś powie, że jak to, nie istnieje w piśmie? Jak ktoś będzie chciał, to jej użyje, i kto mu co zrobi? I zgoda. Jeśli ktoś chce dziś używać ‘whom’ to może sobie go używać, tyle, że jeśli usłyszy śmiech, lub – w najlepszym wypadku – ujrzy uniesione brwi, niech się nie dziwi. Podobnie jak niech się nie dziwi ktoś, kto w języku polskim ni stąd ni z owąd uzna za wyszukaną elegancję użycie formy ‘któregoż to’, lub ‘jakowoż’, czy ‘niejakoż’, i zostanie wykpiony. Bo nie uratuje go nawet to, że jakiś stary podręcznik języka polskiego powie mu, że te formy są używane wyłącznie w pisanym języku oficjalnym.
Podpieram się tu tym Allenem, jednak wcale nie dlatego, że inaczej nie potrafię. Podpieram się nim, bo wiem, że tam gdzie można by było zwyczajnie powiedzieć jak jest, należy dostarczać tak zwanych dowodów. A zatem dostarczam. Sprawa jest jednak zdecydowanie bardziej prosta. Tekst, który sprokurował Sadurski nie mógł być napisany przez zwykłego Anglika. I widzi to każdy, kto zna język angielski lepiej niż trochę. Nie mógł być przez niego napisany nawet nie dlatego, że tam są rażące błędy merytoryczne – a są! – lub że on w ogóle nie jest napisany po angielsku, ale dlatego, że żaden normalny Anglik nie miałby najmniejszego powodu, żeby pisać takim językiem. A gdyby z jakiegoś powodu napisał coś w tym stylu, to wyłącznie dla żartu.
Jest jednak jeszcze jeden problem. I to jest problem dla nas dziś kluczowy. Sadurski uznał za stosowne skopiować tak zwany język urzędniczy. I to jest, moim zdaniem, bardzo ciekawe. Otóż Sadurski całym swoim sercem i duszą tkwi w PRL-u. Dla Sadurskiego świat składa się z PRL-u i z tego wszystkiego, co znajduje się w opozycji do niego. Państwo to dla Sadurskiego PRL, natomiast reszta, to on, Michnik, może jakiś Kołakowski. Diabli zresztą ich wiedzą. Sadurski nie zna normalnego świata. Sadurski to człowiek, który spędza swój zawodowy czas gdzieś we Włoszech, czy w Australii, a może akurat i w Warszawie, karmi się tą propagandą, której jest i ofiarą i już teraz też twórcą, a kiedy wróci do domu, to słucha Wojciecha Młynarskiego, jak spiewa o kartoflance, ogląda stare obrazy Jerzego Dudy-Gracza, a najdalej jak sięga w przód, to do Misia Barei. Sadurski tkwi całą swoją duszą, sercem i ciałem w PRL-u. I jedyne co ma nowego, to pieniądze i znajomość języka angielskiego. Nowa Polska dała mu tyle. Nauczyła go angielskiego i dała zarobić.
I nagle przyszedł ten moment, że trzeba się było wykazać, i padło na, z jednej strony, Sadurskiego rozbuchaną ambicję, a z drugiej na zwykły, cywilizowany świat, reprezentowany akurat przez Davida Camerona, premiera Wielkiej Brytanii. I nagle okazało się, że Sadurski nie jest w stanie przyjąć normalnej, obiektywnej perspektywy. On słyszy słowo ‘premier’ i widzi Cyrankiewicza. Widzi Cyrankiewicza i słyszy bełkot. Bo tyle akurat wie. Że premierzy bełkoczą. I w tym momencie przypomina sobie, że niedawno się nauczył mówić i pisać po angielsku, więc mówi i pisze. Mówi i pisze. Po angielsku. Najpierw mówi, później z satysfakcją nalewa sobie do kieliszka włoskiego wina, i to co mówi – zapisuje i wysyła z dumą w świat. No i wychodzi mu to, co mu wychodzi.
Jak więc nam dziś wypada zareagować na casus – bo tak naprawdę nie o niego tu chodzi., lecz o casus właśnie – Sadurskiego? Moim zdaniem jedyna sensowna reakcja jest taka, by go poinformować, że to jest niesamowite, jak on się świetnie nauczył języka angielskiego. Że w jego wieku, ten sukces, to coś, co wręcz graniczy z cudem. Że wielu ludzi o wiele od niego zdolniejszych i inteligentniejszych, nie jest w stanie osiągnąć nawet 10% tego, co mu się udało. Tyle że to akurat jest niczym, jeśli za tym czymś nie pójdzie coś, co niektórzy nazywają życiem, inni człowieczeństwem, a inni zwyczajnie mądrością. Bo jeśli tego zabraknie, to – szczególnie w przypadku kogoś takiego jak Wojciech Sadurski – zostanie tylko ów PRL-owski kompleks, uginający się pod ciężarem jeszcze innych, już całkowicie pojedynczych kompleksów, o których tu nie będziemy wspominać, bo przede wszystkim nie jest na nie pora, a poza tym, po ciężką cholerę? Prawda?
Napisałem wcześniej, że wcale nie chodzi dziś tak naprawdę o język angielski. Wcześniej też zasugerowałem, że nie chodzi również tak naprawdę o Wojciecha Sadurskiego. I swoje zdanie w obu kwestiach podtrzymuję. To jak kto zna język angielski jest sprawą całkowicie nieistotną. Natomiast to, co kto sądzi o Jarosławie Kaczyńskim, to problem osobisty i nie ma sensu z tym dyskutować. Jeśli ja dziś po raz drugi już wracam do Wojciecha Sadurskiego, to wyłącznie dlatego, ze między nim a mną istnieje bardzo poważny konflikt kulturowy, a on – z tą właśnie swoją, kulturą tak mi obcą – reprezentuje bardzo zdecydowanie stronę, która w stosunku do kultury, którą uważam za swoją, demonstruje bardzo silną agresję, a dodatkowo, w tej swojej agresji czuje się – najprawdopodobniej zresztą bardzo słusznie – całkowicie bezkarny. Dlatego mam ambicje Sadurskiego tępić.
By opisać kulturę, z którą walczę, muszę wrócić do oryginalnego tekstu Sadurskiego. Otóż on postanowił wyśmiać Jarosława Kaczyńskiego za to, że broniąc się przed zarzutami o to, że jego zachowanie po smoleńskiej katastrofie go kompromituje, wspomniał list, jaki otrzymał od Davida Camerona, w którym ten wyraził uznanie wobec postawy, którą Kaczyński zaprezentował w obliczu tej tragedii. Wrócę do czasów jeszcze dalszych. 10 kwietnia pod Smoleńskiem rozbił się samolot, którym leciał brat Jarosława Kaczyńskiego, jego bratowa i kilku najbliższych przyjaciół, i w wyniku tej katastrofy, wszyscy oni ponieśli śmierć. Ponieważ Jarosław Kaczyński nie ma rodziny, strata ta dla niego była szczególnie wyjątkowa. W dniu katastrofy, Jarosław Kaczyński przybył do Smoleńska zidentyfikować ciało brata i w sytuacji, którą zastał, uznał, że kiedy stoi nad szczątkami swojego brata, nie życzy sobie spoufalać się ani z Donaldem Tuskiem, ani, tym bardziej, z ruskim premierem. Jego wybór, jego sprawa. Z punktu widzenia kultury, z którą się czuję związany, jego wybór – jego sprawa. Szczególnie w takiej sytuacji. Tak się jednak złożyło, ze niemal od pierwszego dnia – z powodu wręcz tragicznych napięć politycznych – Jarosławowi Kaczyńskiemu nie dano żyć tą stratą. Od pierwszego niemal dnia, kultura z którą utożsamia się Wojciech Sadurski, a z którą ja walczę, postanowiła Jarosława Kaczyńskiego, z jego bólem i żałobą, wdeptać w ziemię. A zatem, jeśli walcząc z tą kulturą, zająłem się Sadurskim pod kątem jego PRL-owskich koligacji, to wyłącznie dlatego, że dał mi ku temu pretekst.
A zatem, co to za kultura, która stoi za tego typu zachowaniami? Jest to, moim zdaniem, przede wszystkim właśnie kultura PRL-owska. To właśnie o niej myślał Jarosław Kaczyński, kiedy mówił, że system, jaki tu do nas po II Wojnie Światowej przywieźli Sowieci, to system dla hołoty. To system, którzy wierzy w to, że jedyne autentyczne wartości, to siła i spryt. A skoro siła i spryt, to wszyscy ci, którzy cierpią, lub tylko w pewnym momencie swojego życia gdzieś się spóźnili, zasługują wyłącznie na pogardę. A skoro na pogardę, to powinni się liczyć z tym, że gdy w momencie porażki nie padną na kolana przed silnymi i sprytnymi, a co gorsza przyjdzie im do głowy demonstrować godność – zostaną zabici szyderstwem. Swoim tekstem na blogu tę własnie kulturę zademonstrował Sadurski. Ale nie tylko tym tekstem. Nawet zwracając się bezpośrednio już do mnie i szydząc z tego, ze nie mam pracy, i muszę prosić o pomoc pisząc te teksty, pokazał co go bawi. Jeśli komuś to nie mówi wystarczająco dużo, i potrzebuje czegoś bardziej pop, to w zupełnie innym wymiarze ten sam rodzaj kultury demonstrują dziś władze Białorusi wobec opozycji.
Czuję obrzydzenie do tej właśnie kultury. Nie chcę mieć z nią nic wspólnego i nie chce nawet o niej myśleć. Jeśli wciąż z nią walczę, to tylko dlatego, że w swojej bezczelnej arogancji, jest ona wciąż i wszędzie tak okropnie obecna. Jeśli natomiast postanowiłem upaść tak nisko, że w pewnym sensie zgodziłem się rozmawiać z Wojciechem Sadurskim, to dlatego, że tak fantastycznie dał mi do tego okazję. Pisząc swój tekst, w dodatku się w tak żenujący sposób napinając, Sadurski przyjął na siebie rolę rzecznika całego tego dziwacznego pokolenia. Zupełnie jakby chciał powiedzieć: „Jestem człowiekiem PRL-u, a ponieważ jest nas dużo i mamy władzę, możecie nam skoczyć”. I w dodatku powiedział to po angielsku. I to jeszcze tak, jak mu kazał mięsień zwany sercem.
To co ja w tej sytuacji miałem zrobić?

35 komentarzy:

  1. Tak naprawde, wiekszosc roznego rodzaju referencji, zaswiadczen, itp, wydawanych w USA ma naglowek 'TO WHOM IT MAY CONCERN'.

    To taki maly przyczynek, odpryskowy:)

    OdpowiedzUsuń
  2. @Muni
    Tak. A powieść Hemingwaya nosi tytuł "For Whom The Bell Tolls", a jak ktoś chce się pomodlić po angielsku, mówi - "Hallowed be thy name".

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah
    Male sprostowanie.
    Dyskusja i linki dotyczyly nie samego slowka "whom", ale uzytego przez Sadurskiego zwrotu "about from whom".
    Pozdrowienia,

    OdpowiedzUsuń
  4. @Traube
    On nie użył zwrotu "about from whom", lecz "from whom". Przyimek "about" należał do sekwencji "decision about". Swoją drogą stanowiącej błąd, Więc jeśli już chodziło o błędy - to trzeba się było czepiać tego "decision about".

    OdpowiedzUsuń
  5. @toyah

    Szapoba! - to do Ciebie (po francuskiemu!)

    Niekulturnyj - to do profosora w rodzimym języku jego formacji.

    Wszystko na ten temat.

    PS: bierzmy przykład z profosora naszego cennego i wokół pytajmy: co to jest sadurski?

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam,
    jestem szczerze zainteresowana kwestiami językowymi; czy mogę prosić o krótkie wytłumaczenie:
    1. dlaczego "decision about" w tekście WS stanowi błąd?
    2. dlaczego Allen jest niepodważalny? Swan PEU 1980 / 1985 nie sugeruje zanikania:
    "In wh-questions and relative causes, it is also possible to put the preposition earlier in the clause, before the question-word or relative pronoun. This is more common in a formal style - for instance, in careful writing:
    I have been let down by a person on whom I thought I could rely.
    Dziękuję,
    b.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziś polsko-angielski wieczór poetycko-teatralny.
    Przedstawiamy dramat w jednym akcie:

    „Małpia Obłuda”
    Autorzy, inspiracja: H.Fredro, Buck Ram, Zielona Gęś.
    Obsada: Narrator, głos profesora kulturolingwistyki

    Kuuurtyna w górę! Trwa deklamacja-narracja:

    Szust do wanny!
    Dalej kurki kręcić żwawo!
    W lewo, w prawo,
    Z dołu, z góry,
    Aż się ukrop puścił z rury.
    Ciepło — miło — niebo — raj!
    Małpa myśli: „W to mi graj!”
    Hajże! Kozły, nurki, zwroty,
    Figle, psoty,
    Aż się wody pod nią mącą!


    Blackout! Deklamacja urywa się. Z lewych kulisów dochodzi pieśń:

    Oh yes I’m the great pretender (ooh ooh)
    Pretending I’m doing well (ooh ooh)
    My need is such I pretend too much
    I’m perfect but no one can tell

    Oh yes I’m the great pretender (ooh ooh)
    Adrift in a world of my own (ooh ooh)
    I play the game but to my real shame
    My wisdom have left me all alone.


    Kurrrrrtyna!

    Oklaski!

    OdpowiedzUsuń
  8. @Beata
    Przepraszam bardzo, ale nie będziemy tu więcej analizować językowych talentów Sadurskiego. Przyznałem mu już, że jest bardzo dobry. Mój zarzut do niego dotyczy spraw pozajęzykowych.

    OdpowiedzUsuń
  9. Beato,

    Nie o to tu chodzi, że Sadurski whom'a
    On kultury nie kuma.

    Nie ma takiego podręcznika, który zalecałby whom'anie wyrazów prywatnego współczucia i przyjaźni.

    Ale to nie o to chodzi i szkoda byt tutejsza dyskusja poszła w tę samą stronę, co w S24, mianowicie:

    Whom, chrum,
    Misia, Bela,
    Misia, Kasia,
    Kąfacela.


    Ten blog ma nieco większe ambicje.

    OdpowiedzUsuń
  10. @orjan - "co to jest sadurski?"

    Wojciech Sadurski, przepraszam, Profesor Wojciech Sadurski, jest sukcesem Salonu24 w kreowaniu nowych autorytetów.
    Autorytetów na miarę naszych marzeń, potrzeb i ambicji, czy jak to tam było we wspomnianym przez Toyaha "Misiu".
    Ja, na przykład, zanim zaistniał dla mnie Salon24, nie miałem pojęcia o istnieniu Wojciecha Sadurskiego, a już tym bardziej o tym, że jest on profesorem.
    Zapewne nie byłem w tym odosobniony.
    Pamiętam, że on kiedyś miał tego profesora w nagłówku bloga.
    Dzięki S24 przylepił się mu ów "profesor" do nazwiska tak, jak Geremkowi czy Bartoszewskiemu. Wiem, wiem, Bartoszewski to imitator profesora (tu ukłon w stronę M.Kraszewskiego).
    Co drugi komentarz na jego blogu zaczyna się od uroczystego "Panie Profesorze", a sam profesor odpowiada z wyżyn swej katedry.
    I to jest ten sukces S24 w lansowaniu Wojciecha Sadurskiego. To, że nawet kiedy to teraz piszę, mam cały czas w głowie to jego dodatkowe imię.
    Ja nie wiem co tam było środkiem, co celem, a co się stało przez zupełny przypadek.
    Faktem jest, że się nam profesor wylansował.
    Co ciekawe, na tym samym S24 pisze lub pisało sporo ludzi z tytułami profesorskimi. Ale jakoś profesor kojarzy się tam nieodmiennie właśnie z Sadurskim.
    To, że reprezentuje on, jako profesor, typ nadętego mędrka zdaje się salonowej publice zbytnio nie przeszkadzać.
    Myślę, że bierze się to z kompleksów i braku obycia.
    I on sobie profesorsko ironizuje, kiedy głównym tematem komentarzy pod jego "żartem" jest jego angielszczyzna, a nie sam dowcip.
    I on pyta, jak sklerotyk jakiś, co to jest toyah.
    To ta kultura, o której pisze Toyah.

    Dla kontrastu moje małe salonowe wspomnienie. Jerzego Trammera poznałem w jakiejś blogowej dyskusji. Na jego komentarz zareagowałem pytaniem, czy klika z internatu lub z jednostki wojskowej. Ktoś mnie zaraz ochrzanił, że się do niego tak zwracam. Ja sprawdziłem sobie w necie kto zacz, a tymczasem sam jtrammer przyznał, że faktycznie głupio napisał i ja mogłem sobie pomyśleć tak, jak pomyślałem. Wyobrażasz sobie coś takiego w wykonaniu WS?
    A przecież jako profesor to mógłby mu Sadurski buty czyścić.
    Czasy mamy jednak niestety takie, że nie mądrość życiowa, skromność i otwarty umysł się liczą, ale pewność siebie i tupet plus erudycyjne popisy dają lans u publiki.
    Mi jest, swoją drogą, nawet trochę żal ludzi, dla których tytuł naukowy czy stanowisko jest głównym powodem do dumy. Jakież to musi być niedowartościowanie!

    OdpowiedzUsuń
  11. Toyahu

    Na temat zjawiska, jakim jest "profesor Sadurski", powiedziałeś już w zasadzie wszystko.
    Dodałabym tylko, że to jego nadęcie jest nieznośne w każdym języku. O ile jednak polszczyzna takie nadęcie dopuszcza, szczególnie w kręgach elitki spod znaku GW, to język angielski czegoś takiego nie jest w stanie objąć, bo taka nadętość nie mieści się w ogóle w kulturze anglosaskiej.

    Bardziej natomiast interesuje mnie to zwracanie się w Salonie do Sadurskiego "panie profesorze", bo to jest kwintesencja tego, co pisałeś na temat polskiej blogosfery, a raczej jej atrapy.
    W prawdziwej blogosferze nie ma różnicy między profesorem, magistrem i sprzedawcą butów. Wszyscy są równorzędnymi partnerami.
    Natomiast w naszej fasadowej blogosferze są panowie profesorowie, posłowie, dziennikarze, tylko brak autentycznych blogerów, z wyjątkiem kilku, których Coryllus nazwał tak wdzięcznie "dziadami-lirnikami". Bardzo mi się ta metafora spodobała i nie muszę dodawać, że ja Ciebie i Twoje pisanie też tak postrzegam jak Coryllus.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Traube

    Ja mam kłopot z tym salonowym Great Pretender'em. W żadnym przypadku nie chciałbym gościa o nic posądzać poza brakiem kultury, czego oczywiste dowody ostatnio sam dostarczył.

    Ja rozumiem, że następują zmiany w pojęciu kulturalnego obycia, ale on jest chyba szybciejszy od tych zmian. Możliwe, że z powodu oddawania sie temu hobby brylowania pomiędzy salonowymi żulikami jak jakiś FiddleMinger, czy jak mu tam.

    Ilekroć się wciska jako arbiter elegancji nabytej "zagramanicą" (Aosta-Kaposta), zmuszony jestem sobie przypominać, że studiowaliśmy w jednym czasie w Warszawie.

    Ja sam zbyt entuzjastycznie zajmowałem się wtedy studencką trójcą: wino-kobiety-śpiew, ale miałem kilku ambitniejszych przyjaciół; natomiast zdolny, to ja byłem, ale się mało uczyłem :D.

    No więc w tymże samym 1972r. (in which, whom, whom, mgr chrum-chrum) paru z nich identycznie aplikowało do kontynuacji studiów za granicą, inni do roboty w MSZ, jeszcze inny jakoś podobnie. W każdym razie ostro deptali sobie po odciskach, a pula była ogólnowarszawska.

    Każda taka aplikacja od pewnego momentu wymagała zgody MSW; warunek sine qua non i szlus. Młodszym należy się wyjaśnienie, że ówczesne (?) MSW, to w istocie tyle samo co SB.

    Najpierw aplikant dostawał coś jak promesę przyjęcia i z tą "marchewką" kierowano go na prześwietlenie i po zgodę. Brak zgody MSW unieważniał tę promesę przyjęcia.

    Przed wysłuchaniem propozycji, każdy z nich musiał zobowiązać się do zachowania treści randki w tajemnicy. Dlatego już potem nie dało się z nimi napić piwa. Bali się tych doplaczy szczerości. I w takim, idiotycznym trybie, ustało mi parę przyjaźni.

    Ciekawe, czy teraz już z powrotem piją wino i dlaczego?
    Przez upadek strachu, czy dzieki awansowi z wysługi lat?

    OdpowiedzUsuń
  13. @Ginewra
    A może byśmy zaczęli się do siebie zwracać tak bardziej... no wiesz... jak u Zanussiego w Barwach ochronnych. Ja będę do Ciebie mówił: "Pani doktor habilitowana", a Ty do mnie "Panie magistrze"? Jeśli można prosić.
    Przy okazji sprawdzimy innych. Może jest wśród nas jakiś docent? O profesorze nawet nie śmiem marzyć, ale kto wie? Kto wie?
    Hallo!!! Czy jest tu może jakiś profesor? Albo może chociaż ksiądz biskup?
    Posłowie na razie niech siedzą cicho.

    OdpowiedzUsuń
  14. Toyahu


    Siakoś, w sprawie kultury, po Twojej stronie staję.

    "...uwierzyliśmy zbyt łatwo że piękno nie ocala
    prowadzi lekkomyślnych od snu do snu na śmierć
    nikt z nas nie potrafi obudzić topolowej driady
    czytać pisma chmur
    dlatego po śladach naszych nie przejedzie jednorożec
    nie wskrzesimy okrętu w zatoce pawia róży
    została nam nagość i stoimy nadzy
    po prawej lepszej stronie tryptyku
    Ostateczny Sąd

    na chude barki wzięliśmy sprawy publiczne
    walkę z tyranią kłamstwem zapisy cierpienia
    lecz przeciwników - przyznasz - mieliśmy nikczemnie małych

    czy warto zatem zniżać świętą mowę
    do bełkotu z trybuny do czarnej piany gazet......"

    Zb.Herbert Do Ryszarda Krynickiego - List, fragment





    Pozdr.
    -------------------
    GW nie kupuję.
    TVN nie oglądam.
    TOK FM nie słucham.
    Na Rysiów, Zbysiów i Mira nie głosuję.

    OdpowiedzUsuń
  15. Beato,

    na stronie XXIX Swan (mam wydanie trzecie z 2005 roku) podaje następujący przykład złego—czytaj: całkowicie zbędnego, niegramatycznego, rażąco błędnego—użycia nieszczęsnego whom: I can't think of anybody whom to invite. Koniecznie wyrzuć "whom", a otrzymasz poprawne zdanie: I can't think of anybody to invite. Patrz też rozdział "Relatives (5) Advanced Points".

    Podaje też przykłady poprawnego użycia "whom" z których się serdecznie pośmiałem, i których przytaczał nie będę. Dość powiedzieć, że w rozdziale "Kinds of English (5) Variation and Change" potwierdza on w 100% stwierdzenia Allena.

    "Decision" zestawiłbym z "on", lub "to + infinitive" choć nie tylko. Kilka przykładów: I decided (that) we go. He decided (not) to drive. She decided, a ladylike deportment will augment her chances. Steve Jobs decided on iPhone, then on iPad. We decide whether to ask for help. You decide which dress to buy. They decide where they're going to live. Now, decide what to do!

    Słówko "about" kojarzy mi się za to natychmiast ze słowami "bush" i "beating"; całość nie jest nawet w części tak nieprzyzwoita, jakby się zdawało, bo "beat about the bush" oznacza… lawirować, udawać, kręcić, mataczyć, niedopowiadać, nawijać, dywagować. Mocny to zwrot, stary a w żywym użyciu do dziś dnia. However, let us stop beating about the bush. Now, we go straight to the point, shall we?

    go to part 2 --->

    OdpowiedzUsuń
  16. ---> part 2

    toyahu,

    skąd bierzesz tę intuicję? Sprawy poruszone w poprzedniej notce, ów urzędnik lekko traktujący niepodległość państwa, pojawiający się w opisie rozmów przeprowadzonych przez Friedmana, a tak dobrze przetłumaczonych przez Ciebie, zazębiają się 1:1 z tematem dzisiejszej notki, uzupełniają ją w najbardziej niezwykły sposób. Oto jak.

    Sadurskiego spotkałem OMC w Warszawie, kiedy to on się jeszcze zapowiadał, a już inni rozpowiadali na jego temat legendy o integracji środowiska (?), i predyspozycji do załatwiania (?). Jest starszy ode mnie o ładnych parę lat, i był zdaje się już dobrze po doktoracie, gdy ja rozglądałem się jeszcze jako egzemplarz młodzieży szkolnej wśród starszych, wśród studentów, ciekaw tego studenckiego życia naszych naj- naj- naj-. Wszelkie legendowanie denerwowało mnie, a pienia wśród kolegów o dzielnym Sadurskim drażniły mnie w dwójnasób, bo nigdy nikt nie rzucił żadnym konkretem.

    Wybaczcie, ale encje takie jak integrowanie i załatwianie nie są z mojego słownika. To pustosłowie, PRL-owska nowomowa, zatrącająca grypserą jakiegoś towarzystwa wzajemnej adoracji, czy "swojaków z wiadomego środowiska". Pani Rowling ośmiesza taki język (zwrot "you know who") i asocjuje go wprost ze Złym. Wtedy jednak nie było mi do śmiechu, bo każdy zapytany odpowiadał mi bezczelnie "you know who" i to już było wszystko. Odniosłem wrażenie że jestem w środowisku gdzie nie ma żadnych konkretów, ale za to każdy każdego zna, lub bezczelnie udaje, że zna. Środowisko to jest nieprzenikliwe dla człowieka spoza układu, resortu, grupy. Środowisko to jest, dodam, niezbyt atrakcyjne; bo ileż można rzucać sobie z mruganiem oczkiem, jak tajniak do tajniaka na jakim balu w operze, "you know who" czy "you know what".

    Ja wyszedłem stamtąd szybko. Problem pozostał. Bo to, że jeden wyjdzie, wcale nie znaczy że grypserujące środowisko, jakie tu opisuję znikło, czy zmalało. Ma się najwyraźniej dobrze, rośnie w siłę, i uchwala samo dla siebie kompletne ustawy. Po drodze żeruje na "nieustawionych". Szczegóły o tym mogę podać dzięki pracy Karnowskiego, który ujawnaia je pod tytułem: "Piekło". "Korporacja". "Mafia". Wstrząsający raport tutaj:
    http://wpolityce.pl/view/5179/Nasz_news___Pieklo____Korporacja____Mafia__Wstrzasajacy_raport_na_temat_pracy_w_Ministerstwie_Spraw_Zagranicznych.html

    Wcale się nie dziwię, że mainstream się Ciebie boi. Każdy kto zużywa lata życia, aby nazbierać informacji, dzięki którym ma uzyskać choć część tego oglądu spraw publicznych, jakiego kwintesencję podajesz u siebie na blogu w formie poważnej notki, musi dostać kolki na samą myśl o tym że ktoś inny, jakiś bloger, no kurczę jego mać, intuicyjnie wie więcej, i czuje dalej, niż dyspozycyjny wywiadowca Systemu, i to bez klauzul, dopuszczeń, clearingów i dostępu do tajnych kancelarii.

    Sadurski się Ciebie zwyczajnie boi. Jeśli ten blog zostanie zrozumiany przez wystarczającą liczbę młodych, którzy pójdą nie "na komitet" jak kiedyś, lecz właśnie na ten MSZ, ale w tym samym celu, by rozwalić układzik, i zaprowadzić rządy odpowiedzialne, to zjawisko Sadurskiego zniknie. Nie będzie legend, załatwienia i "you know who" w rozmowach.

    Pozdrawiam,
    YBK

    OdpowiedzUsuń
  17. @Yagotta B. Kidding

    Kurwa, nicem nie zrozumiał. Ale fajnie się Waści słucha.

    Wracam zatem do pozycji słuchacza i zamieram w oczekiwaniu na part 3. Może następne odcinki przybliżą mnie do rozwiązania zagadki - dlaczego zabiła Pani mecenasa Rolskiego?

    Pozdrowionka

    don esteban

    OdpowiedzUsuń
  18. @Przemo
    Ty bywasz czasem w Katowicach?

    OdpowiedzUsuń
  19. @orjan

    "The Great Pretender" — exactly, that's it. Znakomita charakterystyka, a i śpiewogra zacna, choć przykrótka. Pewnie nie dla tajniaków zza żyrandola napisana :)

    Podaję link do forum, gdzie można znaleźć zaraz z przodu wskazówki jak ściągnąć PDF-a zawierającego, jak mi się zdaje, kompletny raport o stanie polskiego MSZ-tu w Roku Pana 2010, tutaj:
    http://rebelya.pl/discussion/13429/rebelyapl-zobacz-niepokojacy-raport-o-warunkach-pracy-w-msz/

    Pzdr, YBK

    OdpowiedzUsuń
  20. @YBK
    Czy się boi, nie wiem i nie sądzę. Natomiast wiem z całą pewnością, że on w konfrontacji ze mną, traci poziom. Sposób w jaki on zareagował na komentarz Przemka, dowodzi że ja go kłuję jak kamień w bucie i ten ból sięga aż głowy.

    OdpowiedzUsuń
  21. @ toyah @ orjan @ Yagotta B. Kidding
    dziękuję za odpowiedzi. W temacie zasadniczym nie będę się wypowiadać; pozostaniemy z pewnością nieprzekonani ani o cal.

    @ YBK
    Poprosiłam o pomoc w kwestii językowej - ta też została poruszona w notce, tylko dlatego pozwoliłam sobie odezwać się choć w ćwierćtemacie. Kończąc absolutnie, bo sugestia Autora jest nazbyt widoczna, dodam tylko, że:
    - niegramatyczne whom jest oczywiste
    - Webster również dopuszcza formalne "whom"
    - Webster dopuszcza też "decide about" (to interesowało mnie bardziej; pomijając fakt, że "decision" nie wydaje mi się najszczęśliwsze, chodziło mi właśnie o to "about" zamiast "on").

    Pomimo że stoję po drugiej strony barykady, z zainteresowaniem czytam Autora i cały "Wasz" blog.

    Pozdrawiam,
    b.

    OdpowiedzUsuń
  22. @Beata
    Proszę nie używać 'whom'. Brzmi nienaturalnie. Są inne, znacznie lepsze, i przede wszystkim prostsze, sposoby tworzenia zdań podrzędnie złożonych.

    OdpowiedzUsuń
  23. @Beata

    Z tą barykadą, to bardzo ciekawa sprawa. To znaczy z tym zwrotem retorycznym, o staniu po różnych stronach barykady. Bo używa się go bardzo często nieprawidłowo, i mam takie silne wrażenie, że w ten właśnie, nieprecyzyjny, a przez to fałszywy sposób, został ten frazeologizm przez Panią użyty.

    Zafałszowanie polega na założeniu symetrii stron stojących po tych dwóch stronach barykady. A przecież nie ma żadnej symetrii! Już choćby z tego powodu, że "na Tygrysy mamy Visy", ale przecież nie tylko dlatego. Tu nie ma symetrii. Prawdopodobnie dlatego, że jak w czasie Powstania, jedna strona stała po jasnej stronie mocy (Niebo złote ci otworzę,w którym ciszy biała nić jak ogromny dźwięków orzech, który pęknie, aby żyć, zielonymi listeczkami, śpiewem jezior, zmierzchu graniem, aż ukaże jądro mleczne, ptasi świt...), a druga po ciemnej ("Warschau muss sterben").

    Niech Pani pomyśli, po której stronie barykady umieszcza Pani "Nas", a po której stronie Pani stoi. To mi się wydaje dość ważne, ważniejsze niż tylko zabawa w znaczenie użytego frazeologizmu.

    No i bez urazy, tak się tylko zamyśliłem, wszak jestem tutaj zaledwie mistrzem przyczynkarskim.

    OdpowiedzUsuń
  24. @Beata

    Znaczy szczęśliwa.

    Ja drogiego @don estebana uzupełnię jeszcze w ten sposób, że są też barykady jednostronne.

    Po jednej stronie gromadzą się ci, co to żądają: "kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam". To jest strona piekła (żebyś się nie POpiekła).

    Jednostronność ma tam naturę diodową: ruch tylko w jedną stronę. Piekło dobrowolnie nie wypuszcza. Wpuszcza chętnie.

    Drugiej strony ta barykada w rzeczywistości nie ma. Tylko w czarnej propagandzie, zwanej dziś narracją.

    Ja do tej barykady nawet nie podchodzę. Mamy zamiast tego twierdzę. Tę samą, co Saint-Exupéry.

    Zapraszamy. Wyjść można zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  25. esteban!

    Naźwiskami musiałbyk rzucać, i jeszcze skandalon jakowyś z tegok by wyniknoł.

    Opowiem zatem zdarzenie.

    Jakieś 5 czy 6 lat temu ciągnięto mnie, ściągano gwałtem, i wciągano w instytucje, "bo ty tam wszystkich znasz", etc, etc. Eh, raz że nie wszystkich, dwa że zupełnie odwykłem od przeżyciówki salonowo-parkietowej. Siedziałem więc przed telewizorem, robiąc ciężko kanałami, i grzecznie mówiłem każdemu (i każdej) "nie, dziękuję, jeszcze może nie teraz".

    Już tłumaczę.

    Niektórych "znajomych" się wstydziłem. Moi rozmówcy w Wawie wręcz przeciwnie, napawali się samymi wzmiankami o tych, których ja (po)znałem już dawniej, za bardzo młodych lat, przy wódce (nie wsyp mnie) jako skończone, dyspozycyjne cichodajki, płci dowolnej, zawsze gotowe do awansiku o oczko, czy dwa. Co nie znaczy że każdego z nich będę teraz zaraz i natychmiast, tym nowo poznanym moim znajomym, ze szczegółami przedstawiał takim, jakim jest. Nil nisi bene, etc.

    Druga sprawa to język. Podobno mówię po polsku nadal bezakcentowo, ale to nie znaczy wcale, że aż tak strasznie wprawnie mi się to udaje. Siedzę więc przed pudłem, oglądam wszystko jak leci, dzionek jeden, dzionek drugi, wachluję się Koszerną, z której nie rozumiem nic, i uczę się języka, i znajduję się jak potrafię w tej nowej rzeczywistości postkolonialnej Warszawy. Na trzeci dzień wychynęła sprawa Radusia S. który dokładnie wtedy został wyzuty i wykluczony. Salon i wsze telewizje eksplodowały pomówieniami Kaczorów z zbrodnie przeciw ludzkości, i o wyrzucenie Radka, też. Gdzieś na siódmym miejscu. Oglądam więc wywiad ze Szczygłą, pierwszy, jakiego udzielił po przejęciu MON-u od Zdradka, i jakem umiarkowany antymilitarysta, w tym momencie poszedłbym pod jego dowództwo natychmiast. Koszerną napaliłem w kominku (w gościnnym domu był spory kominek), dodałem cały stos prasy kolorowej, i poszedłem na spacer rzucając wyrażonkami, czego nigdy nie robię. A więc tak tutaj teraz wygląda. P.K-a.P.

    Wyobraź sobie, że żaden ze znajomych nie chciał uwierzyć jak im mówiłem o tym, co zaobserwowałem. A tacy byli ciekawi. Mniej więcej to samo wtedy im klarowałem, co mówi Jarosław Marek Rymkiewicz dziś, ale on robi to lepiej, i zupełnie aktualnie, więc uprzedzam wszelkie dalsze pytania, i odsyłam do źródła. Gdzie mnie się porównywać z JMR. On jest na miejscu, on jest wrażliwy, on potrafi myśleć. Ja czasem coś zaobserwowanego opiszę, i to już wszystko.

    Kończąc.

    Armia, która nie powstała by roznieść winnych za śmierć Szczygły, jest nic nie warta. I Anna Walentynowicz też zginęła, a Solidarność cicho, cicho. Za to taki Sadurski rzuca się i tokuje, jak wsad do garnka na rosół gdy dobrze się złożyć w lesie na krzykacza, i sięgnąć z ramienia uncją zerówki. A mimo to on nie ma siły popchnąć cokolwiek. Chyba jeszcze bardziej bezsilne są Rodziny Smoleńskie. I tak całe państwo idzie w… no może nie, może ci Malijczycy, czy Nigeryjki pomogą. Posłał już ktoś po bratnią pomoc na południe?

    Pozdrawiam Cię,

    OdpowiedzUsuń
  26. Raz jeszcze dziękuję wszystkim, którzy zwrócili się do mnie.
    Wiedziałam, że lekko nie będzie, już się trochę boję...

    @ toyah
    dziękuję, będę pamiętać.

    Barykada, oczywiście, była skrótem, pewnie nienajszczęśliwszym. Trzymając się jednak tej terminologii:

    @ orjan
    jednostronna nie; zwrot "kto nie z nami, ten przeciw nam", twierdze, bezwolność i narracjE są mi obce. Piekło zapiekło; nie ogniem a nazwą przestrzeni, do której nie wolno się zbliżać. A jestem przecież beata...

    @ don esteban
    widzę ją jako symetryczną jednak, trudniejszą do pokolorowania, bo polsko-polską, o tyle nietypową, że stawianą, konserwowaną i nadbudowywaną przez obie strony. Nie chciałabym polemizować, po czyjej stronie wyższą. Ciągle mam nadzieję, że można ją zburzyć wcześniej niż przed czasem, kiedy pełnym głosem zaczną przemawiać w NASZYM kraju nieuwikłani w peerelowskie, solidarnościowe i obecne podziały. Może choć bez pełnej rozbiórki spróbować wykorzystywać jej wąskie przejścia nie do kontrataków a prób porozumienia.

    Wszystkiego dobrego dla Autora i Współpiszących. Jasnych i rodzinnych Świąt.
    b.

    OdpowiedzUsuń
  27. Na marginesie - link poniżej napisu "Blog uczestniczy w konkursie na Blog Roku 2010" nadal nie działa.
    Przeglądnąłem nawet kategorię "Polityka" na stronie Blog Roku i też Twojego bloga nie znalazłem. Zagłosowałbym naturalnie, gdyby był.

    OdpowiedzUsuń
  28. Toyahu będę w styczniu w Krakowie.


    Pozdr.
    -------------------
    GW nie kupuję.
    TVN nie oglądam.
    TOK FM nie słucham.
    Na Rysiów, Zbysiów i Mira nie głosuję.

    OdpowiedzUsuń
  29. @Beata
    W związku z - przyznaję, nonszalanckim sposobem, w jaki zostałaś potraktowana na moim blogu, jako świąteczny bonus, przyjmij proszę ten fragment. Tak to miało wyglądać:
    "...the statement by the leader of Poland’s main opposition party about whose condolences are and whose are not acceptable"
    I więcej na ten temat ani słowa.

    OdpowiedzUsuń
  30. @2,718
    Właśnie mi napisali, że moje zgłoszenie zostało odrzucone, ponieważ nie umieściłem na stronie tego linka, który, jak mówisz nie działa. U mnie działa.
    Będę próbował jeszcze raz.

    OdpowiedzUsuń
  31. @Przemo
    Niech będzie Kraków. Możesz napisać na toyah@toyah.pl?

    OdpowiedzUsuń
  32. Toyahu znak dam jak tylko będę znał szczegóły - wstępnie planowany na 21 stycznia.


    Pozdr.
    -------------------
    GW nie kupuję.
    TVN nie oglądam.
    TOK FM nie słucham.
    Na Rysiów, Zbysiów i Mira nie głosuję.

    OdpowiedzUsuń
  33. @Traube

    Ja też o istnieni Sadurskiego nie wiedziałem do chwili, kiedy zacząłem czytać salon24. Teraz już przestaję to robić (jeszcze czasem zaglądam tam dla Coryllusa i paru innych blogów).
    Ale mnie się ten "profesor" nie przyczepił. Dla mnie to wciąż jest niejaki Sadurski.

    OdpowiedzUsuń
  34. Zastanawiam się, skąd Beata wie, że jest po drugiej stronie barykady?

    OdpowiedzUsuń
  35. @Leszek152
    Jak to skąd? Przecież to widać.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.