niedziela, 8 marca 2009

O damach, chamach i czerwonych goździkach

Lubię święta. Nawet bardzo. Kiedy myślę o świętach – na przykład wielkanocnych – robi mi się ciepło na sercu i na duszy. I nawet jeśli jedynym skojarzeniem, jakie mnie nawiedzi, będzie to jajko i ten baran wśród zielonych liści, i tak uważam, że jest to coś, czego akurat mi nikt nie odbierze. Jest to uczucie do tego stopnia sympatyczne, że w takich chwilach nawet zaczynam sobie wierzyć, że będę żył jeszcze bardzo długo i szczęśliwie. Nie każdy jednak dzień świąteczny jest mi tak miły i bliski. Weźmy takie Święto Kobiet. W wypadku tej uroczystości czuję obojętność, a jeśli nie obojętność, to najwyżej lekkie rozbawienie. Natomiast w kwestii skojarzeń, to oprócz Związku Radzieckiego i Walentyny Tiereszkowej, pod moją czaszką pojawia się wyłącznie goździk, ewentualnie zielona szmata na stole. Tak już mam i – biorąc pod uwagę mój posunięty już wiek – tak pewnie zostanie.
Całe szczęście, że każda z trzech kobiet z którymi mieszkam, jak sądzę, podziela moje w tej kwestii emocje. W tej sytuacji, ani ja ani mój syn, nie musimy się rok w rok wygłupiać, a i one – jestem przekonany – gdybyśmy któregoś dnia wystartowali do nich z tym kwiatkiem, zareagowałyby podobnie jak na szklankę wody na głowę w śmigusa dyngusa. Czyli wrogo.
Nie znaczy to jednak, że kwestia walki płci, czy ogólnie losu kobiet, a tym bardziej wielkości kobiet jest mi w jakikolwiek obojętna. Mam na ten temat swoje osobiste przemyślenia i zawsze jestem chętny się nimi dzielić. Ponieważ nie ma żadnego powodu, żebym miał ten swój blog traktować jak oblężoną twierdzę, i w ten sposób lekceważyć uczucia i emocję tej części moich czytelników, które są mi obce, postanowiłem dzisiejszy mój wpis poświęcić jednemu tylko tematowi. Mianowicie kobietom. Proszę uprzejmie. Ponieważ – jak już wspomniałem niejednokrotnie – od wielu, wielu lat, każdy mój dzień wypełniony jest, często aż zanadto, towarzystwem kobiet, nie mam innego wyjścia jak nieustannie o kobietach myśleć. Na ten właśnie szczególny dzień, przygotowałem dwie niezwykle, moim zdaniem, interesujące refleksje. Pierwsza z nich dotyczy lata, wakacji, słońca i cudownych wiejskich klimatów. Otóż każdego roku, ja i dzieci jeździmy na wieś do mojej cioci. Ponieważ rodzina z tamtej strony jest bardzo duża, w naszym wiejskim, wakacyjnym domu jest nieustanny ruch i cudowny chaos. Jest przy tym też tak, że po męskiej stronie panuje nieprzytomne lenistwo, natomiast po stronie żeńskiej równie nieprzytomna bieganina. Jest więc też tak, że w piękne dni mężczyźni siedzą na werandzie, ględzą o wszystkim i o niczym, natomiast kobiety jeśli nie uganiają się za dziećmi, to szykują przez pół dnia obiad.
I o tym obiedzie chciałem parę słów tutaj. Siedzimy więc my, jak ci tępi, schamiali wieśniacy na ganku i pieprzymy trzy po trzy, a w kuchni kobiety obierają ziemniaki, skubią fasolę, kroją pomidory, cebulę, ogórki, jednocześnie – jak już wspomniałem – uganiając się za dziećmi, zmuszając je, żeby coś zjadły. Przychodzi pora obiadu i wtedy któraś z dziewczyn przynosi nam pod pysk żarcie. My to jedzenie zjadamy, po czym któraś z nich zabiera nam talerze i zanosi do kuchni i wtedy któraś inna z nich te nasze uświnione naczynia myje. I tak wygląda każdy dzień.
Ja w tej sytuacji, ponieważ zostałem przez Toyahową odpowiednio wyćwiczony, czuję się dość nieswojo. Niemniej jakoś się staram przystosować. Gorzej ze Starszą Toyahówną. Ona tych obyczajów po prostu nie akceptuje. Ile razy musi znosić uczestnictwo w tym procederze, złości się i nieustannie narzeka. I wcale nie chodzi jej o to, że ona musi obierać kartofle, a na przykład Toyah junior, albo ja zbijamy w tym czasie bąki. Nie. Szczerze powiedziawszy, ona tam w kuchni też nie za bardzo ma co do szukania, bo z jakiegoś powodu ile razy chce iść pomoc, to natychmiast zostaje przepędzona. Albo dlatego, że jest gościem, albo ponieważ któraś z miejscowych dziewcząt nagle uzna, że ona się nie nadaje. Toyahówna się piekli wyłącznie dlatego, że jej zdaniem cała ta sytuacja jest chora, niesprawiedliwa i bezwzględnie skandaliczna.
Nie zmienia to faktu, że kiedy ona i młodszy Toyah idą na zakupy, to kiedy wracają wszystko niesie on, bo ona w tym czasie je loda i ma zajęte ręce. Faktem też jest, że od rana do wieczora, każdy mężczyzna jaki się kręci po tym domu jest od rana do wieczora opieprzany za dokładnie wszystko i nie ma żadnych szans na normalną rozmowę, bo jak spróbuje, to będzie jeszcze gorzej. Mało tego – od czasu do czasu każdy z nich nagle dostaje jakieś ekstra zlecenie, które musi zrealizować natychmiast. A więc albo musi naprawić dach, albo coś przyczepić, albo coś wykosić, albo coś odkręcić, lub wykręcić, albo wsiąść w samochód i pojechać gdzieś natychmiast, żeby kogoś przywieźć, albo kogoś gdzieś zawieźć. W efekcie jest tak, że tak naprawdę wszyscy się jednocześnie męczą i jednocześnie są bardzo szczęśliwi, z wyjątkiem może mojej skromnej osoby i młodszej Toyahówny, którzy jesteśmy wyłącznie szczęśliwi. Ja mam dobrze, bo Toyahowa na ogół w tym czasie siedzi w Katowicach, więc nikt ode mnie nic nie chce, a moja młodsza córka też nie narzeka, bo ma wszystkich w nosie i w większości przypadków i tak niczym się nie przejmuje.
Oto moja pierwsza refleksja na temat losu kobiet we współczesnym świecie. Druga dotyczyć już będzie sytuacji o wiele bardziej cywilizowanych i świata o wiele nowocześniejszego, niż ta stara chałupa gdzieś daleko, gdzie Europa dociera tylko przez telewizor. Już jakiś czas temu zauważyłem bardzo interesujące zjawisko. Otóż ile razy widzę na ulicy chłopca i dziewczynę, tworzących tak zwaną parę, dziewczyna niemal za każdym razem jest wystrojona, umalowana, uczesana, wesoła, natomiast jej kawaler wygląda nieodmiennie jak ostatnie nieszczęście. Na tyłku ma najczęściej jakieś wyleniały dres, na łbie najstarszą na świecie czapkę z daszkiem, a na twarzy taką minę, że lepiej dla niego byłoby w ogóle nie wychodzić z domu. Co jeszcze ciekawsze, dziewczyna, nawet jeśli nie jest jakąś szczególną gwiazdą, w swój ogólny wygląd wkłada tyle zaangażowania, że zawsze wygląda jak kobieta. Odwrotnie jej chłopak. On, raz że robi wrażenie jakby wygląd się zupełnie nie liczył, to jeszcze całym swoim zachowaniem, wręcz całą swoja obecnością udowadnia, że nawet za bardzo nie jest mężczyzną. A już na pewno nie kimś, kto potrafi tej dziewczynie zapewnić podstawową opiekę.
Zawsze się zastanawiałem, dlaczego tak to się poukładało. Kiedy chodziłem do szkoły, dziewczyny wyglądały ładnie, zachowywały się jak dziewczyny i wiadomo było, ze jeśli któryś z nas chce mieć w ogóle szanse na to, że któraś z nich zwróci na niego uwagę, to też musi prezentować podstawową staranność, a już na pewno nie powinien cuchnąć. Dręczyła mnie ta zagadka do czasu, gdy w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że ten dziwny kształt jest bardzo dokładnym odzwierciedleniem stanu, który obowiązuje w świecie, że tak powiem, oficjalnym. Nagle zdałem sobie sprawę z faktu, że choćby w telewizji nie ma absolutnie żadnych zasad co do prezencji występujących tam mężczyzn. Odbywa się jakaś debata i przychodzi zwykły menel – nieogolony, w rozchełstanej koszuli, z tłustymi włosami – i nagle okazuje się, ze to jest jakiś poważny dziennikarz, czy ekspert od ważnych spraw. Oglądam telewizyjny program, gdzie przy stole siedzi kilku bardzo ważnych panów i jeden z nich jest ewidentnie niedomyty, drugi obrzydliwie gruby, trzeci w stroju którego na ogół używa do pracy w garażu i żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, że przed chwilą wyszedł z domu i znalazł się wśród ludzi. Dlaczego mnie ta sytuacja tak wzrusza? Z prostego powodu. Raz że w ogóle nie lubię tego typu tandety, a dwa, że w takich sytuacjach zawsze myślę o kobietach. Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby jakakolwiek z dam, czy to dziennikarka, czy to polityk, czy to feministka, czy działaczka Samoobrony, czy w ogóle ktokolwiek, wykazała się tego typu brakiem świadomości, prawdopodobnie nie zostałaby wpuszczona do studia. Jestem pewien, że gdyby którakolwiek z pań, które oglądamy na co dzień na naszych telewizorach wyglądała tak jak Krzysztof Daukszewicz, Piotr Najsztub, Piotr Niemczyk, czy niektóre z moich ulubionych skądinąd gwaizd, kórych nazwisk tu nie wymienię (wszyscy wiedzą, a ja nie muszę przecież kalać własnego gniazda), to całe Szkło Kontaktowe zostałoby poświęcone najbardziej wymyślnemu szydzeniu z tej pani, a ludzie słaliby listy protestacyjne, że oni nie życzą sobie oglądać tego rodzaju obrzydlistwa.
Inna sprawa, że nie znam ani jednej kobiety, funkcjonującej publicznie, a prawdę powiedziawszy również niepublicznie, której by przyszło do głowy, żeby przed wyjściem z domu gdziekolwiek, nie popatrzeć choć przez moment w lustro. Przecież nawet posłanka Senyszyn wygląda tak jak wyglada nie dlatego, że jej na niczym nie zależy, lecz wręcz przeciwnie. Kolejna jednak sprawa jest taka, że obawiam się, że te wszystkie menele też patrzą w lustro. Tyle że oni patrzą w to lustro i myślą sobie; „Jest okay. Nie ruszać. Tak ma być”. I zupełnie niechcąco tworzą nowy styl i nową modę. I choćby przez ten swój grzech zasłużyli na niniejszy tekst.
Jaki więc jest morał z tej zupełnie niecodziennej, specjalnej dedykacji, którą przygotowałem specjalnie dla Was, które zaglądacie na mój blog? Chyba taki, że jakkolwiek nie patrzeć, to Wy zawsze jesteście o setki kilometrów do przodu. To Wy, wbrew wszystkim codziennym perypetiom, pozostajecie sobą. Silnymi, eleganckimi, zawsze na czasie kobietami. Niestety przy okazji, okazuje się, że tę poprzeczkę ustawiłyście zbyt wysoko, co szczególnie dla tych bardzo młodych nie tworzy zbyt ciekawej perspektywy.
Tak czy siak, z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet, wszystkiego najlepszego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz