sobota, 11 grudnia 2010

O komórce z Bogiem i bez Niego

Wspominałem już tu z pewnością o pewnym moim koledze, który choć, jak idzie o wiek, mógłby być spokojnie moim synem, jest właśnie moim kolegą, i to kolegą nie byle jakim. Takim kolegą, z którym lubię się spotykać, a jak zaczniemy gadać, to właściwie możemy już nie kończyć. Siedzimy sobie więc od czasu do czasu z tym moim kolegą, otwieramy flaszkę za flaszką, słuchamy muzyki, albo oglądamy jakieś DVD, czas leci, a ja sobie myślę, ze to jest jedna z tych sytuacji, które Anglicy określając zwrotem „click in”. Poznajemy kogoś i od razu wiemy, że coś się stało. Coś co sprawia, że jest inaczej niż zwykle. I jest okay.
A więc – rzadko bo rzadko – ale spotykam się niekiedy z tym moim kolegą i sobie gadamy. Jest w tej relacji jeszcze jedna ciekawa sprawa. Otóż to co nazywamy ogólnie poglądami, on ma całkowicie inne od moich. To znaczy, i on i ja oczywiście zgadzamy się co do tego, że nie należy kraść, kłamać i dręczyć innych ludzi, że bycie uprzejmym to wartość, a nie obciach, że można prowadzić rozmowę, nie używając jako przerywnika słowa ‘kurwa’ i nie wspominając wciąż o tzw. dupach, no i jeszcze że polskie komedie są absolutnie beznadziejne. Poza tym jednak dzieli nas już niemal wszystko.
Weźmy takiego Kuczoka. Mój kolega uważa, że Kuczok jest pisarzem świetnym. Weźmy Jarosława Kaczyńskiego – Kaczyński jego zdaniem jest do niczego. Pan Bóg – oczywiście nie istnieje. Religia – kupa śmiechu. Polska, patriotyzm, Smoleńsk – w ogóle nie ma o czym gadać. Gdybym miał jednym zdaniem przedstawić pogląd na życie mojego kolegi, określiłbym, go jako klasycznego humanistę, z tych humanistów dla których na przykład to że senator Piesiewicz wybrał się na dziwki i kokę nie jest w ogóle tematem rozważań etycznych, a co najwyżej intelektualnych. Aha! On jeszcze lubi zespół Hej i uważa, że Nosowska jest dobrą piosenkarką.
Spędziliśmy wczoraj wieczór, i tak się jakoś złożyło, że kiedy już obgadaliśmy tego Kuczoka i nowe DVD Radiohead, i kiedy już obejrzeliśmy sobie krótki, zaledwie, dwudziestopięciominutowy, ale za to oscarowy - i to jaki! - film Six Shooter, kolega mój włączył koncert Nicka Cave’a i pozostałą część tego wieczoru przegadaliśmy, rozmawiając o Bogu jako czymś wyłącznie irracjonalnym i czymś całkowicie racjonalnym. Bardzo inspirująca to była rozmowa. Ja utrzymywałem, że ateizm jest zachowaniem dokładnie tak samo rozumnym, jak wiara w Tarota i w to, że Harry Potter to postać historyczna. No i jeszcze, że jeśli ja od czasu do czasu zaczynam drżeć przed Nieznanym, to do głosu dochodzi już tylko ta kompletnie bezmyślna część mojego człowieczeństwa. Kolega mój z kolei twierdził odwrotnie – że właśnie irracjonalna jest wiara w to, że Bóg istnieje. Ja mu mówię, że jeśli my tak siedzimy nad tą flaszką i sobie elegancko rozmawiamy, a na ekranie telewizora śpiewa Nick Cave, to w sposób absolutnie oczywisty za tym stoi On. Bo po prostu inaczej się nie da. I że dla mnie ten fakt jest oczywisty nie dlatego, że ja wierzę w duchy, ale wręcz przeciwnie – dlatego, że ja w duchy nie wierzę. I że jeśli czasem w nocy zrywam się z krzykiem myśląc, że Boga nie ma, to na tej samej zasadzie, jak czasem drętwieje mi na plecach skóra, bo mam dziwne wrażenie, że coś chodzi po pokoju. A on na to, że nieprawda. Że to są tylko komórki. A ja mu na to, że to bardzo ciekawe. Nie wierzy w duchy, natomiast wierzy w komórki. Co za bezsens! Toż to najbardziej wieśniacki zabobon. A on się ze mnie śmieje. I tak to mniej więcej sobie szło.
No i nagle zeszło na dzieci i in vitro. Kolega wygłosił kwestię z mojego punktu widzenia strasznie trywialną i jeszcze bardziej przewidywalną, że co ma zrobić para, która chce mieć dziecko, a z jakiegoś powodu tego dziecka mieć nie może, ja mu na to odpowiedziałem – równie trywialnie i przewidywalnie – że „chcenie” dziecka nie jest ani argumentem ani tym bardziej jakąkolwiek wartością, a ponieważ już obaj byliśmy odpowiednio nakręceni, dalej już było tylko ciekawiej. I w pewnym momencie przyszło mi do głowy coś tak niezwykłego, że mój biedny kolega zupełnie stracił głowę, ja się ucieszyłem, że już wiem, o czym muszę napisać kolejny tekst, a moje dzieci – kiedy z nimi jeszcze wczoraj w nocy tę swoją myśl skonsultowałem – stwierdziły, że się bardzo głęboko i w sposób oczywisty mylę. No ale ja już tak mam, że się do swoich mysli – szczególnie jeśli uważam je za bardzo oryginalne – bardzo mocno przyzwyczajam. Proszę posłuchać.
Było otóż tak, że w pewnym momencie mój kolega wspomniał o tej swojej ewentualnej chęci posiadania dzieci, ja go spytałem a po cholerę mu dzieci, on rzucił, że choćby po to, żeby kontynuować linię, ja mu na to powiedziałem, ze to jest powód wyjątkowo marny i nagle przypomniała mi się kobieta o nazwisku Szyszkowska i pewien z nią stary bardzo wywiad, kiedy ona wygłosiła następującą opinię. Ona jest bardzo mianowicie zrozpaczona sytuacją taką oto, że natura stworzyła człowieka, a więc byt wyposażony w rozum, a z nim w marzenia, pragnienia i tak zwany ból istnienia i świadomość nieuchronnego końca tego istnienia. Mówiła Szyszkowska, że natura wykazała się tu okrucieństwem wręcz nie do opisania. Jak można było stworzyć człowieka z jego pragnieniem zycia i powiedzieć mu, że umrze i że z niego nie zostanie nic?
A ja sobie wtedy pomyślałem, że skoro człowiek nie wierzy w Boga, w Jego słowa o tym by żyć i się rozmnażać, i w życie wieczne, po co do licha mu te dzieci? Jeśli spojrzeć na to całkowicie racjonalnie, to przede wszystkim on sprowadzając je na świat skazuje je wyłącznie na ów ból istnienia, a sobie ściąga na głowę wyłącznie kłopot. No bo – wciąż zachowując ten pozorny racjonalizm – posiadanie dzieci, to kiepska inwestycja. I to bez względu na to, czy się je ma z miłości, czy z przypadku. Można wręcz powiedzieć, że im bardziej one są wynikiem miłości, tym gorzej, bo wszelkie związane z nimi zmartwienia są już tylko większe. Ma człowiek te dzieci i od pierwszych dni musi się głownie o nie martwić. Że albo zachorują, albo stanie im się jakaś krzywda, albo umrą w wypadku, lub na jakąś chorobę. Musi wydawać na nie swój czas, swoją energię i pieniądze. Musi wciąż się martwić tym, czy one się dobrze uczą, czy są mądre, czy są grzeczne, a jeśli się uczą źle i są niegrzeczne – to już jest zmartwienie nie do przejścia. Później one dorastają i albo zaczynają chuliganić, albo wpadają w anoreksję. I tak przez dziesiątki lat, dzień w dzień. I z każdym rokiem jest coraz gorzej. Bo kiedy dzieci są małe, to jeszcze jakoś można je kształtować. Później one idą sobie w cholerę z domu i dobrze jeśli od czasu do czasu wpadną na obiad i nie powiedzą nam przy okazji czegoś przykrego.
Ktoś mnie spyta, a czy jeśli jest Bóg, to wszystko to co napisałem wyżej traci swoją moc? Odpowiem, że tak. Jeśli jest Bóg, to wszystko o czym napisałem wyżej, traci swoją moc. Właśnie tak. Dlaczego? Bo Pan Bóg nadaje temu jedyny sens. Tylko On.
Oczywiście, może być tak, że wszystko pójdzie dobrze. Że te dzieci i będą mało chorowały, i nie przydarzy im się w zyciu większa krzywda, i że kiedy dorosną, będą nas nadal kochały i chciały z nami spędzać czasem wspólnie czas. Że się nie będą kłócić , rozwodzić i wpadać w jakieś ciężkie kłopoty. I że same nie będą miały zmartwień związanych ze swoją pracą i z domem i ze swoimi z kolei dziećmi. I że wnuki, które nam dadzą też będą dobre i słodkie. A kiedy będziemy już starzy i bezradni, zechcą nas nadal kochać i nas wspierać. To oczywiście jest możliwe. Natomiast biorąc pod uwagę wszelkie szanse i zagrożenia, zyski i straty, wydaje mi się, że z całkowicie racjonalnego punktu widzenia – a więc z punktu widzenia kogoś, kto uważa, że są tylko komórki – dzieci, to nie jest żaden interes. Mówiąc językiem biznesu – ryzyko jest zwyczajnie dużo za duże.
I odwrotnie, jeśli żyjemy w jakimś luźnym związku bez żadnych ślubów i obietnic, ze świadomością tego bólu istnienia, o którym mówiła Szyszkowska, po co sobie dokładać dodatkowych wyzwań? I to w dodatku wyzwań, które wiążą się z jakimiś zobowiązaniami. Jeśli są pieniądze i coś co za te pieniądze można kupić, w tym wszystkim dziecko może stanowić najwyżej jeszcze jeden kaprys. Jak nowy samochód, czy ładna koszula lub kapelusz. Wprawdzie wczoraj słuchaliśmy tylko Nicka Cave’a i trochę Radiohead, i nie było mowy o Jaggerze czy Richardzie, czy Stewarcie, ale popatrzmy na nich. Ja nie wiem, ile oni mają sztuk dzieci i ile oni sobie w życiu poświecili wzajemnie czasu i emocji, ale podejrzewam że płodząc tych chłopców i te dziewczynki, wszyscy zorganizowali sobie wszystko tak, żeby ich to za dużo nie kosztowało. A więc domyślam się też, że z ich punktu widzenia, posiadanie dzieci to na ogół czysta frajda. No ale, jak wiemy, ta akurat sytuacja jest bardzo niestandardowa. Zwłaszcza że nie jest wykluczone, że każdy z nich wcale nie jest żadnym ateistą, lecz należy do jakiegoś fajnego kościoła.
A ja myślę o ateistach i o swoim przekonaniu, że ateizm jest czymś całkowicie irracjonalnym i bezrozumnym. Fikcją i zabobonem. Że jeśli przyjmujemy jako fakt to że Boga nie ma i że jest tylko ten krótki czas i już tylko gwiazdy, to ja za takie życie serdecznie dziękuję. Nie tylko dlatego, że ono jest zwyczajnie po żydowsku nieopłacalne, ale też dlatego, że jest czymś kompletnie nielogicznym. Powiedziałbym, ze wręcz nienaukowym. I myślę że mam tu bezwzględną rację. Że jeśli mamy do czynienia z kimś całkowicie przekonanym o absolutnej wyższości Nauki nad Miłością, w takim sensie że to pierwsze to humanizm, a drugie to przesąd, to mamy do czynienia z kimś całkowicie zaplątanym. Zaplątanym w taki gąszcz ciemności, że z niego jedyna już droga wyjścia to wiara w UFO, lub w Drzewo, lub w Śnieg. Albo w sznur na szyję. A więc w coś co pobożni wieśniacy określają słowem ‘Szatan’. I tym określaniem zamykają sprawę skutecznie i ostatecznie.
Wspomniałem tu o konsultacjach jakie przed napisaniem tego tekstu przeprowadziłem z moimi dziećmi. I o tym, że za moje myśli zostałem przez nie zrugany. Nie pokażę im tego, co napisałem, bo boję się, że mi powiedzą, że mam tego tekstu absolutnie nie publikować, bo sobie tylko narobię wstydu. Jednak zaryzykuję. Zobaczymy co będzie. Czekam z rozdartą na piersi koszulą.

23 komentarze:

  1. Też się napiłem i lubię Radiohead.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiara w Boga nadaje znaczenie i wyznacza sens ludzkiemu życiu.

    W sensie filozoficznym, "Bóg" nie oznacza tu Boga konkretnie określonej religii, lecz wszechmoc nadrzędną nad człowiekiem. Nie jest ważne kim lub czym jest czyjś Bóg, chodzi o to, że trzeba wierzyć.

    Jednakże nie uchyla to prawa konsekwencji wyboru, że jaka religia takie będzie znaczenie i taki sens życia.

    Ale jeśli ktoś chce żyć bez sensu, życiem bez znaczenia, to wolna wola.

    OdpowiedzUsuń
  3. Masz bezwzględnie rację, w każdym zdaniu. To kiedyś powiedział nasz Papież: życie bez Chrystusa nie ma ani sensu, ani korzenia.

    Podpisuję się obiema rękami.

    Acha, i myślę sobie, tak zupełnie prywatnie, że to dobrze, że Twoje dzieci jeszcze się z tym nie zgadzają.

    Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich Toyahów.

    OdpowiedzUsuń
  4. @leszek152
    To jesteśmy prawie jak bracia.

    OdpowiedzUsuń
  5. @orjan
    Jak najbardziej. Wolna wola. Czyż to nie piękne?

    OdpowiedzUsuń
  6. @latinitas
    Cieszę się bardzo, że sie podpisujesz. Co do moich dzieci, one się zgadzają, tyle że jak na razie to jest dla nich za trudne.

    OdpowiedzUsuń
  7. @latinitas, toyah

    Ja sobie myślę, toyahu, że to właśnie Szanowna latinitas miała na myśli, a więc i powiedziała.

    Cóż, z pewnym zdziwieniem zastałem Twoją niekompletną na klacie odzież, wygląda ona bardziej na histerię, czy tam kokieterię. Nie napisałeś niczego kontrowersyjnego, albo ja nie zrozumiałem o czym to było. Nie wiem.
    U mnie to samo, nawet wódeczka. Zima w końcu.

    LEMMINGu Szanowny, daj znak, że żyjesz.

    OdpowiedzUsuń
  8. @don esteban
    No tak. Trochę kokietowałem. Ale to że dzieci mi powiedziały, żebym się nie wygłupiał, to fakt.
    Do nich proszę zgłaszać pretensje.

    OdpowiedzUsuń
  9. @toyah

    Off topic, ale wklejam link, bo na mnie zrobiło to spore wrażenie.
    Okazuje się, że wielu mamy w kraju proroków.
    Ten filmik wygrzebał Boomcha z niepoprawnych.
    To info o serialu za wikipedią:

    "Ekipa – polski serial telewizyjny z gatunku fikcji politycznej, emitowany od 13 września 2007 r.[1] do 6 grudnia 2007 r. w telewizji Polsat. Jest on pierwszą produkcją tego typu w Polsce i jednocześnie pierwszą od 25 lat całkowicie polską produkcją Agnieszki Holland, która jest głównym reżyserem serialu[4][5]. Serial liczy 14 odcinków. Serial był kręcony od 29 listopada 2006 do 23 kwietnia 2007"

    A to rzeczony link:

    http://www.youtube.com/watch?v=u7fYAZPD_yo&feature=related

    Pozdrawiam,

    OdpowiedzUsuń
  10. @Traube
    Nie bardzo się potrafię do tego odnieść. Ja tego serialu nie oglądalem, ale wiem, że on był bardzo wówczas chwalony, bo ukazywał tę nową, świetną, nowoczesną ekipę. No, takiego lepszego Tuska. Przepraszam, ale nie wiem, co na Tobie zrobiło tam takie wrażenie. Że ona wymyśliła sobie śmierć prezydenta? Przecież to żadna sztuka. Szczególnie kiedy wiemy, że oni od lat tą nadzieją żyli.
    Ciekawe jest tylko to, że wówczas, pod koniec 2007 roku, taka akurat wizja, w filmie akurat Agnieszki Holland, nie wywołała odpowiednich protestów.

    OdpowiedzUsuń
  11. To tak, jak z tym rysownikiem, o którym jakiś czas temu pisałeś.

    W samym wymyśleniu sobie śmierci prezydenta, nie ma - w political fiction - nic dziwnego. Zastanawiam się tylko, czy ci, a może inni artyści, uśmiercali w swych dziełach chociażby Kwaśniewskiego.

    Pewnie, że to odzwierciedla ich myślenie życzeniowe i nienawiść do Lecha Kaczyńskiego.
    To realizm, z jakim to przedstawiono, zrobił na mnie wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Traube
    No tak. Ja bym się nie zdziwił, gdyby ta akurat część tego serialu była jej ulubioną. Ona musiała pracę przy niej szczególnie przeżywać. A ten realizm też jest zrozumiały. Ty wyobrażasz sobie, ile razu ona musiala sobie wcześniej głowie to zdarzenie przetwarzać? Ile razy patrzyła albo na ten pałac, albo na samego Prezydenta i układała sobie te obrazy. Ty jesteś fachowcem. Musisz wiedzieć, jak to się dzieje.

    OdpowiedzUsuń
  13. Czytam Was regularnie, choć w tygodniu nie co dzień - więc po 2-3 wpisy z komentarzami. Sam wdzięk i bezpretensjonalność - co tu jeszcze komentować? No, może tę klatę Toyaha - czy już siwieje?... [Sami widzicie, że lepiej, jak milczę nadobnie]
    Serdeczności dla Wszystkich (:

    OdpowiedzUsuń
  14. @Yo
    Wiem, że czytasz.
    Co do mojej klaty, owszem - siwieje. Ale za to bardzo stylowo!

    OdpowiedzUsuń
  15. @Yo
    Właśnie tego mi brakowało. Twojego humoru.

    OdpowiedzUsuń
  16. @toyah

    Najlepszy argument od czasu paradoksu Blaise Pascala. On autorefleksyjne, zatem w ograniczony sposób argumentuje, przed oczy racjonalistom wszelkiego autoramentu, mówiąc o czasie na Ziemi i o wieczności; Twoja odpowiedź na pytanie o sens wiary sięga dalej i porusza mocniej, bo dotyczy nie mniej niż całego "drzewka" pokoleniowego.

    Dlaczego wiara jest w nas? I czy wstępuje ona w nas przez naszych bliskich?

    Jedno istnienie warunkuje drugie istnienie, i pozwala na jego narodziny, dorastanie, rozwój (kierunek: rodzice -> dzieci), albo na wiarę w Boga, w sens życia, i w sens roztropnego gospodarowania na Ziemi (kierunek dzieci -> rodzice).

    PS

    Biolodzy wykazali pochodzenie nas wszystkich od dwóch ludzi. Wykazali. Czy na tym blogu jest genetyk? Proszę mnie poprawić, jak się mylę.

    OdpowiedzUsuń
  17. @YBK
    "Najlepszy argument od czasu Pascala"? Który?
    Nie żartuj, bo mi posiwieje reszta klaty. Rozdartej.

    OdpowiedzUsuń
  18. @Yagotta B. Kidding
    Też chętnie usłyszę słowo od genetyków. Czytałam, że, jak to mówili starożytni, tylko matka jest pewna. W tym przypadku genetycznie opracowana i nazwana Ewą. A Adam zdaje się, jest nie do odtworzenia.

    OdpowiedzUsuń
  19. @toyah

    Ja poważnie. Chodzi o rozumowanie uprawdopodabniające opublikowane w "Myślach" przez Blaise'a Pascala:
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Zakład_Pascala

    Tutaj więcej i soczyściej na temat:
    http://en.wikipedia.org/wiki/Pascal's_Wager

    Pascala zawsze lubiłem za jego entymematyczne rozważania. Rzecz jasna, pozwalałem sobie na radosne interpretacje. Od czego on jest, ten Błażej, jak nie od tego, by się trochę z niego ponabijać. Podziwiając go.

    A tu, i teraz, przeczytałem Twoją notkę, uogólniłem, wprowadziłem odnośną klasę abstrakcji, i wyszło mi, ze jesteś lepszy od Pascala. Konstatuję tu oczywistość, nie wartościując wcale.

    Klata uratowana?

    PS

    Laleczka to genetyk. Może zechce coś powiedzieć o genomie człowieka. Masz jakiś kontakt do niej? Zawsze to lepiej gdy fachowiec się wypowiada, nie tylko komentator od siedmiu boleści (tzn. ja).

    NB: Po wykazaniu pochodzenia rodzaju ludzkiego od 2 osób (nie 3, nie 1 - dokładnie 2 osób) rysie dawkinsy i inne heretyki stoją jak mokre pudle na deszczu. Cała ta humanistyczna sfora wie dobrze, ze może sobie szukać teraz innego zajęcia.

    YBK

    OdpowiedzUsuń
  20. @YBK
    Laleczka nas odstawiła. Szkoda. Ale tak to wygląda.
    A za dobre słowo dziękuję. Zwłaszcza że ja też stoję murem za Pascalem.

    OdpowiedzUsuń
  21. Co do meritum to dla mnie za bardzo filozoficzne (tak na tu i teraz) a co za tym idzie skomplikowane ... .

    Ale i tak nie chciałem się odnieść do tej kwestii. Śmiać mi się zachciało z tych komórkowych zabobonów! Od razu przypomniałem sobie podobną sytuacje która mi się wydarzyła rok temu, a w tym roku powtórzyła!

    Niestety nie obejdzie się bez kontekstu. Wiem, nuda, ale będzie zwięźle ... obiecuje! Wychowałem się, w dużej części (od 11tki), w Niemczech. A konkretnie w Hamburgu. Tutaj też ukończyłem studia (informatyczne) i obecnie pracuje w zawodzie. Hamburg to nie Bawaria a więc nastawienie do religii, a szczególnie tej chrześcijańskiej, jest bardziej protekcjonalne. Nie muszę chyba tłumaczyć iż ta protekcjonalność wzrasta szczególnie w moim zawodzie. Dobra, żegnamy się z kontekstem.

    Rok temu każdy pracownik firmy w której pracuje dostał taki kalendarzyk świąteczny z czekoladkami. 24 okienka, codziennie jedno. No, na tym się kończy teoria. W dniu rozdania tego kalendarzyka miałem ochotę na czekoladę a więc "wciągnołem" od razu cały kalendarzyk. I tu się zaczęły schody. Każdy kto przechodził obok mojego biurka i zauważał pusty kalendarzyk prorokował mi czarną przyszłość ... no w najlepszym przypadku. Sęk tkwi w tym że nie na żarty ale zupełnie na serio. Oni naprawdę w te głupoty wierzyli. Szok który mnie ogarną pozwolił mi przeprowadzić tą samą akcje w tym roku.

    Aż do tego wydarzenia miałem wrażenie że oni jednak mogą mieć racje z tym ich "racjonalnym" nastawieniem. Ale nie! Ich poglądy na temat wiary to jednak, za przeproszeniem, jedna wielka wiocha.

    OdpowiedzUsuń
  22. @e.tytus
    Co do intelektualnej zawartości mojego wpisu, sprawa da się sprowadzić do jednej wiadomości: bez Boga życie nie ma sensu. A więc nic takiego.
    Zresztą Twoja historia tylko to potwierdza. Ta wiara jest tak ważna, że człowiek i tak musi sobie coś znaleźć w zamian. Twoi znajomi przyjęli wiarę, że te czekoladki mają moc czarodziejską.

    OdpowiedzUsuń
  23. @toyah & @e.tytus

    Już starożytni Grecy wiedzieli, że "bez bogów człowiek jest niczym".

    Pierwszy dowiedział się Odyseusz.

    OdpowiedzUsuń