niedziela, 15 marca 2009

Do kogo pójdziemy?

Jeszcze wiele miesięcy temu, będąc pod wrażeniem uroczystości pogrzebowych zmarłego Bronisława Geremka, tej mszy w warszawskiej katedrze, tych biskupów modlących się nad trumną Zmarłego, tych pieśni, tych kadzideł, tych dzwonów, napisałem tekst w Salonie. Zaproponowałem tam, żeby nie obrażać się na Kościół za to, że dał śp. Bronisławowi Geremkowi to o co prosiła jego rodzina, nie mieć pretensji do biskupów, że z tak piękną oprawą modlili się nad tą trumną, żeby po prostu, z jednej strony przyjąć to z całym spokojem, a drugiej z dumą, że zostaliśmy szczęśliwie wybrani, żeby być częścią tego Kościoła, który potrafi dać tak wiele nawet ludziom, którzy ten Kościół przez całe swoje życie mieli w najgłębszym lekceważeniu http://toyah.salon24.pl/85947.html.
W moim tekście chciałem powiedzieć, że ja świetnie sobie zdaję sprawę z tego, że w sytuacji, kiedy umiera człowiek z jakiegoś punktu widzenia wielki, a ci którzy go kochali i podziwiali, chcą by jego pogrzeb był jak najbardziej uroczysty – bo on sobie na tę uroczystość zasłużył – nie mają żadnego możliwego wyjścia, jak tylko udać się po tę przysługę do Kościoła. A przecież, z takim życzeniem, nie trzeba czekać aż na śmierć. Dlaczego tak wielu ludzi, ani szczególnie pobożnych, ani szczególnie modlących się, ani nawet szczególnie wierzących chrzci swoje dzieci, posyła swoje dzieci do Pierwszej Komunii, a jeszcze zanim te dzieci się w ogóle narodzą, sami biorą ślub w kościele, często fałszując zaświadczenia o spowiedzi i często przyjmując Komunię ot tak, bo jest to część tej pięknej oprawy? Własnie z powodu tej oprawy. Właśnie dlatego, że tylko Kościół potrafi sprawić, że w naszym zyciu wszystkie najważniejsze chwile staną się prawdziwym świętem i prawdziwą uroczystością.
Oczywiście, i ja sam i wielu moich przyjaciół z trudem powstrzymujemy gniew i nie potrafimy ukryć bólu, jaki nam sprawia tego rodzaju niesprawiedliwość i w efekcie tego rodzaju niewdzięczność. Tak często jest nam tak strasznie przykro, że ten nasz cudowny Kościół jest przez tak wielu traktowany jak zwykły punkt usługowy, na dodatek punkt usługowy, który ma działać sprawnie, wydajnie i bez szemrania. I tak strasznie trudno jest nam powstrzymać emocje, kiedy nasz Kościół, tak fatalnie źle traktowany, bez mrugnięcia okiem i bez cienia zawodu daje nam wszystkim to, co sobie zażyczymy. Ale co nam pozostaje? Szykować krucjatę przeciwko niewiernym i ścigać ich nawet po ich śmierci?
W miniony piątek pochowaliśmy Zbigniewa Religę, wielkiego lekarza, wybitnego polityka i cudownego człowieka. Zbigniew Religa w swoim życiu nie zaznał łaski wiary, ale – przynajmniej ja – nie pamiętam, żeby on kiedykolwiek jednym słowem obraził ten Kościół w który nie wierzył, czy pogardliwie odniósł się do tych, którzy ten Kościół tworzyli. Nie mówię już o tym, żeby ten Kościół w jakikolwiek sposób zwalczał. Zbigniew Religa umierał jako ateista i jedyne co my, ludzie wierzący, mogliśmy w obliczu tej sytuacji zrobić, to modlić się za niego i mieć nadzieję, że Dobry Bóg jest i dobry i miłosierny, ale i sprawiedliwy. Mogliśmy też, oczywiście, mieć nadzieję, że ktoś z rodziny Zmarłego zwróci się jednak o to, by choć jeden ksiądz pomodlił się nad trumną Profesora, a dziś możemy czuć radość, że nad grobem Zbigniewa Religi stoi krzyż.
Ale ja jednak chciałbym wrócić do samego pogrzebu. Zwykłej, świeckiego pogrzebu, gdzie żegna się człowieka, który ani nie był człowiekiem Kościoła, ani nie chciał się pod koniec życia zwrócić do tego Kościoła o tzw. ostatnią posługę. Przyznaję, że po raz pierwszy w życiu miałem okazję być świadkiem tego typu uroczystości na poziomie całkowicie państwowym. Wcześniej, zanim to wszystko się zaczęło, starsza Toyahówna przeczytała w Onecie, że nie ma wielkiej różnicy między oprawą pogrzebowych uroczystości organizowanych przez Kościół, a uroczystością świecką. Że właściwie jedyny szczegół to taki, że tu jest kazanie, a tam nie. I teraz tak – kto oglądał te ceremonię, ten wie. Ja nie muszę nic dodawać, poza tym, że Onet pomylił się właściwie tylko w jednym punkcie. Kazanie, owszem, było. Nawet kilka. Kilka bardzo pięknych, niezwykle wzruszających kazań. Ale tylko to. Poza tym już nic. No i był jeszcze ksiądz. A raczej zjawisko absolutnie szczególne. Człowiek przebrany za księdza, a może za pastora? Uroczysty, poważny, grzeczny. Tak zwany mistrz ceremonii. Nie człowiek w garniturze, ani we fraku, ani w surducie. W specjalnych szatach, z białym, dziwacznym kołnierzykiem. Założył tę sutannę i szedł przed trumną Profesora, jak ksiądz – a jednak nie ksiądz. Ja bardzo przepraszam, ale ja się wystraszyłem. Autentycznie się wystraszyłem. Ale ja, to nic. Moje dzieci były przerażone. Zupełnie jakby zobaczyły Szatana. I ja wiem, że to nieładnie tak mówić, ale ja mam naprawdę bardzo dobre intencje. Ja mam intencje wręcz anielskie. Starsza Toyahówna, na przykład, sugerowała, że trzeba było nie posłuchać ostatniego życzenia Profesora i urządzić mu pogrzeb z księdzem. Z normalnym księdzem. Ja jej mówię, że on nie chciał, a życzenie umierającego to rzecz święta. A ona na to, że nic nie szkodzi. On nie wiedział, a teraz już wie. I ma do nas żal, żeśmy się głupio wystraszyli…
Profesor Religa jednak nie chciał inaczej. On chciał dokładnie tak. Ja tego nie rozumiem, ale jestem pełen wielkiego szacunku i tym większego podziwu. I wiem, że on dziś, patrzy na nas z góry i wie już wszystko. I się uśmiecha ze zrozumieniem. Ale proszę wszystkich, którzy kochają nasz Kościół i nie mogą pogodzić się z krzywdą, którą ten Kościół musi znosić każdego dnia. Nie odpychajcie nikogo, kto prosi ten Kościół o przysługę prawdziwego święta. Niech oni to święto mają. Nawet jeśli zażyczyli sobie go w ostatnim swoim tchnieniu. Albo kiedy zażyczyli sobie go jego bliscy. Widzieliśmy wszyscy, jaka jest alternatywa. Nie skazujmy nikogo na takie upokorzenie. Na coś takiego nie zasłużył nikt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz